Maj to miesiąc moich urodzin i od zawsze tak mam, że otrzymuję wtedy niewytłumaczalny zastrzyk dodatkowej energii. I chociaż już
teraz muszę nią dysponować rozważnie to staram się zużywać ją jak najlepiej.
Dzielę więc upływający czas pomiędzy wnuki i działkę od czasu do czasu zatrzymując
się w domowej przystani jak kości bardziej bolą. Wnuczki rozwijają się i rosną
i wielką mamy z nich radość i pociechę. Najbardziej lubię jak spotkamy się
wszyscy w rodzinnym gronie i wtedy najlepiej widać kolejne postępy. W tym miesiącu udało się nam wyjechać na kilka dni nad nasze morze i więcej czasu spędzić
razem. Mimo drożyzny i jeszcze chłodu mieliśmy dużo frajdy z kontaktu z
wnuczkami.
Raz w tygodniu jeżdżę na działkę bo sucho jest bardzo i nawet ostatnie
opady niewiele pomogły. Jabłonie w czasie kwitnienia znów oberwały od mrozu i
nie oczekuję raczej wielu owoców. Orzechy włoskie też chyba oberwały. Na
gruszkach podobnie niestety. Posadzone przed wyjazdem dynie w rozsady nie
przetrwały ale wczoraj posadziłem jeszcze dwie sadzonki, których nie posadziłem
wtedy. Założyłem tzw. grządkę podwyższoną z gotowego tkaninowego stelaża
kupionego w necie na kawałku agrowłókniny. Posadziłem już rozsadę cebuli, którą wysiałem w skrzyneczce
na parapecie w połowie lutego. Mam tam już też paprykę czerwoną z nasion z owocu
kupionego w markecie(podobał mi się kształt i smak), ciekawe czy urośnie coś na
podobieństwo pierwowzoru. Po niewielkich deszczach przyroda robi swoje i trawy
i zielsko wszelakie eksplodowały. Powalczyłem trochę piłą spalinową i ręczną i
podwórko ogarnięte. Następny wyjazd to część druga czyli ogród i łączka. Oczywiście po każdym wyjeździe nazajutrz boli
trochę bardziej ale radość, szczęście i satysfakcja są cenniejsze niż ból…