Witam!

To jest o moich osobistych rozważaniach, obserwacjach, doświadczeniach, myślach: o sprawach bieżących i bardziej uniwersalnych, ponadczasowych. Z niewielką ilością zdjęć i obrazów, raczej słowa. To co tu napiszę będzie pewnie jakąś wypadkową doznań mego dotychczasowego życia.

niedziela, 18 stycznia 2015

Parę godzin tlenu

   Na wsi  byłem dziś parę godzin. Przyjechałem, wziąłem psa i poszedłem w pola i lasy. A lasy choć nie za wielkie to trochę mieszane z przewagą jednak sosny i brzozy, jak to na Mazowszu.  Trochę dębiny młodej, topoli, akacji i osiki. Pachną te wszystkie drzewa wszystkie razem i każde z osobna jakby trochę inaczej. Pooddychałem i dość szybko nasyciłem się tym świeżym niemiejskim powietrzem. Wróciłem, wziąłem metalowe grabie i dalej na łąkę wydrapywać obumarłe źdźbła traw ze zmierzwionych kęp. Jakieś nie zwierzę wykopało mi młodą jabłonkę i dwa krzaki leszczyny, skwitowałem to tylko przekleństwem wymamrotanym pod nosem. Potem rozkładałem to co wydrapać mi się udało na moje grządki z nadzieją, że tworzę w ten sposób żyzne podłoże. Dzisiejsza, słoneczna pogoda i pora roku chyba w sam raz na takie działania. Spociłem się przy tej czynności nawet trochę bo to pora roku gdzie o kondycję trudniej. Odrobina satysfakcji z wykonanej robótki, domowy obiad z chwilami rozmów w rodzinnym gronie, spakowanie jaj, baniaka kiszonych ogórków i słoika pszenżyta na zmielenie do produkcji zakwasu na biały barszcz. Klapnięcie drzwiami i odjazd do szarej miejskiej codzienności.....
   W życiu piękne są tylko chwile?

piątek, 16 stycznia 2015

Frank, Franciszek, Franuś, Franunio....franca?

   I już się nacieszyliśmy tanim paliwem na stacjach benzynowych! Jeden sprytny "franusiowy" myk światowej finansjery i będzie znów drożej. Za energetyczną walkę z Putinem zapłacimy wszyscy, niestety głównie najbiedniejsi. Bo choć ropa taniała na przekór wszystkiemu to przecież prócz Rosji z tego surowca żyją też wielkie ponadnarodowe korporacje. A te jak widać nie lubią strat w imię jakiejś tam zakichanej polityki. Biznes to biznes i już! Bo choć ropa kosztuje mniej nominalnie dolarów to amerykańska waluta od ponad miesiąca wyjątkowo się umacnia powodując, że nie jest aż tak tanio, bo na każdą baryłkę trzeba teraz mieć więcej i tak mniej wartych złotówek.
   Nie wiem czy współczuć posiadaczom frankowych kredytów hipotecznych czy raczej z nich żartować. W kwadrans stali się winni swoim bankom o kilkadziesiąt tysięcy złotówek więcej. Ale taki już los grających w finansową, długoterminową, kredytową ruletkę. Dlaczego w szkołach nie uczy się dzieciaków, że wszelkie dobro tworzy się z oszczędności a nie z pożyczek, jak wmawiają nam już od lat, dławiący się zabranymi nam podstępnie pieniędzmi, bankowcy? Chyba nie uzyskam za swego żywota odpowiedzi na to pytanie, bo komuś nie zależy by prawda wyszła na jaw. Przecież bilans musi wyjść na zero: im więcej wpuszczonych w maliny tym większe zyski tych co ich wkręcili. Proste?
   No i jeszcze jedno: bank szwajcarski za zdeponowane u siebie "franusie" każe sobie dopłacać! Aktualna stopa procentowa wynosi -0,75%!!!!! Powiedzenie "Pewny jak w banku szwajcarskim" może niejednego w tej chwili zirytować. Dlatego kończę ten wpis apelując: Nie odpuszczajcie swoim dzieciom i wnukom lekcji matematyki, bo zawsze na świecie będzie czyhał na nich jakiś finansowy wydrwigrosz!

czwartek, 8 stycznia 2015

Trochę myśli bez ładu i składu na 2015 rok

   Święta, święta i po świętach. Wczoraj w jakimś radio zastanawiali się ileż to strat gospodarce przysparzają takie świąteczne maratony? A mnie w tym momencie inne nieco skojarzenie przyszło na ten temat do głowy: czy czasem przez ten nasz narodowy sentyment do świętowania nie wydłużamy sobie i tak już wydłużonego wieku emerytalnego? Wiem! Rozumiem! Ktoś się oburza, ale mnie nie o irytowanie czytelników w Nowym Roku chodzi. Całkiem innych powodów takiego stanu rzeczy upatruję: rozdęta ponad miarę biurokracja, uprzywilejowanie pewnych grup zawodowych, nadmierne koszty pracy i fiskalizm. No i jeszcze ta nasza kochana "eurounia", która  z  pewnością upomni się o forsę wydaną na nasze "hajłeje". Nie fajnie też wygląda sytuacja na Ukrainie, przyćmiona chwilowo przez muzułmańskie wydarzenia z Niemiec i Paryża. Z niepokojem obserwuję niedobry wpływ religii,  na nasz współczesny świat. No i jeszcze te ceny ropy i energii! Wmawia się nam, że jesteśmy częścią światowej gospodarki rynkowej opartej na prawach podaży i popytu. A od blisko roku jesteśmy świadkami ustalania światowych cen ropy naftowej przez pollityczno-spekulacyjne, międzykontynentalne, gospodarcze mafie, tylko po to by zgnębić Putina. Proporcje spadków cen widoczne na stacjach benzynowych do tych  na światowych giełdach ropy dają aż nadto czytelne dowody na to jak bardzo dużo płacimy za dostatnie życie naszych współczesnych, demokratycznie wybranych  "władców".

   Schudnąć chciałbym w tym roku troszkę. Ale tak zdrowo się odżywiając i ruszając. Grubasem nie jestem, więc jak nie zmniejszę się nawet o deko problemu nie będzie. Ale tak dla kręgosłupa i serducha tylko. Będę jeszcze uważniej czytał etykiety produktów. I wybierał będę produkty i żywność polską, jak najmniej przetworzoną. Nie zamierzam jednak całkiem zrezygnować z odrobiny żywieniowego kosmopolityzmu w postaci imbiru i limonki dodawanych do herbaty. Chyba z wiekiem przeważać zaczyna w moich żywieniowych upodobaniach zdecydowana skłonność do pokarmów roślinnych. Do wegetarianizmu jeszcze droga daleka, jeśli w ogóle do tego by dojść miało. Będę też starał się w miarę możliwości uprawiać moje "pemakulturowe" grządki i korzystać jak najwięcej z pozyskanych w ten sposób warzyw. (Cudzysłów nie jest tu przypadkowy, bo choć sporo już wiem, to droga do pełnego znaczenia tego słowa jeszcze daleka). A tak w praktyce to mam posadzone prawie sto ząbków czosnku(tylko na użytek własny i rodziny, choćbym miał śmierdzieć jak Azjata ze stadionowej budy z jedzeniem) i zadołowane kilkanaście sztobrów winorośli oraz przygotowany siedemnastomertowej długości zagon pod uprawę ziemniaków. Tyle o diecie. No i zero fajek (miałem w minionym roku trzymiesięczny ciąg) i alkoholu, chociaż alkohol nigdy nie stanowił w mym życiu problemu, powiem więcej gdyby wszyscy w naszym kraju pili jak ja to rząd miałby o wiele mniejszy budżet.

   Toksycznych związków z innymi ludźmi chcę unikać. I bez znaczenia będzie tu czy związany jestem z takimi osobami w jakimś stopniu biologicznie czy w inny sposób. Świat jest wystarczająco wielki by każdy się na nim zmieścił. Dość mam już ponoszenia odpowiedzialności za czyjeś głupoty i życiowe błędy a także na prawienie trafiających w próżnię morałów ludziom o strukturze betonu. Za dużo zdrowia mnie to kosztuje i basta.

   Bezrobotnym być może będę w tym roku. Na razie mówię o tym z nutą humoru ale w myślach jestem mniej optymistyczny. Nigdy nie zaznałem takiego stanu. Stanę się, w pewnym stopniu, ofiarą afery hazardowej z minionych lat, która zaowocowała zmianą ustawy, której zapisy w tym właśnie roku wchodzą w życie. Traumatyczne może to być dla mnie doznanie, zwłaszcza, że moja przerwa między kolejnymi zajęciami zawodowymi nawet na papierze nie była dłuższa niż tydzień. Ale nie pękam, może okoliczności sprzyjająco się ułożą, bo jak nie to może żona i dzieci nie dadzą staremu umrzeć z głodu.
   
   Matula a właściwie opieka nad nią czeka mnie zapewne i w tym roku. Stan po udarze bez zmian, nieczynna prawa strona, od dwudziestu  miesięcy w łóżku. Z coraz większym wysiłkiem się to dla mnie wiąże. Praca zawodowa na zmiany daje mi możliwość bycia w domu trzy na cztery dni i mimo starań rodziny to ja ponoszę większość trudów z tym związanych. Bywam permanentnie niewyspany i przemęczony, próbuję złapać z życia jakieś normalne chwile. Pewnie w pełni zrozumieć mnie może ktoś, kto przechodzi podobną sytuację. Ciężko jest ale będę próbował, uważając jednak na siebie, bo dźwiganie bezwładnego człowieka kilka razy na dzień czuję już mocno w krzyżu.

   I takie to ni to plany ni to zamiary na 2015 rok mi wyszły. Pora kończyć, bo rozgadałem się jak przysłowiowy sierota na weselu. 

   Pozdro dla wsiech!

PS: Miło jak ktoś nowy pojawi się w kręgach. I chociaż nie o popularność i liczniki mi chodzi dobrze wiedzieć, że nie piszemy w próżnię. Dzięki

niedziela, 28 grudnia 2014

Kurczak po grecku

   O tym , że potrzeba jest matką wynalazku nie trzeba nikogo przekonywać. W ogniu przygotowań przedświątecznych potraw zdarza się czasem zrobić czegoś nie proporcjonalnie dużo. Tak też przytrafiło się nam z mieszanką warzyw do ryby po grecku, zrobione zostało tak ze dwa razy więcej niż trzeba. Szkoda przecież wyrzucić a w gorączce przygotowań w tym czasie o regularny obiad czasem trudno. Żona zakupiła trzy kurczakowe udka, które po podzieleniu, umyciu i obsmażeniu przykryte zostały przygotowanymi i doprawionymi już wcześniej warzywami do wigilijnej ryby. Po godzince duszenia pod przykryciem podaliśmy całość z ugotowanym ryżem. Smak trochę inny bo rybę po grecku jadamy zawsze na zimno. Nie wiem, czy nie powtórzymy kiedyś tego dania bo wszystkim bardzo smakowało. Tak oto przypadek stworzył nową, przynajmniej w naszym domu, potrawę.

wtorek, 23 grudnia 2014

Życzenia

   Każdemu kto tu choć raz zajrzał lub zajrzy życzę zdrowia i wszelkiego dobra na ten świąteczny czas.
Miałem chęć napisać dziś coś więcej ale w natłoku codziennych obowiązków i przedświątecznej krzątaniny stać mnie tylko na tyle.....
pozdrawiam

piątek, 5 grudnia 2014

Byle co je i byle co gada...

... zwykł mawiać mój nieżyjący ojciec. Napiszę zatem tylko cóż takiego szybkiego zrobiłem sobie ostatnio na obiad.
   Potrzebowałem coś na smalec, taki ze skwarkami. Zawsze przed zimą tak mam, że mój organizm domaga się ogromu kalorii. Kupiłem więc podgardle, nauczony przez przodków, że tylko z tłustego boczku lub podgardla wychodzi najsmaczniejszy smalec ze skwarkami. Ale to kupione przeze mnie okazało się wyjątkowo poprzerastane pasmami chudego mięska. Tłuste fragmenty trafiły pokrojone drobno na patelnię a te chude w większych kawałkach do rondla na wytopiony już smalec. Potem dokładałem już tylko kolejno dwie cebule, dwa ząbki czosnku, odrobinę świeżego rozmarynu a po dwudziestu minutach osiem obranych niedużych ziemniaków. Sól, majeranek i świeżo zmielony pieprz do smaku. Po godzinie potrawa była gotowa.
   Może nie jest to zestaw na romantyczną kolację we dwoje a raczej dla dwóch drwali ale kaloryczności i smaku temu daniu odmówić się nie da. Skończę na tym ten krotki wpis by nie nagadać czegoś głupiego jak to bywa po byle jakim jedzeniu....

wtorek, 14 października 2014

Czasu brak….



    … a jeszcze więcej zmarnowanego. Siedzę beznadziejnie, już piąty tydzień, na urlopie w domu i odczuwam, że to chyba najdurniej zmarnowany czas w moim życiu. Mama za to szczęśliwa, bo zapewniam jej, w moim oczywiście mniemaniu, sześciogwiazdkowy pensjonat. Och jak czasem bardzo mnie te gwiazdki przygniatają. No, ale wyspany chociaż jestem, chyba aż za bardzo.
   A jak już się wyrwę na wieś to po prostu latam jak poparzony i wracam z poczuciem niezrobienia wielu rzeczy mimo wcześniejszego, starannego planowania czasu. Tak też było i wczoraj. Miałem ubić króliki i zająć się grabieniem opadłych liści i układaniem ich w kompostową pryzmę. I co? I jak zwykle od jakiegoś czasu, nie zdążyłem z liśćmi i nawet jabłek do domu nie zerwałem a słodkie są bardzo. Trochę pewnie w tym i mojej winy, bo królików było za wiele w planie. Powiem więcej – ustanowiłem mało chwalebny rekord w tej czynności w jednym dniu, ale o tym już ani słowa. No nie, może jeszcze tylko to, że sąsiadka na domiar przyniosła jeszcze swojego króla, bo jej nie ma kto tego zrobić. Pewnie mógłbym się próbować usprawiedliwiać swą obecną sytuacją domową, ale chyba bardziej przeszkodził mi znacząco krótszy, październikowy dzień. I tak wróciłem do domu grubo po dziewiątej wieczorem zaliczając po drodze znajomych, którym trochę posprzedawałem tych działkowych dóbr. Ale dość narzekań, bo przecież teściowa ze szwagierką kupią sobie za te królicze tuszki węgla na zimę a ja z rodziną będę miał wielką ucztę ze smażonych wątróbek i biały barszczyk na dudkach. Zatem cel osiągnięty.
   Liście zgrabię na kupę pewnie jeszcze w przyszłym tygodniu, choć pogoda może nie być już taka fajna. Zbiorę jabłka i selery a mój mimo wszystko udany jarmuż zjedzą pozostałe króliki. Kury przepierzają się na potęgę. Ale jaj jakoś wystarcza i dla nas i do sprzedaży. Zawdzięczać to można głównie piętnastce tegorocznych młodych, które weszły już w pełnię nieśności. Kilka króliczych tuszek trafiło do zamrażarki, więc zimą zjemy pewnie parę pasztetów i może jeszcze jakieś inne smakowitości.
   Jeszcze tydzień bumelowania i trzeba będzie wskoczyć ponownie w robocze tryby, aż strach pomyśleć.....  ale póki co bawmy się i radujmy tą odrobiną swobody.