Witam!

To jest o moich osobistych rozważaniach, obserwacjach, doświadczeniach, myślach: o sprawach bieżących i bardziej uniwersalnych, ponadczasowych. Z niewielką ilością zdjęć i obrazów, raczej słowa. To co tu napiszę będzie pewnie jakąś wypadkową doznań mego dotychczasowego życia.

czwartek, 21 maja 2026

Robię co mogę i ile mogę

 

   Maj to miesiąc moich urodzin i od zawsze tak mam, że otrzymuję wtedy niewytłumaczalny zastrzyk dodatkowej energii. I chociaż już teraz muszę nią dysponować rozważnie to staram się zużywać ją jak najlepiej. Dzielę więc upływający czas pomiędzy wnuki i działkę od czasu do czasu zatrzymując się w domowej przystani jak kości bardziej bolą. Wnuczki rozwijają się i rosną i wielką mamy z nich radość i pociechę. Najbardziej lubię jak spotkamy się wszyscy w rodzinnym gronie i wtedy najlepiej widać kolejne postępy. W tym miesiącu udało się nam wyjechać na kilka dni nad nasze morze i więcej czasu spędzić razem. Mimo drożyzny i jeszcze chłodu mieliśmy dużo frajdy z kontaktu z wnuczkami.

   Raz w tygodniu jeżdżę na działkę bo sucho jest bardzo i nawet ostatnie opady niewiele pomogły. Jabłonie w czasie kwitnienia znów oberwały od mrozu i nie oczekuję raczej wielu owoców. Orzechy włoskie też chyba oberwały. Na gruszkach podobnie niestety. Posadzone przed wyjazdem dynie w rozsady nie przetrwały ale wczoraj posadziłem jeszcze dwie sadzonki, których nie posadziłem wtedy. Założyłem tzw. grządkę podwyższoną z gotowego tkaninowego stelaża kupionego w necie na kawałku agrowłókniny. Posadziłem już rozsadę cebuli, którą wysiałem w skrzyneczce na parapecie w połowie lutego. Mam tam już też paprykę czerwoną z nasion z owocu kupionego w markecie(podobał mi się kształt i smak), ciekawe czy urośnie coś na podobieństwo pierwowzoru. Po niewielkich deszczach przyroda robi swoje i trawy i zielsko wszelakie eksplodowały. Powalczyłem trochę piłą spalinową i ręczną i podwórko ogarnięte. Następny wyjazd to część druga czyli ogród i łączka.  Oczywiście po każdym wyjeździe nazajutrz boli trochę bardziej ale radość, szczęście i satysfakcja są cenniejsze niż ból…




sobota, 28 marca 2026

Znów wiosna!

 

   Przezimowałem. W ciepełku i nieróbstwie – jak na emeryta przystało. Jak to mówią: Cieszy się starzec jak przeżyje marzec… No może aż tak całkiem to nic nie robiłem. W razie potrzeby i z własnej chęci odwiedzałem(częściej sam niż wraz z żoną) nasze kochane wnuczki. Radość i duma rozpiera nas, że tak rosną i że tak się rozwijają. Z najstarszą trzeba już uważać co się mówi bo potrafi przypomnieć za to najmłodsza dopiero zaczyna się mówienia uczyć więc jest pociecha z przekręcanych przez nią słów. Średnia niezmiennie wita się ściskając dziadka za szyję, coraz mocniej. Zawsze miło z nimi spędzam czas choć nie zawsze mogę fizycznie sprostać ich zabawowym pomysłom.

   Zdrowie stabilne i chyba niezłe jak na mój pesel(terapia robi swoje). A że słońce coraz wyżej i kalendarzowa i tytułowa wiosna nadeszła, znów w mojej głowie pomysły na działkową działalność. Pojechałem na cały prawie dzień i mimo wieloletniego doświadczenia, że na pierwszy raz trzeba spokojnie rzuciłem się z narzędziami na glebę jak przysłowiowy szczerbaty na suchary. Wyciąłem dwa krzaki czarnego bzu o dość grubych już pieńkach a kosą połamałem suche badyle pokrzyw, które swoją wysokością dorównywały mi. Jak już się trochę uszarpałem to wziąłem się za przygotowanie podwyższonych grządek. Kupiłem gotowe cztery sztuki i po wyściółkowaniu agrowłókniną rozłożyłem dwie z nich i zacząłem napełniać ziemią. I tu zaczęły się „schody”. Doliczyłem się, że aby je wszystkie zapełnić potrzeba prawie dwa metry sześcienne ziemi. I to mnie sprowadziło na ziemię. Może na razie spróbuję tylko dwie a potem jak sił starczy to pojadę z tym dalej. Pogoda była nie najgorsza choć był to już ostatni z serii ciepłych dni. Zapadające ciemności i wołanie żony zakończyły moje pierwsze wiosenne wysiłki. Wieczorem i w nocy odpokutowałem swoje szaleństwa bólem prawie wszystkich stawów. Aż myślałem o proszkach przeciwbólowych, których już ponad pół roku nie stosowałem. Ale jakoś przespałem do rana i było trochę lepiej. Albo to zmiana pogody albo jednak nadmierny wysiłek albo odstawiony po prawie trzech latach brania sterydowy lek tak to może sprawiły.  A może otwarcie sezonu rowerowego?...

   Cieszę się z takich dni i mam nadzieję, że będzie ich w tym roku znacznie więcej niż w ostatnich latach. Na razie na parapetach okiennych skrzyneczki i pojemniczki z rozsadą cebuli i papryki. Inne warzywa pójdą wprost do gruntu. Mam też trochę nasion aksamitek, nasturcji i nagietków do odstraszania szkodliwego robactwa. Za tydzień Wielkanoc i spotkanie u nas z córkami, zięciami i wnuczkami. Krzątanina pewnie będzie narastać z każdym dniem bo okna już się myją.

   Dobrych Świąt Wielkanocnych życzę… jeśli ktoś tu jeszcze czasem zagląda…

czwartek, 1 stycznia 2026

Minął rok...

 ...dobry rok. Chciałoby się zacytować słowa znanej piosenki. 

   Dobry bo nie czuję bólu i jestem w stanie się bez problemu przemieszczać na własnych nogach. Już czwarty miesiąc bez leków przeciwbólowych. Całkiem dobrze śpię. Życie znów zaczęło mnie cieszyć. Prawie zaczynam już zapominać o chorobie... Nawet nie myślałem, że spełni się marzenie, które obsesyjnie siedziało w mojej głowie wtedy gdy było źle. 

   Składałem na ten rok znajomym i rodzinie trochę inne niż zwykle życzenia:

"Zdrowia i żeby się spełniło tylko jedno, to największe marzenie"

Nawet jeśli marzą tylko o zdrowiu...

 Dobrego roku!

sobota, 20 grudnia 2025

4) Nie potrafię wyłączyć myślenia: SAMOTNOŚĆ

   Znak naszych czasów czy świadomy wybór? A może splot okoliczności lub zdarzeń? Niezależnie czy jest udziałem młodych czy starych jest w większości przypadków raczej uciążliwością niż radością.

   Chyba zbliżające się święta Bożego Narodzenia i zwyczaj stawiania dodatkowego nakrycia na wigilijnym stole sprawiły, że akurat o tym słów kilka. No bo jakoś nadal głęboko w naszej polskiej tradycji zakorzeniony jest zwyczaj zbierania się w bliższym, rodzinnym lub szerszym gronie przy stole w tych świątecznych dniach.

   A tu jakby nic nie robiąc sobie z naszej świątecznej tradycji, samotność wydaje się rosnąć w siłę. Młodzi bywają samotni z wyboru lub z niemożności znalezienia sobie kogoś bliskiego. Z wyboru bo coś się nie już wcześniej nie udało i zrażeni porażką leczą samotnie rany lub by zapomnieć. Z wyboru, bo może związki ich rodziców okazały się odległe od doskonałości albo były wręcz złe lub patologiczne i nie stały się dobrym wzorcem. Trudno tu nie wspomnieć o czynniku materialnym, który powstrzymuje wielu młodych ludzi przed zakładaniem trwałych związków – rodzin. Nie wszyscy mieli i mają jednakowo dobry strat w dorosłość. I nie koniecznie lęk, wygoda czy wyrachowanie generują samotność wśród młodych. Może to taki współczesny rozsądek?!

   Starzy znów są samotni bo może ich partner życiowy już ich na zawsze opuścił i samotność stała się tego naturalnym następstwem. A może nigdy nie chcieli być z nikim. A może ich dzieci zajęte własnym losem i życiem zapominają o ich istnieniu. Tak zwane społeczeństwa zachodu starzeją się a samotność wśród nich jest tym bardziej trudna i bolesna, że bywa także związana z gorszym zdrowiem albo niepełnosprawnością. Wszelkie domy opieki rosną jak grzyby po deszczu i perspektywy ich rozwoju wydają się być niestety znakomite. Odeszliśmy już także wzorem zachodu od modelu wielopokoleniowych rodzin, gdzie troska o najmłodszych i najstarszych była czymś oczywistym, nadrzędnym i naturalnym.

   Za chwilę rozpoczną się dla jednych wyczekiwane a dla innych może nielubiane święta. Życzę samotnym, którym ich samotność doskwiera by znaleźli się przy tym dodatkowym talerzyku u życzliwych ludzi. A tym samotnym pogodzonym już ze swoją samotnością by nie tracili nadziei i  nie przegapili okazji gdy los da im szansę na wyjście z samotności…

   Zdrowych i dobrych Świąt Bożego Narodzenia!

sobota, 13 grudnia 2025

Wybraniec losu

    Tak chyba muszę o sobie dziś mówić! Moje życie odmieniło się całkowicie. Już od blisko trzech miesięcy nie biorę żadnych przeciwbólowych leków. Poranka nie muszę rozpoczynać kilkuminutowym rozruchem i stękaniem. Po prostu chce mi się znów żyć! Kontrolne wizyty i badania potwierdzają, że parametry stanu zapalnego są w normie a i reszta też działa jak należy.

   Oczywiście bardzo to doceniam i zastanawiam się często czy mój obecny stan to cud, opatrzność czy może jednak postęp nauki i medycyny. Chyba wszystko po trochu. Nie myślałem, że tak wielkie szczęście może mnie jeszcze na tym etapie życia spotkać. Dostałem jeszcze jedną szansę...

   Ponieważ nie mam pojęcia jak długo to potrwa, staram się doceniać mój obecny stan zdrowia i korzystać z każdej chwili sprawności fizycznej jaką daje terapia. Oczywiście rodzina z wnuczkami na czele mają pierwszeństwo. Pewnie te najstarsze pamiętają mnie jak dwa lata temu chodziłem wyłącznie o kulach. Mam nadzieję, że to już się nie powtórzy chociaż wiem, że czasu i wieku oszukać się nie da. Staram się zatem jak najwięcej czasu spędzać z nimi, cieszyć się ich rozwojem i może czegoś nauczyć, przekazać chociaż to nie takie łatwe bo te starsze są w wieku przedszkolnej i wczesnoszkolnej przemądrzałości i dotarcie do nich bywa wcale nie takie łatwe. Najmłodsza za to odkąd stanęła samodzielnie na nogach nie może oderwać się od matczynej nogi i rąk. Nie poddaję się mimo tego ale nie zamierzam ich też zanudzać. Spacery po parku z najmłodszą nie są już męką ale prawdziwą przyjemnością mimo, że czasem to prawie dwie godziny ciągłego ruchu.

   Polepszenie zdrowia przypomniało mi o istnieniu działki i że może uda się znów coś posiać i pogrzebać w ziemi. Na razie ukradkiem zbieram nasiona z co fajniejszych dyń i papryk, które kupuję w sklepie. Wiele sobie nie obiecuję ale może coś z tego wyjdzie.

   Zdrowia chciałbym życzyć wszystkim ludziom na świecie i takiego cudu jaki mi się przytrafił.

   A pieniądze? Jak widać po raz kolejny szczęścia nie dały tylko dobrzy ludzie, których spotykamy na życiowej drodze...


niedziela, 2 listopada 2025

3) Nie potrafię wyłączyć myślenia: PAMIĘĆ

 

   Może to dzisiejszy dzień(2 listopada) sprawił, że właśnie to słowo zaprzątnęło moje myśli. Pamięć. Może być dobra, może być zła. Jaka jest zależy chyba od ludzi, których spotkamy na naszej życiowej drodze. Bo to właśnie zwykle ludzi zapamiętujemy i od ludzi zależy najbardziej jaka ona będzie. Wiele w naszej pamięci zależy do osób, których już nie ma między nami a  którzy tak bardzo wpłynęli na nasze życie, na to kim i jacy dziś jesteśmy.

   PAMIĘĆ dobra. Jest wtedy gdy nasze zdarzenia i napotkani ludzie kojarzą się nam (zapamiętaliśmy) z dobrymi chwilami. Czasem dobrymi latami w dorosłości, dzieciństwem, beztroską. Czasem przedmiotami, osiągnięciami, zwycięstwami. Chętnie sięgamy pamięcią do takich zdarzeń, ludzi czy czasu. Nieraz gorszy czas lub zdarzenia zamazują tę dobrą pamięć, czasem wręcz irytują. Dobrych ludzi, zdarzeń i rzeczy mogło być tak wiele w życiu każdego z nas, że nie podejmuję się nawet ich określać czy układać. Oby tej dobrej pamięci było w nas jak najwięcej.

   PAMIĘĆ zła. Można by napisać, że  jest wtedy gdy nie występuje nic opisanego w akapicie powyżej i postawić kropkę. I właściwie tak jest. Bywa czasem jednak i tak, że ta dobra pamięć zamienia się złą bo dowiemy się prawdy o ludziach czy przemyślimy zdarzenia albo miniony czas w naszym życiu. Jednak dla własnego dobra warto więcej czasu poświęcać tej dobrej pamięci i pozytywnym wspomnieniom. Oby tej złej było w nas jak najmniej.

   PAMIĘĆ dobra czy zła, chciałoby się aby była prawdziwa i rzetelna a nie wyimaginowana lub wymuszona. Czy napotkanych ludzi, zdarzenia czy czas zawsze właściwie układamy w naszej pamięci? Czy może więcej nie wiedzieliśmy i dalej nie wiemy i dlatego mamy z tym kłopot… Bo przecież to w ludziach napotykanych leżą największe pokłady dobra a źli bywają bo może sami mają w sobie przewagę tej złej pamięci.

piątek, 17 października 2025

2) Nie potrafię wyłączyć myślenia: TRUCIZNA

 

    Jako drugi temat wybrałem TRUCIZNĘ. Chyba trochę pod wpływem informacji, które ostatnio jakoś docierają do mnie intensywniej niż zazwyczaj powodując kolejne przemyślenia. Każdy z nas doskonale wie, że jesteśmy właściwie skazani na kontakty z substancjami chemicznymi zapewne nawet już w łonie matki. Wpadł mi w oczy wywiad z lekarzem ginekologiem, który w kontekście bezpłodności nawiązał do problemu zanieczyszczenia żywości przeróżnymi substancjami chemicznymi i ich wpływie na nią. Przyznam, że zrobiło to na mnie wrażenie. Problem bezpłodności dotyka prawdopodobnie w podobnym procencie kobiet i mężczyzn. Oczywiście historycznie obwiniane brakiem dzieci bywały najczęściej panie. Okazuje się, że podczas badania nasienia mężczyzn zdarza się, że na sto tylko cztery plemniki są żywe i zdolne do spełnienia swojej funkcji ale nikt nie wie jaką wartość genetyczną z sobą niosą. Wiadomo w przyrodzie rządzi prawo silniejszego ale w takiej sytuacji może oczywiście wygrać ten słabszy i wtedy  wiadomo co może być dalej. Winą za taki stan rzeczy obarcza się właśnie trucizny jakie przyjmujemy niemal codziennie w naszym pożywieniu. W 1972 roku było na świecie zarejestrowanych 172 substancji chemicznych dodawanych do żywności teraz jest ich ponad 10000!!!!! Wątpię aby ktokolwiek to ogarniał albo się na tym dobrze znał. Oczywiście obecnie na topie są różne tam „zielone łady” czy ograniczenia emisji zanieczyszczeń z kominów czy przemysłu ale głównie w Europie bo reszta świata ma się dobrze i nie zamierza przestać truć. Europejczycy za cenę czystości swojego kontynentu kupują i sprowadzają bez opamiętania mnóstwo rzeczy z tamtych nie mających nic wspólnego z „zielonymi” ideałami regionów świata. Ostatnio sam doświadczyłem kontaktu z zagłówkiem pod poduszką, który wydzielał jakiś toksyczny smród, który podrażnił mi nos i gardło(wylądował w śmietniku)(na szczęście wywaliłem to chemiczne gówno przed zaśnięciem). Pewnie jakaś sieć zarobiła na tym „produkcie” swoją ogromną marżę i miała w d… zdrowie użytkowników bo pewnie takiego wyrobu nikt nawet przed dopuszczeniem do sprzedaży nie zbadał.

   Wszystko zaczyna się od tego czym potraktujemy nasze organizmy czyli żywności. Oczywiście pomijam tę wysoko przetworzoną bo każdy już wie co to za świństwo. Ostatnio głośno jest o rolnikach, którzy nawet nie zbierają swoich plonów bo się nie opłaca. Wkurza mnie to bo to i marnotrawstwo i głupota. Do tego, że ktoś tam gdzieś w Polsce sobie czegoś tam nasiał a teraz nie ma zamiaru zbierać dopłacasz również i Ty drogi czytelniku i ja bo przecież dopłaty dla rolników nie biorą się z księżyca tylko z naszych kieszeni. Irytuje mnie to, bo historycznie różne już formy przybierało rolnictwo i zawsze było coś do poprawienia lub ulepszenia. Teraz wolność wyboru i nadprodukcja doprowadziły do marnotrawstwa żywności na niewyobrażalną skalę gdy w tym samym czasie miliony, między innymi głodnych, ludzi napierają na nasz „zielony” kontynent. Powiem tak: gdy prowadziłem swoją działalność gospodarczą to nikt nie się przejmował jak będę się finansował czy ile procent będzie kosztował mnie kredyt na zakup urządzeń(były to czasy Balcerowicza i moje odsetki wynosiły na początku 48%!!! – wariactwo? Nie takie były czasy). Ziemia jest środkiem produkcji, którą ktoś kupił, odziedziczył, przejął czy może nawet ukradł z PGR-u więc jeśli osoby nie umiejące nią zarządzać i gospodarować sobie nie radzą bo marnują jej zasoby to nie życzę sobie by z mojej kieszeni podatnika państwo finansowało taki proceder. Mnie jak działalność gospodarcza się nie opłacała to znalazłem sobie pracę i nikt do tego nic nie dopłacił.

   Dygresja trochę przydługa ale już wracam do jedzenia. Gdzie szukać tego zdrowego bo już po zbiorach z pola mamy właściwie chemię? Kiedyś(jakieś 40 lat temu) babcia mojej żony pieliła ręcznie ziemniaki przynosząc w starym fartuchu tobołek z wyrwaną komosą, którą później siekała dla świń. Nikt nie pryskał ziemniaków a stonkę dzieci zbierały ręcznie do butelek by potem unicestwić szkodnika zbiorowo. Teraz na zarazę, stonkę i zielsko wyłącznie chemia. Zboże to samo. Owoce i warzywa to samo. Ropa naftowa i chemia! Bo nowocześnie i bez bólu w plecach. Kiedyś w zacofanych czasach mojej młodości co światlejsze nauczycielki robiły dzieciom z miasta wyjazdy na wieś by dowiedziały się skąd się bierze żywność. Teraz krowa jest abstrakcją a kilkulatek wie, że mleko jest substancją z kartonu, którą uzyskuje się w sklepie za pieniądze.

    Ilość wypowiedzi i opracowań na temat zdrowego żywienia czyli elementu zdrowego życia jest już ogromna. Żywność musi być relatywnie tania(w sklepach spożywczych jakoś tego nie widać) i łatwo dostępna bo to podstawa istnienia każdej władzy. Przerabialiśmy to już w PRL-u czym skończyły się podwyżki cen żywności więc władza pomna tamtych doświadczeń nie jest zainteresowana dobrą lecz tanią żywnością. W sumie zarobią na tym także lekarze, farmaceuci a szpitale będą miały zapewnioną frekwencję. Niektórzy pewnie nawet nie przeżyją rozmaitości tych chemicznych dodatków, nadmiaru białek, węglowodanów, tłuszczów i cukrów wywołujących permanentne stany zapalne w organizmie. Zaklęty krąg? Jak z niego wyjść? Każdy chyba musi poradzić sobie na własną rękę bo w decyzje zbiorowości jakoś mi się nie chce wierzyć. Kupować u ekologicznych? Zignorować wielkie korporacje i sieci handlowe? Przecież oni się już nigdy nie poddadzą bo zyski dla akcjonariuszy i zarządów być muszą… System? Matrix?

   To nie był jesienny pesymizm. Jesień jest piękna a mogłaby przecież jeszcze być żywnościowo zdrowa i bogata..