Witam!

To jest o moich osobistych rozważaniach, obserwacjach, doświadczeniach, myślach: o sprawach bieżących i bardziej uniwersalnych, ponadczasowych. Z niewielką ilością zdjęć i obrazów, raczej słowa. To co tu napiszę będzie pewnie jakąś wypadkową doznań mego dotychczasowego życia.

wtorek, 6 października 2026

Jem, ćwiczę, choruję

 

   Jem (chyba) dobrze. To znaczy unikam rzeczy, które potęgują stany zapalne a wybieram takie, które pomagają. Dostałem podczas jednej z wizyt u reumatologa mnóstwo ulotek i broszurek na ten temat i dość stanowczo się do nich stosuję. Nie ulegam modom, nie słucham różnych samozwańczych internetowych guru. Dużo ostatnio słyszy się o wpływie tego co jemy na działanie całego naszego organizmu. I pewnie tak jest chociaż nie wiem czy nie ważniejsze jest obecnie jakiej jakości produkty stanowią nasze posiłki. Jem do syta właściwie dwa razy dziennie co ogranicza ilość skoków cukru. Opieram swoją dietę na naukowych osiągnięciach i doświadczeniach. Tak jak i moje leczenie. Jak na razie dobrze na tym wychodzę. Trzymam wagę i to dodatkowa korzyść moich działań.

   Ćwiczę bo to element dobrego samopoczucia dla emeryta. Cieszę się bo mogę to robić i staram się na miarę swoich możliwości ćwiczyć. Właściwie rower i plenerowa siłownia to wszystko co robię. Pogody już trochę chłodniejsze ale jak słoneczko zaświeci i w południe około dwudziestu stopni to ruszam cztery litery i w drogę. Rower(miejski – zaleta zamieszkiwania w metropolii) wypożyczam i na siłownię. Potem 40-50 minut ćwiczeń i jeszcze ze dwadzieścia kilometrów rowerem jakąś trasą do domu. Staram się tak robić od kwietnia i widzę, że robię postępy: ruchomość stawów zwiększyła się a i kondycja lepsza niż w czasach kiedy jeszcze osiem godzin dziennie spędzałem za biurkiem komputera w korpo. Aż się wierzyć nie chce, że jeszcze trzy lata temu miałem opuchnięte stawy i poruszałem się o kulach a założenie skarpetek było wyzwaniem.

   Choruję bo moje leczenie niestety mocno osłabia mój układ immunologiczny i wrześniowy kilkudniowy pobyt u wnuczek skończył się dla nas złapaniem jakiegoś wirusa, który objawia się uporczywym kaszlem. Żona już właściwie zakończyła a ja jestem w pełni kasłania. Dzieci załapały pewnie od rówieśników w szkole wszelkie powakacyjne „france” i podają dalej. Przypomniała mi się przestroga pani doktor, która wdrażała moje biologiczne leczenie, że to właśnie pana własne wnuki będą dla pana dużym zagrożeniem.

   Dlatego mimo kaszlu idę zaraz na rower bo szkoda dnia(21 stopni).

Zdrowia!

czwartek, 21 maja 2026

Robię co mogę i ile mogę

 

   Maj to miesiąc moich urodzin i od zawsze tak mam, że otrzymuję wtedy niewytłumaczalny zastrzyk dodatkowej energii. I chociaż już teraz muszę nią dysponować rozważnie to staram się zużywać ją jak najlepiej. Dzielę więc upływający czas pomiędzy wnuki i działkę od czasu do czasu zatrzymując się w domowej przystani jak kości bardziej bolą. Wnuczki rozwijają się i rosną i wielką mamy z nich radość i pociechę. Najbardziej lubię jak spotkamy się wszyscy w rodzinnym gronie i wtedy najlepiej widać kolejne postępy. W tym miesiącu udało się nam wyjechać na kilka dni nad nasze morze i więcej czasu spędzić razem. Mimo drożyzny i jeszcze chłodu mieliśmy dużo frajdy z kontaktu z wnuczkami.

   Raz w tygodniu jeżdżę na działkę bo sucho jest bardzo i nawet ostatnie opady niewiele pomogły. Jabłonie w czasie kwitnienia znów oberwały od mrozu i nie oczekuję raczej wielu owoców. Orzechy włoskie też chyba oberwały. Na gruszkach podobnie niestety. Posadzone przed wyjazdem dynie w rozsady nie przetrwały ale wczoraj posadziłem jeszcze dwie sadzonki, których nie posadziłem wtedy. Założyłem tzw. grządkę podwyższoną z gotowego tkaninowego stelaża kupionego w necie na kawałku agrowłókniny. Posadziłem już rozsadę cebuli, którą wysiałem w skrzyneczce na parapecie w połowie lutego. Mam tam już też paprykę czerwoną z nasion z owocu kupionego w markecie(podobał mi się kształt i smak), ciekawe czy urośnie coś na podobieństwo pierwowzoru. Po niewielkich deszczach przyroda robi swoje i trawy i zielsko wszelakie eksplodowały. Powalczyłem trochę piłą spalinową i ręczną i podwórko ogarnięte. Następny wyjazd to część druga czyli ogród i łączka.  Oczywiście po każdym wyjeździe nazajutrz boli trochę bardziej ale radość, szczęście i satysfakcja są cenniejsze niż ból…


... i z ostatniej chwili: 11.06.2026
Czerwiec to eksplozja zieleni!




sobota, 28 marca 2026

Znów wiosna!

 

   Przezimowałem. W ciepełku i nieróbstwie – jak na emeryta przystało. Jak to mówią: Cieszy się starzec jak przeżyje marzec… No może aż tak całkiem to nic nie robiłem. W razie potrzeby i z własnej chęci odwiedzałem(częściej sam niż wraz z żoną) nasze kochane wnuczki. Radość i duma rozpiera nas, że tak rosną i że tak się rozwijają. Z najstarszą trzeba już uważać co się mówi bo potrafi przypomnieć za to najmłodsza dopiero zaczyna się mówienia uczyć więc jest pociecha z przekręcanych przez nią słów. Średnia niezmiennie wita się ściskając dziadka za szyję, coraz mocniej. Zawsze miło z nimi spędzam czas choć nie zawsze mogę fizycznie sprostać ich zabawowym pomysłom.

   Zdrowie stabilne i chyba niezłe jak na mój pesel(terapia robi swoje). A że słońce coraz wyżej i kalendarzowa i tytułowa wiosna nadeszła, znów w mojej głowie pomysły na działkową działalność. Pojechałem na cały prawie dzień i mimo wieloletniego doświadczenia, że na pierwszy raz trzeba spokojnie rzuciłem się z narzędziami na glebę jak przysłowiowy szczerbaty na suchary. Wyciąłem dwa krzaki czarnego bzu o dość grubych już pieńkach a kosą połamałem suche badyle pokrzyw, które swoją wysokością dorównywały mi. Jak już się trochę uszarpałem to wziąłem się za przygotowanie podwyższonych grządek. Kupiłem gotowe cztery sztuki i po wyściółkowaniu agrowłókniną rozłożyłem dwie z nich i zacząłem napełniać ziemią. I tu zaczęły się „schody”. Doliczyłem się, że aby je wszystkie zapełnić potrzeba prawie dwa metry sześcienne ziemi. I to mnie sprowadziło na ziemię. Może na razie spróbuję tylko dwie a potem jak sił starczy to pojadę z tym dalej. Pogoda była nie najgorsza choć był to już ostatni z serii ciepłych dni. Zapadające ciemności i wołanie żony zakończyły moje pierwsze wiosenne wysiłki. Wieczorem i w nocy odpokutowałem swoje szaleństwa bólem prawie wszystkich stawów. Aż myślałem o proszkach przeciwbólowych, których już ponad pół roku nie stosowałem. Ale jakoś przespałem do rana i było trochę lepiej. Albo to zmiana pogody albo jednak nadmierny wysiłek albo odstawiony po prawie trzech latach brania sterydowy lek tak to może sprawiły.  A może otwarcie sezonu rowerowego?...

   Cieszę się z takich dni i mam nadzieję, że będzie ich w tym roku znacznie więcej niż w ostatnich latach. Na razie na parapetach okiennych skrzyneczki i pojemniczki z rozsadą cebuli i papryki. Inne warzywa pójdą wprost do gruntu. Mam też trochę nasion aksamitek, nasturcji i nagietków do odstraszania szkodliwego robactwa. Za tydzień Wielkanoc i spotkanie u nas z córkami, zięciami i wnuczkami. Krzątanina pewnie będzie narastać z każdym dniem bo okna już się myją.

   Dobrych Świąt Wielkanocnych życzę… jeśli ktoś tu jeszcze czasem zagląda…

czwartek, 1 stycznia 2026

Minął rok...

 ...dobry rok. Chciałoby się zacytować słowa znanej piosenki. 

   Dobry bo nie czuję bólu i jestem w stanie się bez problemu przemieszczać na własnych nogach. Już czwarty miesiąc bez leków przeciwbólowych. Całkiem dobrze śpię. Życie znów zaczęło mnie cieszyć. Prawie zaczynam już zapominać o chorobie... Nawet nie myślałem, że spełni się marzenie, które obsesyjnie siedziało w mojej głowie wtedy gdy było źle. 

   Składałem na ten rok znajomym i rodzinie trochę inne niż zwykle życzenia:

"Zdrowia i żeby się spełniło tylko jedno, to największe marzenie"

Nawet jeśli marzą tylko o zdrowiu...

 Dobrego roku!

sobota, 20 grudnia 2025

4) Nie potrafię wyłączyć myślenia: SAMOTNOŚĆ

   Znak naszych czasów czy świadomy wybór? A może splot okoliczności lub zdarzeń? Niezależnie czy jest udziałem młodych czy starych jest w większości przypadków raczej uciążliwością niż radością.

   Chyba zbliżające się święta Bożego Narodzenia i zwyczaj stawiania dodatkowego nakrycia na wigilijnym stole sprawiły, że akurat o tym słów kilka. No bo jakoś nadal głęboko w naszej polskiej tradycji zakorzeniony jest zwyczaj zbierania się w bliższym, rodzinnym lub szerszym gronie przy stole w tych świątecznych dniach.

   A tu jakby nic nie robiąc sobie z naszej świątecznej tradycji, samotność wydaje się rosnąć w siłę. Młodzi bywają samotni z wyboru lub z niemożności znalezienia sobie kogoś bliskiego. Z wyboru bo coś się nie już wcześniej nie udało i zrażeni porażką leczą samotnie rany lub by zapomnieć. Z wyboru, bo może związki ich rodziców okazały się odległe od doskonałości albo były wręcz złe lub patologiczne i nie stały się dobrym wzorcem. Trudno tu nie wspomnieć o czynniku materialnym, który powstrzymuje wielu młodych ludzi przed zakładaniem trwałych związków – rodzin. Nie wszyscy mieli i mają jednakowo dobry strat w dorosłość. I nie koniecznie lęk, wygoda czy wyrachowanie generują samotność wśród młodych. Może to taki współczesny rozsądek?!

   Starzy znów są samotni bo może ich partner życiowy już ich na zawsze opuścił i samotność stała się tego naturalnym następstwem. A może nigdy nie chcieli być z nikim. A może ich dzieci zajęte własnym losem i życiem zapominają o ich istnieniu. Tak zwane społeczeństwa zachodu starzeją się a samotność wśród nich jest tym bardziej trudna i bolesna, że bywa także związana z gorszym zdrowiem albo niepełnosprawnością. Wszelkie domy opieki rosną jak grzyby po deszczu i perspektywy ich rozwoju wydają się być niestety znakomite. Odeszliśmy już także wzorem zachodu od modelu wielopokoleniowych rodzin, gdzie troska o najmłodszych i najstarszych była czymś oczywistym, nadrzędnym i naturalnym.

   Za chwilę rozpoczną się dla jednych wyczekiwane a dla innych może nielubiane święta. Życzę samotnym, którym ich samotność doskwiera by znaleźli się przy tym dodatkowym talerzyku u życzliwych ludzi. A tym samotnym pogodzonym już ze swoją samotnością by nie tracili nadziei i  nie przegapili okazji gdy los da im szansę na wyjście z samotności…

   Zdrowych i dobrych Świąt Bożego Narodzenia!

sobota, 13 grudnia 2025

Wybraniec losu

    Tak chyba muszę o sobie dziś mówić! Moje życie odmieniło się całkowicie. Już od blisko trzech miesięcy nie biorę żadnych przeciwbólowych leków. Poranka nie muszę rozpoczynać kilkuminutowym rozruchem i stękaniem. Po prostu chce mi się znów żyć! Kontrolne wizyty i badania potwierdzają, że parametry stanu zapalnego są w normie a i reszta też działa jak należy.

   Oczywiście bardzo to doceniam i zastanawiam się często czy mój obecny stan to cud, opatrzność czy może jednak postęp nauki i medycyny. Chyba wszystko po trochu. Nie myślałem, że tak wielkie szczęście może mnie jeszcze na tym etapie życia spotkać. Dostałem jeszcze jedną szansę...

   Ponieważ nie mam pojęcia jak długo to potrwa, staram się doceniać mój obecny stan zdrowia i korzystać z każdej chwili sprawności fizycznej jaką daje terapia. Oczywiście rodzina z wnuczkami na czele mają pierwszeństwo. Pewnie te najstarsze pamiętają mnie jak dwa lata temu chodziłem wyłącznie o kulach. Mam nadzieję, że to już się nie powtórzy chociaż wiem, że czasu i wieku oszukać się nie da. Staram się zatem jak najwięcej czasu spędzać z nimi, cieszyć się ich rozwojem i może czegoś nauczyć, przekazać chociaż to nie takie łatwe bo te starsze są w wieku przedszkolnej i wczesnoszkolnej przemądrzałości i dotarcie do nich bywa wcale nie takie łatwe. Najmłodsza za to odkąd stanęła samodzielnie na nogach nie może oderwać się od matczynej nogi i rąk. Nie poddaję się mimo tego ale nie zamierzam ich też zanudzać. Spacery po parku z najmłodszą nie są już męką ale prawdziwą przyjemnością mimo, że czasem to prawie dwie godziny ciągłego ruchu.

   Polepszenie zdrowia przypomniało mi o istnieniu działki i że może uda się znów coś posiać i pogrzebać w ziemi. Na razie ukradkiem zbieram nasiona z co fajniejszych dyń i papryk, które kupuję w sklepie. Wiele sobie nie obiecuję ale może coś z tego wyjdzie.

   Zdrowia chciałbym życzyć wszystkim ludziom na świecie i takiego cudu jaki mi się przytrafił.

   A pieniądze? Jak widać po raz kolejny szczęścia nie dały tylko dobrzy ludzie, których spotykamy na życiowej drodze...


niedziela, 2 listopada 2025

3) Nie potrafię wyłączyć myślenia: PAMIĘĆ

 

   Może to dzisiejszy dzień(2 listopada) sprawił, że właśnie to słowo zaprzątnęło moje myśli. Pamięć. Może być dobra, może być zła. Jaka jest zależy chyba od ludzi, których spotkamy na naszej życiowej drodze. Bo to właśnie zwykle ludzi zapamiętujemy i od ludzi zależy najbardziej jaka ona będzie. Wiele w naszej pamięci zależy do osób, których już nie ma między nami a  którzy tak bardzo wpłynęli na nasze życie, na to kim i jacy dziś jesteśmy.

   PAMIĘĆ dobra. Jest wtedy gdy nasze zdarzenia i napotkani ludzie kojarzą się nam (zapamiętaliśmy) z dobrymi chwilami. Czasem dobrymi latami w dorosłości, dzieciństwem, beztroską. Czasem przedmiotami, osiągnięciami, zwycięstwami. Chętnie sięgamy pamięcią do takich zdarzeń, ludzi czy czasu. Nieraz gorszy czas lub zdarzenia zamazują tę dobrą pamięć, czasem wręcz irytują. Dobrych ludzi, zdarzeń i rzeczy mogło być tak wiele w życiu każdego z nas, że nie podejmuję się nawet ich określać czy układać. Oby tej dobrej pamięci było w nas jak najwięcej.

   PAMIĘĆ zła. Można by napisać, że  jest wtedy gdy nie występuje nic opisanego w akapicie powyżej i postawić kropkę. I właściwie tak jest. Bywa czasem jednak i tak, że ta dobra pamięć zamienia się złą bo dowiemy się prawdy o ludziach czy przemyślimy zdarzenia albo miniony czas w naszym życiu. Jednak dla własnego dobra warto więcej czasu poświęcać tej dobrej pamięci i pozytywnym wspomnieniom. Oby tej złej było w nas jak najmniej.

   PAMIĘĆ dobra czy zła, chciałoby się aby była prawdziwa i rzetelna a nie wyimaginowana lub wymuszona. Czy napotkanych ludzi, zdarzenia czy czas zawsze właściwie układamy w naszej pamięci? Czy może więcej nie wiedzieliśmy i dalej nie wiemy i dlatego mamy z tym kłopot… Bo przecież to w ludziach napotykanych leżą największe pokłady dobra a źli bywają bo może sami mają w sobie przewagę tej złej pamięci.

piątek, 17 października 2025

2) Nie potrafię wyłączyć myślenia: TRUCIZNA

 

    Jako drugi temat wybrałem TRUCIZNĘ. Chyba trochę pod wpływem informacji, które ostatnio jakoś docierają do mnie intensywniej niż zazwyczaj powodując kolejne przemyślenia. Każdy z nas doskonale wie, że jesteśmy właściwie skazani na kontakty z substancjami chemicznymi zapewne nawet już w łonie matki. Wpadł mi w oczy wywiad z lekarzem ginekologiem, który w kontekście bezpłodności nawiązał do problemu zanieczyszczenia żywości przeróżnymi substancjami chemicznymi i ich wpływie na nią. Przyznam, że zrobiło to na mnie wrażenie. Problem bezpłodności dotyka prawdopodobnie w podobnym procencie kobiet i mężczyzn. Oczywiście historycznie obwiniane brakiem dzieci bywały najczęściej panie. Okazuje się, że podczas badania nasienia mężczyzn zdarza się, że na sto tylko cztery plemniki są żywe i zdolne do spełnienia swojej funkcji ale nikt nie wie jaką wartość genetyczną z sobą niosą. Wiadomo w przyrodzie rządzi prawo silniejszego ale w takiej sytuacji może oczywiście wygrać ten słabszy i wtedy  wiadomo co może być dalej. Winą za taki stan rzeczy obarcza się właśnie trucizny jakie przyjmujemy niemal codziennie w naszym pożywieniu. W 1972 roku było na świecie zarejestrowanych 172 substancji chemicznych dodawanych do żywności teraz jest ich ponad 10000!!!!! Wątpię aby ktokolwiek to ogarniał albo się na tym dobrze znał. Oczywiście obecnie na topie są różne tam „zielone łady” czy ograniczenia emisji zanieczyszczeń z kominów czy przemysłu ale głównie w Europie bo reszta świata ma się dobrze i nie zamierza przestać truć. Europejczycy za cenę czystości swojego kontynentu kupują i sprowadzają bez opamiętania mnóstwo rzeczy z tamtych nie mających nic wspólnego z „zielonymi” ideałami regionów świata. Ostatnio sam doświadczyłem kontaktu z zagłówkiem pod poduszką, który wydzielał jakiś toksyczny smród, który podrażnił mi nos i gardło(wylądował w śmietniku)(na szczęście wywaliłem to chemiczne gówno przed zaśnięciem). Pewnie jakaś sieć zarobiła na tym „produkcie” swoją ogromną marżę i miała w d… zdrowie użytkowników bo pewnie takiego wyrobu nikt nawet przed dopuszczeniem do sprzedaży nie zbadał.

   Wszystko zaczyna się od tego czym potraktujemy nasze organizmy czyli żywności. Oczywiście pomijam tę wysoko przetworzoną bo każdy już wie co to za świństwo. Ostatnio głośno jest o rolnikach, którzy nawet nie zbierają swoich plonów bo się nie opłaca. Wkurza mnie to bo to i marnotrawstwo i głupota. Do tego, że ktoś tam gdzieś w Polsce sobie czegoś tam nasiał a teraz nie ma zamiaru zbierać dopłacasz również i Ty drogi czytelniku i ja bo przecież dopłaty dla rolników nie biorą się z księżyca tylko z naszych kieszeni. Irytuje mnie to, bo historycznie różne już formy przybierało rolnictwo i zawsze było coś do poprawienia lub ulepszenia. Teraz wolność wyboru i nadprodukcja doprowadziły do marnotrawstwa żywności na niewyobrażalną skalę gdy w tym samym czasie miliony, między innymi głodnych, ludzi napierają na nasz „zielony” kontynent. Powiem tak: gdy prowadziłem swoją działalność gospodarczą to nikt nie się przejmował jak będę się finansował czy ile procent będzie kosztował mnie kredyt na zakup urządzeń(były to czasy Balcerowicza i moje odsetki wynosiły na początku 48%!!! – wariactwo? Nie takie były czasy). Ziemia jest środkiem produkcji, którą ktoś kupił, odziedziczył, przejął czy może nawet ukradł z PGR-u więc jeśli osoby nie umiejące nią zarządzać i gospodarować sobie nie radzą bo marnują jej zasoby to nie życzę sobie by z mojej kieszeni podatnika państwo finansowało taki proceder. Mnie jak działalność gospodarcza się nie opłacała to znalazłem sobie pracę i nikt do tego nic nie dopłacił.

   Dygresja trochę przydługa ale już wracam do jedzenia. Gdzie szukać tego zdrowego bo już po zbiorach z pola mamy właściwie chemię? Kiedyś(jakieś 40 lat temu) babcia mojej żony pieliła ręcznie ziemniaki przynosząc w starym fartuchu tobołek z wyrwaną komosą, którą później siekała dla świń. Nikt nie pryskał ziemniaków a stonkę dzieci zbierały ręcznie do butelek by potem unicestwić szkodnika zbiorowo. Teraz na zarazę, stonkę i zielsko wyłącznie chemia. Zboże to samo. Owoce i warzywa to samo. Ropa naftowa i chemia! Bo nowocześnie i bez bólu w plecach. Kiedyś w zacofanych czasach mojej młodości co światlejsze nauczycielki robiły dzieciom z miasta wyjazdy na wieś by dowiedziały się skąd się bierze żywność. Teraz krowa jest abstrakcją a kilkulatek wie, że mleko jest substancją z kartonu, którą uzyskuje się w sklepie za pieniądze.

    Ilość wypowiedzi i opracowań na temat zdrowego żywienia czyli elementu zdrowego życia jest już ogromna. Żywność musi być relatywnie tania(w sklepach spożywczych jakoś tego nie widać) i łatwo dostępna bo to podstawa istnienia każdej władzy. Przerabialiśmy to już w PRL-u czym skończyły się podwyżki cen żywności więc władza pomna tamtych doświadczeń nie jest zainteresowana dobrą lecz tanią żywnością. W sumie zarobią na tym także lekarze, farmaceuci a szpitale będą miały zapewnioną frekwencję. Niektórzy pewnie nawet nie przeżyją rozmaitości tych chemicznych dodatków, nadmiaru białek, węglowodanów, tłuszczów i cukrów wywołujących permanentne stany zapalne w organizmie. Zaklęty krąg? Jak z niego wyjść? Każdy chyba musi poradzić sobie na własną rękę bo w decyzje zbiorowości jakoś mi się nie chce wierzyć. Kupować u ekologicznych? Zignorować wielkie korporacje i sieci handlowe? Przecież oni się już nigdy nie poddadzą bo zyski dla akcjonariuszy i zarządów być muszą… System? Matrix?

   To nie był jesienny pesymizm. Jesień jest piękna a mogłaby przecież jeszcze być żywnościowo zdrowa i bogata..

piątek, 3 października 2025

1) Nie potrafię wyłączyć myślenia: KŁAMSTWO

 

                    Może to będzie jakiś cykl jeśli tylko wystarczy... wytrwałości

   Dożyłem wieku i osobistej sytuacji(emerytura i dużo wolnego czasu), w którym sporo miejsca poświęcam na rozważania, podsumowania zwykle z jakimiś tam wnioskami. Może i teraz, podobnie jak i przez całe dotychczasowe życie czasem się mylę i błędnie oceniam pewne sprawy, zjawiska czy zdarzenia. Ponieważ to co robię obecnie jest dość nudne i powtarzalne a omawianie swojego stanu zdrowia publicznie nie ma większego sensu więc postanowiłem powrócić do przemyśleń czy prób zdefiniowania pewnych zjawisk, cech, zdarzeń czy innych spraw, które zaobserwowaliśmy prawie wszyscy w życiu lub wprost się z nimi zetknęliśmy.

   Na pierwszy ogień wybrałem KŁAMSTWO. Wybór jest losowy i nie ma żadnego związku z teraźniejszością choć na pewno i w tym momencie ktoś gdzieś mniej lub bardziej bezczelnie kłamie. Kłamstwo jest powszechne i niestety stało się naszą codziennością. Chyba nie ma dnia byśmy nie zakwestionowali prawdziwości słów wypowiadanych w mediach. Rzadziej na szczęście kłamią osoby z naszego najbliższego otoczenia i dzięki temu większość z nas nie wariuje. Te medialne kłamstwa słyszane codziennie płyną najczęściej z ust mistrzów kłamstwa: polityków. Nie zamierzam wskazywać oczywiście, która strona politycznej układanki robi to lepiej lub bardziej bezczelnie bo nie jest moją intencją wzniecanie żadnych polemik czy kłótni z tym związanych.

   Wybory(a zwłaszcza kampania przed), w których biorą udział ludzie z wymienionej wyżej grupy są potwierdzeniem. Programy wyborcze są pod tym względem arcydziełami. Nie załatwianie obiecanek to chyba jeden z największych problemów współczesnych społeczeństw. Podobno demokracja jest najlepszym systemem ale ja wciąż mam co do tego wątpliwości. Wrócę do wirtuozów kłamstwa – polityków. Są pod tym względem wybitni! Najczęściej zmiana poglądów czy ugrupowania albo tłumaczenie się z nie spełnienia przedwyborczych obietnic obiektywnymi trudnościami są tylko po to by nie odłączyć się pod żadnym pozorem od koryta(kroplówki utrzymującej ich przy bardzo wygodnym i dostatnim życiu). Czyli kłamstwo ma u nich bardzo konkretny cel: pełna micha i kieszenie. Zastanawiam się ilu z nich prywatnie nie zgadza się z poglądami głoszonymi przez zrzeszające ich partie czy organizacje lecz kłamią z premedytacją dla własnej wygody. Wiem zaraz ktoś powie ale są wyjątki, bo są tacy co naprawdę wierzą w to co robią. Pewnie i są tylko dlaczego są wyjątkami?

   Z medialnych kłamstw nie sposób nie wspomnieć o internecie. Uważam, że wynalezienie filtrów odcedzających wypisywane kłamstwa i bzdury jest jedną z najpilniejszych potrzeb. Prędkość i zasięg roznoszenia kłamstw na stronach internetowych jest niewyobrażalny. Jeśli konsekwencją roznoszenia nieprawdy jest tylko wstyd po zweryfikowaniu kłamstwa to najwyżej ktoś zostanie ośmieszony i koniec. Gorzej gdy kłamstwo wywołuje nieoczekiwane i masowe reakcje stadne, które mogą mieć już dużo poważniejsze konsekwencje. Warto także wspomnieć o celowej dezinformacji ze strony zorganizowanych grup interesów lub nawet angażowania się całych państw w taki proceder. Źle się stanie jeśli kiedyś zignorujemy z pozoru kłamliwą informację, która okaże się jednak prawdziwa i brzemienna z skutkach.

   Od mediów i polityki przejdę teraz do tych bliższych, każdemu z nas kłamczuchów. Nasze otoczenie, jak potwierdza codzienne życie, także nie jest pozbawione osób z tą cechą charakteru. I o ile na kłamstwo płynące z ekranów jesteśmy w stanie po iluś tam doświadczeniach się zaimpregnować to kłamstwa z którymi czasem z konieczności albo z przymusowego wyboru musimy się borykać na co dzień nie pozostaną bez wpływu na nasze dotychczasowe lub przyszłe życie. O przykłady aż się prosi. I nawet nie spróbuję wymienić choćby części rodzajów albo sytuacji, w których ludzie posuwają się do kłamstw. Ale jednak może tylko kilka tych chyba najboleśniejszych bo dotykających osób sobie najbliższych.

   Na przykład zdrada. Boli współmałżonka lub partnera niezależnie od płci oczywiście jeśli osoba zdradzona poważnie traktowała związek a uczucie było mocne i prawdziwe. Kiedy już zostanie odkryta i potwierdzona to zwykle dochodzi do próby rozwiązania problemu. Wtedy mogą paść obietnice, że to tylko raz, i że nigdy więcej i tak dalej. A potem znów i znów i kłamliwa obietnica i czyjś ból trwa dalej. Jak się takie sytuacje rozwiązują nie będę opisywał bo każda zawsze trochę inaczej. Jeśli dojdzie do rozstania a w związku były dzieci to konsekwencje takiego kłamstwa mogą przenosić się na następne pokolenia… niestety.

   Na przykład alkoholizm. Dlaczego tak wybrałem? Bo to niestety zbyt powszechny w naszym kraju. Tu akurat kłamstwo uderza najbardziej w najbliższe otoczenie alkoholika. I choć pobłażliwość i współczucie dla osób pijących nałogowo jest medialnie wykorzystywane do udowadniania wyższości racji mojszych nad twojszymi(o zgrozo renta alkoholowa!!!). Alkoholicy może i chcą wyjść z nałogu ale smak alkoholu i uczucie bycia pod jago wpływem jest silniejsze niż związki z najbliższymi i światem. Kiedy delikwent upija się na spokojnie i idzie spać to trochę mniejsze zło. Gorzej jak za tym stanem idą konsekwencje w postaci przemocy domowej i innej, których konsekwencje bywają bezpośrednie ale także dalekosiężne... niestety.

   Na przykład pieniądze. Napisałem pieniądze ale to tylko hasłowo. Na myśli mam raczej dobra materialne. Ileż to niespełnionych obietnic(kłamstw) przekazania komuś czegoś. Ileż to wyłudzonych pieniędzy pod byle pretekstem. Ileż to obietnic kokosowych interesów tylko: „szybko daj i nie pytaj o więcej”. Ileż to obiecanych i nigdy niespełnionych podwyżek wynagrodzenia w pracy przez szefów. I Można by tak w nieskończoność... niestety

   Zakończę już. I niech morałem będzie słowo klucz do wyżej wymienionych przykładów kłamstw:

OBIETNICA!!!

niedziela, 28 września 2025

Bioterapia rozpoczęta

 

Bioterapia rozpoczęta

   A już trochę wątpiłem… i teraz łyso mi! Blisko rok na to czekałem i zaczęło się. Właśnie rozpocząłem terapię biologicznym specyfikiem, który ma spowolnić(a może i zatrzymać?) postęp mojego rzs-u. Zaprosili mnie do szpitala już dwa tygodnie temu ale parę dni przed umówionym terminem złapałem jakąś infekcję gardła i mimo starań wyleczenia domowymi sposobami nie udało się uniknąć antybiotyku. Byłem więc w tym tygodniu w szpitalu i po kilku standardowych badaniach otrzymałem pierwszą dawkę dedykowanego dla mnie leku. Poprawa powinna nastąpić po około trzech miesiącach wiec spokojnie czekam… Z zaleceń lekarskich najbardziej niefajne jest to, że będę musiał unikać jakichś infekcji i przeziębień bo wtedy muszę przerywać terapię. A tu sezon grypowy właśnie się zaczyna i będę chyba musiał stronić od ludzi a zwłaszcza ich skupisk i innych gromad. Trochę mnie to martwi bo i moje kontakty z wnuczkami będą ograniczone(covid, cokolwiek by o nim nie myśleć nauczył nas jednak żeby chronić innych przed przenoszeniem wirusów i infekcji).

   To nie dlatego tak piszę, że wreszcie się tej terapii doczekałem ale dlatego, że opieka i podejście do pacjentów w tym szpitalu jest bardzo dobra i jest zaprzeczeniem obiegowej opinii na temat państwowej służby zdrowia. Nie spotkałem się tam nigdy z jakąkolwiek niemiłą sytuacją ani zniecierpliwieniem ze strony lekarzy ani nikogo z personelu medycznego. Może taka procedura i tyle. Także jestem teraz dobrej myśli.

   Chłodne noce i coraz krótsze dni przypominają o zbliżającej się jesieni. W mieszkaniach jeszcze nie grzeją kaloryfery więc dodatkowy koc jest niezbędny by w miarę komfortowo się wyspać. Ale rekompensujemy to sobie mnogością i łatwym dostępem do sezonowych warzyw i owoców. Najadamy się nimi pod każdą możliwą postacią i liczymy, że ilość przyjętych w taki sposób witamin i minerałów uodporni nas przed zimą i przeżyjemy ją w zdrowiu.

   Dużo jakoś o tym zdrowiu wyszło ale dla każdego z nas jest ono przecież najważniejsze! A może to cecha emeryta że tak często o tym?

Ale następne wpisy postaram się już na inne tematy… 

sobota, 30 sierpnia 2025

Wakacje emeryckie

 

   Dwa tygodnie temu wróciliśmy z wakacji. 10 dni nad morzem w ośrodku domków, gdzie wszystko było podporządkowane dzieciom(czegoż to się nie robi dla wnuczek?). Place zabaw, baseny i wiele innych atrakcji. No i oczywiście brzeg Bałtyku, który zawsze odwiedzamy z wielką przyjemnością i choć morze jest zawsze to samo to jednak lekkie wrażenie i emocje są zawsze. Tym razem ekscytacja i radość dzieciaków była także naszą radością. Podróż do województwa zachodniopomorskiego z dziećmi trwała o wiele dłużej jak pokazuje nawigacja bo częste przerwy były konieczne mimo, że dziewczynki nieźle znosiły jazdę samochodem.

   Przed tym wyjazdem byłem w połowie lipca, na jednodniowym pobycie w szpitalu celem ostatecznej kwalifikacji do leczenia mojego rzs-u metodą biologiczną. Odpowiedź (zaproszenie do leczenia) miała być po dwóch-trzech tygodniach ale jak do tej pory cisza. Może to wina urlopowo-wakacyjnych zawirowań i opóźnień. Nie tracę nadziei, że to się jednak odbędzie ale coraz częściej przypominają mi się słowa pacjentów szpitala, że jednak głównym(może decydującym) kryterium są dwie pierwsze  cyfry numeru pesel i tu moje szanse oceniam już mniej optymistycznie. A szkoda bo po powrocie znad morza i dość gwałtownych zmianach temperatur w ostatnich tygodniach moje dolegliwości bólowe związane z chorobą bardzo się nasiliły.

   Byliśmy też na osiemnastce kuzyna ale doszliśmy do wniosku, że ten rodzaj imprez nie jest już dla nas bo i późno w nocy rzecz się odbywała a i klimatyzowane sale nie są już dla nas najzdrowsze. Żona właśnie skończyła tygodniową terapię antybiotykiem bo gardło nie dawało się uleczyć domowymi sposobami i nadal nie odczuwa smaków i zapachów. Niestety choroba nie tylko żony ale i wnuczek wyeliminowała nas ze świętowania pierwszych urodzin najmłodszej  z nich. Ale co się odwlecze to…

   Niemal każdego ranka po przebudzeniu się cieszymy się razem ż żoną, że dożyliśmy emerytur i nie musimy już wstawać do pracy. Teraz jeszcze jest tak, że trochę jeszcze możemy a znacznie mniej musimy….

   W przyszłym tygodniu dzieci wracają do szkół i jak się da będziemy się starali wspierać najstarszą  naszą wnuczkę w jej „naukowej” drodze.

piątek, 23 maja 2025

Czy prezydent jest nam w ogóle niezbędny?... i zimny maj

       W jednym z pierwszych wpisów na tym blogu deklarowałem, że nie będę się wypowiadał na tematy polityczne. Ale pozwolę sobie zrobić wyjątek. Kampania wyborcza osiąga swoje apogeum i nie sposób nie zauważać wyborczych banerów i narastającego rozemocjonowania. Nie ukrywam, że kolejne spotkania kandydatów (bajkopisarzy, iluzjonistów i kłamców) przyprawiają mnie o jeszcze większą niechęć do tych ludzi. Zostało już na szczęście tylko dwóch i któryś z nich zostanie tym państwowym wysokim urzędnikiem. 

   Zakończyłem swoją zawodową karierę w spółce skarbu państwa i miałem niestety sposobność zaobserwować zjawisko nepotyzmu i poplecznictwa zwłaszcza na bardziej lukratywnych stanowiskach w przedsiębiorstwie. W prywatnych rozmowach przy kawie i herbacie można było się dowiedzieć o tym i owym i kto jest jego mocodawcą. Najczęściej jednak osoby te nie posiadały odpowiednich kwalifikacji, umiejętności i często chęci do pracy za to miały "plecy". Ciekawe ilu takich "spadochroniarzy" przybędzie w spółkach państwowych po tych wyborach?

   Zastanawiałem się nad sensem istnienia tego urzędu w naszych krajowych warunkach politycznych. Urodziłem się przecież w czasach gdy prezydenta w Polsce nie było i jakoś nikt nie był z tego powodu specjalnie nieszczęśliwy. To przecież i koszt bo utrzymać trzeba również całą towarzyszącą mu ekipę urzędników i innych powinowatych lub  jakoś tam "zasłużonych". W sumie kto by nim nie został i tak będzie tylko "długopisem" przewodniczącego desygnującej go partii. Kiedyś było chyba prościej i zapewne taniej bo i tak wszystkim sterował jakiś pierwszy sekretarz(obecnie przewodniczący rządzącej partii)...

   Zakończę już o polityce bo mam sobie mierzyć dwa razy dziennie ciśnienie i nie chciałbym mieć  dziś wieczorem odbiegającego od normy pomiaru.

   Zimny ten maj tegoroczny. Posiałem trochę ziół na balkonie i nic nie wzeszło do tej pory. Chyba trzeba będzie wszystko powtórzyć bo chłodne noce mogły zniszczyć nasiona. Chociaż dobrze że deszcze padają więcej jak w kwietniu to może nie będzie drożyzny. Już nawet bóle stawów związane z taką pogodą jest mi łatwiej zaakceptować...

    Dobrego prezydenta wszystkim życzę i żeby nie przynosił nam wstydu...

piątek, 11 kwietnia 2025

W szpitalu...

 ...byłem kilka dni. Ale nic mi nie było ponad to co mi uprzykrza żywot od lat dwóch już. Z nadzieją poszedłem bo moja pani doktor od stawów powiedziała że stany zapalne szaleją we mnie w najlepsze, choć z ze zmniejszającym się natężeniem, więc trzeba spróbować innej metody leczenia żeby sobie nie obciążać układu pokarmowego. Zadzwonili dzień wcześniej, że nazajutrz mnie oczekują. A że jestem chłop po wojsku to takie tempo nie zrobiło na mnie wrażenia i stawiłem się w dniu wskazanym przez miły głos w telefonie. Od razu wzięli mnie w obroty w krzyżowy ogień rozmaitych badań, których ze względu na liczbę nie będę tu przytaczał żeby nie zanudzać. Po sześciu dniach intensywnego skanowania mojego zdrowia(znów dowiedziałem się o sobie kilku nowych mniej fajnych rzeczy) zakończyłem punkcją lewego kolana z podaniem sterydowego leku, który błyskawicznie zmniejszył obrzęk i ból. I znów wróciłem do domu ze zmodyfikowanymi lekarskimi zaleceniami i nadzieją, że za trzy miesiące znów mnie zaproszą i doczekam się wreszcie tej obiecanej terapii, która ponoć daje spektakularne efekty. 

   Zdążyłem już pojechać do dwóch najstarszych wnuczek bo się stęskniłem. Byłem też na wsi na działce a tam przygotowania do budowy na sąsiedniej działce kilkunastu domów jednorodzinnych(jak plany rozbudowy się spełnią to przybędzie pewnie kilkudziesięciu nowych mieszkańców). Wgląda na to, że i ojcowizna babci mojej żony także zostanie po części włączona w ten proces. Mi jest z tego powodu bardzo żal bo... nie tak miało być! I na tym skończę żeby sobie nie podnosić ciśnienia.

   A na razie wiosna i codzienność ograniczona gorszą możliwością poruszania się, niestety. Może po obiecanej terapii coś się polepszy... i trochę jeszcze pożyję jako tako...

sobota, 1 marca 2025

Ciągle coś tam...

    ...a na emeryturze miało być takie słodkie nic nie robienie. 

  Wciąż coś się dzieje -  jak to w życiu - a może to właśnie na tym polega. Nie ma tygodnia a może nawet dnia żeby coś się nie zdarzyło takiego, że trzeba się zaangażować. Jak nie rodzinne spotkania związane z jakimś wydarzeniem(ostatnio chrzest najmłodszej wnuczki) to jakiś wyjazd lub udział lub zwyczajnie pomoc najbliższym w ich sprawach codziennego życia. Rzeczywiście wnuczki są tu zwykle na pierwszym planie. Jeśli nie prośba córek o jakieś działanie to sam chętnie udzielam się w codziennych spacerach najmłodszej z dumą pchając wózek. Na razie mamy blisko(można dojść pieszo) ale jak się przeprowadzą to bez podróży samochodem lub pociągiem nie da rady, więc korzystam. Dużo radości sprawiają mi te nasze wnuczki choć każda jest inna i ze względu na wiek również na innym etapie rozwoju. Jest radość. Dziadkowanie jest fajne mimo że czasem miłość do nich nie koniecznie jest odwzajemniona. Ale taka dziecięca natura. Obserwuję je i już widzę, że mają swoje małe sprawy, rozterki czy bunty przeciw czemuś. Oczywiście te ostatnie staramy się jak najszybciej rozwiązywać z różnym oczywiście skutkiem. Bywa, że z przyjemnością wracamy do domu po kilkudniowych pobytach. Różnica wieku to również różnica temperamentu i ilość potencjalnej energii, która czasem uruchamia się w najmniej oczekiwanych momentach. Z tą naszą pozostałą energią ciężko pociechom dorównać.

   Czekam na sygnał ze szpitala bo jestem w kolejce oczekujących na leczenie biologiczne. Podczas mojego pobytu w szpitalu spotykałem się z osobami, które taką terapię miały zastosowaną i mówili o jej nadzwyczajnych efektach. Mam nadzieję, że i mnie się uda poprawić zdrowie na tyle żeby rozstać się z lekami przeciwbólowymi. Na razie swój stan oceniam jako stabilny ale niestety bez możliwości jakiegoś intensywniejszego zaangażowania się w prace fizyczne. Staram się oczywiście jakoś utrzymywać kondycję i zakres ruchomości stawów.

   Z tą wyczekiwaną terapią wiążę oczywiście jakieś nadzieje choćby na to żeby wrócić na działkę i trochę popracować i może nadgonić kilkuletnie zaległości. Jak to wyjdzie okaże się. Chciałbym uprawiać choć trochę  warzyw żeby było się czym dzielić z najbliższymi no i zadbać o ogród, drzewka i krzewy. Na cud nie liczę ale może...

   Dziś usiadłem trochę do komputera by napisać te parę słów. Przy okazji opracowałem pewien raport z mojej branży z umiarkowaną satysfakcją stwierdzając, że ludzie "hazardują" się coraz więcej... Mają pieniądze? Czy brak im raczej nadziei na możliwość poprawy swojego losu normalnymi sposobami? 

Ciężko jest nie wracać myślami do zawodowej przeszłości...

niedziela, 12 stycznia 2025

Post numer 200 "co w tym 2025 roku?..."

   ...tego nie wie nikt. Nie planuję z zasady już od wielu lat i nie mam stresu z powodu niewykonanych zamierzeń. Tym bardziej teraz, kiedy każde poranne wstawanie trwa długo i odbywa się bardzo ostrożnie - żeby tylko coś gdzieś nie strzeliło w gnatach albo nie pojawiło się nowe miejsce z bólem. Tak to teraz wygląda. Prochy przeciwbólowe ograniczam do niezbędnego minimum i łykam tylko wtedy kiedy muszę wykazać jakąś większą fizyczną aktywność. Może za to wątroba posłuży mi trochę dłużej...

   Plany urlopowe jednak mamy na ten rok. Wyjedziemy ze starszymi wnuczkami i ich rodzicami nad morze. Jeszcze nie wiem czy pojadę samochodem czy pociągiem bo to jednak 550 kilometrów a ja stałem się raczej krótkodystansowym kierowcą. Dzieci jeszcze nigdy nie widziały morza i takiej wielkiej piaskownicy(plaży). Powinno się udać.

   Za miesiąc zaplanowany jest chrzest najmłodszej wnuczki w naszej parafii bo pewnie w maju lub czerwcu starsza córka z zięciem i malutką wyprowadzą się poza Warszawę. Dobre w tym jest to, że obie córki będą mieszkać blisko siebie a my będziemy dojeżdżać do nich te niecałe 20 kilometrów. Niestety mieszkanie w stolicy staje się coraz droższe a na własne lokum stać coraz mniej ludzi. Kredyt na całe życie i niepewność czy się uda go spłacić jest chyba największą bolączką młodego pokolenia. I chyba nic się ma nie zmienić w tym względzie...niestety. Dziwny jest ten świat... Ale skoro jedni mają wiele mieszkań to inni nie będą mieć nigdy choćby jednego...

   O działce nie napiszę nic bo to byłoby wróżenie z fusów. Na pewno będę się tam pojawiał ale jak często, po co i ile razy nie umiem przewidzieć. Z resztą patrzenie na to wszystko wobec mojej niemocy jest dla mnie wciąż zasmucające. Żeby coś tam zrobić trzeba by za wszystko zapłacić a z emerytury której wartość jest stała niewiele zdołam uczynić. W totka nie gram ze względu na zawodową przeszłość więc cudu nie będzie.

   Dlaczego "Post numer 200"? Ano przeglądałem dziś rano statystyki bloga i pokazało, że zrobiłem już 199 wpisów. To czemu nie dopisać dwusetnego? Lubię okrągłe liczby... i oto jest.

PS: A gdyby tak dało się zaplanować lepsze zdrowe?

piątek, 20 grudnia 2024

Prawie koniec roku… podsumowanie?

 

   Zaraz święta, już czuje się narastające przygotowania i krzątaninę. Aktywność przy ich organizacji z każdym dniem się zwiększa. Większość zakupów już za nami ale zawsze coś jeszcze się przypomni. Mieszkanie już ogarnięte po kaloryferowej demolce i nawet nowe meble i telewizor według projektów żony są na miejscu. Do stołu zasiądziemy w powiększonym składzie o trzecią śliczniutką i zdrowiutką wnusię. Będzie nas więc fajna gromadka. No i ta kontynuacja tradycji i zwyczajów przekazywana z pokolenia na pokolenie może zapisze się w pamięci naszych wnuczek. Potrawy i zapachy świąteczne też przecież wszyscy pamiętamy…

   Rok już się kończy i nie sposób uciec od podsumowań. Doczekałem emerytury! Zdrowie jakie takie jest, do pierwszego starcza więc narzekać nie możemy. Darmowe leki(choroba przewlekła) biorę regularnie i choć z efektów leczenia nie jestem do końca zadowolony to nie tracę nadziei bo moja pani doktor skierowała mnie na inną formę terapii. Może zdziała… cud.

   Przyglądam się rozwojowi naszych wnuczek  i mam nadzieję na ich dobrą przyszłość. Często wychodzę na spacery z najmłodszą i obserwuję jej wzrost i postępy. Może dlatego, że dwie poprzednie przyszły na świat kiedy byłem jeszcze zawodowo aktywny a i covidowe czasy ograniczały normalną częstotliwość kontaktów i ten noworodkowo-niemowlęcy czas jakoś mi przeszedł koło nosa. Staramy się je zdroworozsądkowo rozpieszczać i spędzać z nimi jak najwięcej czasu. Nagrodą jest „kocham cię dziadku” albo „lubię jak do mnie przyjeżdżasz i się ze mną bawisz”. Może nawet mi się trochę udaje to moje dziadkowanie…

   Na działkę jeżdżę tylko w razie potrzeby na wezwanie teściowej lub szwagierki. Rozwala mnie psychicznie moja fizyczna niemoc. Przez ostatnie lata wiele działań odkładałem na teraz bo emerytura miała być tuż tuż. Wyszło trochę jak z tym indykiem co myślał o niedzieli… Może na wiosnę mi się zdrowie polepszy to coś podziałam. Może…

   Firma coś tam przelała na święta i tyle właściwie kontaktów z niedaleką przecież zawodową przeszłością. Byli koledzy i koleżanki z pracy jakby się zapadli pod ziemię – cisza. Może już nastało nowe, inne w mojej byłej pracy i tyle. Już na tydzień przed moim odejściem ktoś czekał na moje biurko… żenujące to było albo może to znak czasu, wszak o pracę dziś niełatwo. Radzę z tym sobie także no bo co mam zrobić.

   Mija rok - dobry rok. Oby następny nie był gorszy…

środa, 9 października 2024

A myślałem, że będę miał czas…

 

   Minęły już dwa miesiące odkąd jestem emerytem. Ale nie za bardzo czuję tę swobodę i wolność jaką sobie wyobrażałem w tym czasie gdy jeszcze pracowałem. Dużo działam z własnej chęci ale także z obowiązku i trochę przymusu. Latem wymienili nam w bloku instalację centralnego ogrzewania. Rozwalone ściany i konieczność malowania we wszystkich właściwie pomieszczeniach bardzo mnie znużyły. Nie mam już tej energii co dawniej i wszystko związane z tym trwało dłużej i wydaje się być cięższe i bardziej meczące. Ale chyba z tym już bliżej niż dalej. Zięciowie pomogli. Po mojej stronie było doprowadzenie podłóg do przyzwoitego stanu a teraz wreszcie skręciłem meble na które czekaliśmy kilka tygodni. Pewnie nie byłoby o czym gadać gdyby nie trzeba brać tylu przeciwbólowych leków przed każdą taką robotą. Dają mi one namiastkę komfortu życia choć wiem, że w dystansie i tak zadziałają przeciwko mnie… ale coś za coś.

  Moja odskocznia i pociecha to wnuczki. Staram się jak tylko mogę spotykać z nimi i obserwować ich rozwój. Próbuję też niezbyt nachalnie przekazywać im jakieś życiowe porady i zasady zachowania. Teraz z innej perspektywy(dziadka) obserwuję różnice w pokoleniach. Nie zawsze łatwo jest znieść energię małych dzieci. Inne też teraz dzieci mają możliwości i zabawy. No i jest ich znacznie więcej ale czy to lepiej? Myślałem, że bycie dziadkiem będzie łatwiejsze a tu znów trzeba się postarać żeby nie być nudnym lub zbyt srogim. Ale myślę, że będzie warto choć ilość niebezpieczeństw wynikających choćby z łatwego dostępu do medialnych nie zawsze sprawdzonych wiadomości może sprowadzać na manowce niejednego młodego człowieka. Wiedzy wydaje się być mnóstwo i na każdy prawie temat ale tej właściwej i zweryfikowanej trzeba nauczyć się szukać i korzystać – to chyba współcześnie największa umiejętność.

   Na działkę pojechałem kilka razy i nawet powoziłem opałowe drewno do komórki. Ale oczywiście nie wszystko bo sił już zabrakło i bólu nie chciałem prowokować nadmiernym wysiłkiem. Marzy mi się zrobić jakąś grządkę pod przyszłoroczny czosnek ale na razie już mam zaplanowane inne zadania na najbliższe dni więc odkładam marzenia na później. Zebrałem trochę jabłek(koszteli) które przetrzymały ataki wszelkiego robactwa i nie stały się pokarmem szerszeni. Przez całe lato raczyliśmy się balkonową bazylią ale teraz już ma dojrzałe kwiatostany nasienne – a mi jest szkoda lata. Może jakoś przetrzymam zimę i coś więcej podziałam na działce. Na razie już było kilka chłodniejszych dni po upalnym i suchym lecie. Deszcze nas omijają jakimś dziwnym trafem a niedobory wilgoci w glebie są już od kilku sezonów skumulowane. Jak tak dalej pójdzie to będziemy stepem niedługo.

   Tak sobie wyobrażałem, że będąc emerytem będę pisał na tym blogu znacznie częściej i więcej a tu jak na razie i z pisarstwem nie tęgo. Może zimowe długie wieczory coś zmienią…

niedziela, 1 września 2024

Emerytura. Ufff… Wreszcie wolny!(?)

 

Dokonało się! Dożyłem! Jestem wreszcie emerytem!!! Od miesiąca już nie muszę chodzić do pracy i zmagać się oporem materii. Nie mam już nad sobą prezesów, dyrektorów, kierowników, żadnych zawodowych spraw i zadań. Brak mi trochę jedynie koleżeństwa(tych porannych gadek na temat a czasem całkiem bez sensu…).

   Pozytywne jest to: że mogę cieszyć się wnuczkami; i że mam ich już trzy(ta trzecia ma już tydzień); że najlepsze godziny dnia spędzam w dziennym świetle; że starcza nam środków na życie; że mniej mam niedobrych emocji…

   Niedobre jest to: że muszę brać leki; że nie mogę fizycznie robić tych wszystkich rzeczy, które odkładałem na teraz właśnie; że boli bez leków przeciwbólowych; że tego wyleczyć się nie da…

   Na razie nie zaznałem jeszcze beztroskiego lenistwa. Ciągle gdzieś, komuś, coś trzeba zrobić albo nie być w domu w związku z tym. Dzieje się jednym słowem. Nie było nawet czasu i sposobności by celebrować 40 lat małżeństwa( za to w prezencie od losu otrzymaliśmy trzecią wnusię). Może jeszcze we wrześniu się uda gdzieś wyjechać, choćby na parę dni.

   Na razie próbujemy uporządkować mieszkanie po wymianie kaloryferów. Było jak na budowie pył i gruz z rozprutych ścian. Nie dość, że za oknem budowa tramwaju do Wilanowa to jeszcze to. Nie jest źle jesteśmy już bliżej niż dalej. Jeszcze tylko doczyścić podłogi w dwóch pokojach trzeba i zmontować meble, na które czekamy. Czy będzie lepiej? To się okaże.

   Na działce nie ma zielska po pas dzięki uprzejmości życzliwych ludzi. Nie mam siły na użeranie się z trawami i chwastami i machanie kosą. Muszę się przyglądać  temu co pochłania natura. Nie mam w tym roku żadnych grządek. Jedynie jabłka jakoś obrodziły więc będzie trochę do zjedzenia i częstowania najbliższych.

   I tyle na razie z emeryckiego żywota…

sobota, 6 kwietnia 2024

Zamienię zniewolenie na ubóstwo… prawie rok nic nie napisałem…

   Tak, tak. Właściwie emerytem już prawie jestem. Co prawda pierwszy przelew z ZUS-u odbiorę dopiero w lipcu ale już teraz w zasadzie mógłbym zakończyć zawodową „karierę”. Tyle mam zaległego i bieżącego urlopu, że starczyłoby do 65 urodzin. Ale jak pouczyła mnie pani  w ZUS-ie w naszym kraju w czerwcu się na emeryturę nie przechodzi bo waloryzacje i wskaźniki podnoszą świadczenie o parę złotych więc jeszcze kilka tygodni do roboty pochodzę. Obliczyła mi także ta pani moją przyszłą emeryturę i wyszła umiarkowanie optymistyczna kwota – sporo niższa od obecnych wynagrodzeń. Żona dwa lata temu przechodziła na emeryturę i jej świadczenie było większe niż ostatni przelew w pracy(pandemia, wskaźniki i tabele to sprawiły). U mnie niestety różnica mimo dłuższego stażu pracy i wieku nie będzie w tę samą stronę. Dlaczego? Bo małżonka miała w życiu tylko dwie prace i obie w sektorze państwowym, chociaż nie na eksponowanych stanowiskach. Ja zaś pracowałem ładnych parę lat u innych rozmaitych prywatnych „krwiopijców”, którzy pojawili się w okresie naszej polskiej „pierestrojki”. Różnie bywało ze składkami więc trochę mam za swoje. Myślę w tym kontekście o przedstawicielach młodszych pokoleń, które dość lekko podchodzą do tych spraw pracując nierzadko na dziwacznych śmieciówkach lub innych dozwolonych prawnie formach wyzysku.

   Przesadziłbym pisząc, że teraz na emeryturze we dwoje będziemy klepać biedę. Damy radę. Oczywiście będziemy już mogli tylko liczyć na rewaloryzacje, które nigdy nie doganiały wzrostu cen życia. Zatem nasz standard będzie się już tylko obniżał. Samo życie?

   Teraz do drugiej części tytułu wypada się odnieść: chorowałem dużo w ubiegłym roku i tyle. Po zaleczeniu boreliozy(40 dni na antybiotykach) miałem półtora miesiąca względnego spokoju i wtedy w czerwcu po Bożym Ciele dopadło mnie choróbsko ze zdwojoną siłą. Spuchły mi kolana i nie byłem w stanie chodzić. Popracowałem zdalnie jeszcze parę tygodni i znów trafiłem do pani doktor od boreliozy(tym razem już o kulach). Po badaniach okazało się, że nie mam już wskaźników potwierdzających stan boreliozy i pani doktor skierowała mnie do szpitala reumatologicznego. Po trzech dniach wylądowałem na oddziale. Przebadali mnie i przeskanowali na wszystkie możliwe strony i po 12 dniach pobytu wypisali, w stanie nieco lepszym, do domu. Ten pobyt był dla mnie wielkim doświadczeniem zwłaszcza, że ostatni raz na oddziale szpitalnym byłem chyba w wojsku(czterdzieści parę lat temu). Spotkałem wielu ludzi i wiele chorób, o których istnieniu nie mogłem mieć zielonego pojęcia. Mimo wszystko uznałem się za szczęściarza. Dalsze leczenie kontynuuję już u fajnej pani doktor w przyszpitalnej przychodni. Biorę mocne leki, także sterydy, ale mój stan poprawia się chociaż bardzo powoli. W tak zwanym międzyczasie otarłem się także o szpital onkologiczny żeby wykluczyć jakieś podejrzane zmiany, które wynikły w czasie szpitalnego pobytu. Znów trudne doświadczenie i znów jestem szczęściarzem bo na razie dostałem odroczenie od moich podejrzanych zmian ale mam się badać nadal tylko trochę rzadziej.  W sumie w ubiegłym roku byłem ponad sześć miesięcy na zwolnieniach i miałem dużo czasu na przemyślenia wielu zdarzeń i spraw, które mnie w życiu spotkały. Wniosek?: Zwalniam tempo. Robota nie zając… Rodzina jest najważniejsza – doświadczyłem tego gdy było ze mną źle.

Działka? Nie, nie zrezygnuję tylko będzie inaczej: osiłka-drwala już nie ma, teraz jest starszy pan  prawie emeryt. Ale ruszać się trzeba bo to klucz do lepszego samopoczucia.

niedziela, 23 kwietnia 2023

B jak Borelioza

 

   Dopadła mnie wyżej wymieniona po Nowym Roku jakoś. Właściwie to już ostatnich miesiącach roku ubiegłego czułem, że coś jest nie tak ale zwalałem to na „sks” i że trzeba się coraz częściej godzić z tym, że „lepiej już było”. Pobolewały mnie stawy: barki, biodra, kolana i nadgarstki. Ten rok zacząłem od zwolnienia lekarskiego bo dostałem jednorazowej gorączki wyglądającej jak grypa. Później było już tylko gorzej więc nie było sensu dalej odgrywać chojraka i w lutym poszedłem zrobić test(wcześniej sporo czytałem o boreliozie i podejrzenie padło właśnie na nią). Kleszcze kąsały mnie kilkanaście razy w życiu(jeśli liczyć tylko przypadki, których byłem świadomy). Pierwszy raz w 2006 roku. Głównie podczas wędkarskich wypraw na Mazurach. W ubiegłym roku przywoziłem z działki w czerwcu i lipcu trzy sztuki. Pewnie w końcu któryś z nich był zakażony.

   Test pierwszy(podstawowy) wyszedł dodatni więc za dwa dni zrobiłem drugi(dokładny) i jeszcze tego samego dnia dostałem pozytywny wynik. Poszedłem do lekarza pierwszego kontaktu i chyba wprawiłem go w zakłopotanie bo, z racji młodego wieku, miał pierwszy raz takiego delikwenta jak ja. Brak jednolitej i uporządkowanej wiedzy medycznej to niestety cecha tej choroby, która komplikuje i utrudnia diagnozowanie i leczenie. Dostałem dwa skierowania do neurologa i reumatologa mimo, że jest to choroba zakaźna… Leczenie rozpocząłem niestety prywatnie u specjalistki chorób zakaźnych. Cały marzec byłem na L4 i antybiotyku i po przesileniu objawów około 10 dnia zaczęło się poprawiać. Ponieważ dolegliwości nie ustąpiły, jak zakładała pani doktor, powtórzyłem spotkanie z nią i dostałem inny antybiotyk na dni 9 tym razem. Oprócz tego jakieś witaminy i środki przeciwbólowe. Stan na dziś jest taki, że boli mniej ale do ideału jeszcze daleko. W portfelu jakieś ponad półtora tysiąca mniej(nie jest to tania choroba a gdy już bardzo boli to koszty mają mniejsze znaczenie) i żadnej pewności, że to koniec kłopotów i wydatków w tym względzie.

   Wiosek mam taki, że jeśli ktoś miał ukąszenie kleszcza to powinien być czujny i nigdy nie wykluczać zakażenia, bo im szybciej podjęte będzie leczenie tym większa szansa na wyzdrowienie i brak powikłań wtedy gdy organizm walczy z tym dłużej. Mój przykład pokazuje, że prawdopodobnie zakażenie miałem znacznie wcześniej niż w ubiegłym roku i pewnie czas pokaże jak nadszarpnęło to moje zdrowie. Czasochłonne i selektywne buszowanie po internecie spowodowało, że stałem się domorosłym ekspertem od tej choroby… satysfakcja, której nie koniecznie potrzebowałem w życiu.

   Choroba chorobą a żyć trzeba i cieszyć się tak jak można mimo bólu. Wczoraj posadziłem jeszcze dwie borówki amerykańskie i skopałem mały zagonek i wysadziłem pół kilo dymki wsiewając w środek jako dobrego sąsiada rządek marchwi. Miałem jeszcze w planie posadzić ziemniaki i wysiać nasiona buraków i kapusty ale czasu już zabrakło i sił też. Gnaty dziś bolą nie bardziej jak wczoraj więc chyba nie ma się co nad sobą rozczulać i trzeba robić swoje. Na oknie rozsada papryki czeka już na połowę maja a pięć belek słomy przygotowane już pod ogórki. Pszczół nie brakuje bo przy kwitnących śliwach słychać i widać było duży ruch. Mam sporo suchych gałęzi po wyciętych na podwórku akacji i kasztanowcu i zamierzam je wykorzystać po rozdrobnieniu jako podstawę budowy nowych grządek. Tydzień temu wyciąłem trzy krzaki leszczyny a wczoraj ułożyłem zalegające gałęzie na jedną kupę. Od sąsiada wysiało mi się kilka świerków, którymi obsadzę północny bok działki. Po powrocie z działki dokładniej niż zazwyczaj obejrzałem się w kąpieli… podświadomość czy jednak lęki?

   Do emerytury pozostało już mniej jak 200 logowań do komputera firmowego…. I tym optymistycznym stwierdzeniem kończę na dziś.

PS: Może będzie więcej czasu na pisanie…