Witam!

To jest o moich osobistych rozważaniach, obserwacjach, doświadczeniach, myślach o sprawach bieżących i bardziej uniwersalnych, ponadczasowych. Bez zdjęć i obrazów, tylko słowa.

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

my TEŚCIOWIE



   Od roku już wiedzieliśmy o ich planach i w styczniu wspólnie z rodzicami narzeczonego i nim samym spotkaliśmy się po raz pierwszy by się poznać i wszystko wstępnie omówić. W ostatnią sobotę dokonało się zawarcie małżeństwa przez córkę i od tego czasu mam prawo używać zaszczytnego(mam nadzieję) tytułu:
„TEŚĆ”
   Kto to przeżył ten wie o czym piszę. To jak wielowątkowa powieść. Po ogromnej ilości intensywnych negocjacji, kompromisów i ustępstw pomiędzy narzeczonymi i ich rodzicami udało się w końcu stworzyć jakiś plan przedsięwzięcia, który w trakcie i tak był parę razy korygowany. Ilość spraw do załatwienia z tym związanych(prócz tego codzienność też się swego jeszcze domaga) osiągnęła w pewnym momencie swe apogeum, ale emocje i tak były prawie do ostatniej chwili. Mnie odpuściło dopiero po wyjściu z kościoła. Mszę odprawił zaprzyjaźniony z naszym domem ksiądz w towarzystwie dwóch innych, więc ta część wydarzenia musiała się udać. Potem przejechaliśmy do restauracji, gdzie miało się odbyć przyjęcie. Wypadło super (to opinie gości) i nie ukrywam, że przerosło również i nasze oczekiwania. Menu zgodne z planem, porcje dostatnie, przystawki i zakąski urozmaicone i bardzo smaczne. Kelnerzy uprzejmi i chodzili jak w przysłowiowym zegarku. DJ grał zamiast orkiestry. Potem był nastrojowy grill w ogrodzie przy restauracji (pogoda dopisała –  i to chyba był dodatkowy bonus od niebios). Świetne dania i napoje dały niepowtarzalną atmosferę. Po dziesiątej wieczorem powrót do sali restauracyjnej na ciąg dalszy.
   Ponieważ ślub był o czternastej to przyjęcie rozpoczęło się już przed szesnastą. Po pierwszej w nocy było już po wszystkim. Jedzenia i alkoholu nie zabrakło. Mniejszą ilość tańców zastąpiły spotkania rodzinne i znajomych, którzy znaleźli się tu przy tej okazji, jak to często bywa, nierzadko po wielu latach. Goście wychodzili zadowoleni, co nas bardzo jako rodziców ucieszyło. Podziękowaliśmy obsłudze a zwłaszcza p. Mariuszowi (stary wyga – 35 lat w gastronomii, zawodowiec i prawdziwy majster w swym fachu), który wszystkim tak świetnie kierował. Och! Jak ja szanuję takich ludzi – może dlatego, że to ginący gatunek.
   Państwo młodzi, pochłonięci wcześniej organizacją ślubu i szykowaniem własnego gniazdka, według planu mieli pojechać po weselu na swoje, ale pan glazurnik wykańczając łazienkę nie zdołał w terminie(rozpoczął sobie nieco wcześniej długi weekend) zainstalować kibelka. I muszą oni jeszcze te kilka nocy przed podróżą poślubną spędzić u rodziców. Tak to proza życia brutalnie zweryfikowała misterne plany zakochanych……
   Dzień po weselu zięć zadzwonił do mnie zwracając się do mnie: „Tato", ale w tej samej chwili usłyszałem w słuchawce chichot ich obojga. A ja głupi już myślałem, że chociaż w taki sposób będę miał „syna”…..

PS: Powinienem też coś napisać o działce, ale mi wstyd. Przez to całe zamieszanie ze ślubem nie byłem na wsi ostatnio równe cztery tygodnie. Każdy chyba wie, czego przyroda i roślinność może dokonać w tym czasie i o tej porze roku. Wyhodowałem, oprócz roślin zaplanowanych i pożytecznych(kartofelki że ho ho!), również dwumetrowe pokrzywy i komosę…. Chili balkonowe też już się czerwieni.

wtorek, 28 czerwca 2016

Chilli już czerwona

Tydzień temu dwa pierwsze zaczęły się wybarwiać.
Balkonowa chilli posiana w lutym a w połowie maja obciąłem wszystkie rozgałęzienia - zaczyna zawiązywać pierwsze owoce. Ma mnóstwo kwiatów. Widać lubi upały.



Niedzielne śniadanie - ryż odsmażony na maśle, z dodatkiem ząbka czosnku pomidorków koktajlowych zasmażony z dwoma jajami. Naprawdę niezły!


Red hot(czy hot to się wkrótce okaże)chilli pepper. 
Tak wygląda dziś - dwa miesiące od zakwitnięcia.

  
   





                                                                                                         


poniedziałek, 13 czerwca 2016

Kibicowanie




   Ale nie o EURO’16 mi chodzi. Tu już pozamiatane. Ktoś wykupił prawa do meczów by sprzedać je potem z zyskiem innym. I w zasadzie tyle mogłoby w tym temacie wystarczyć. Ale kontekst jest chyba szerszy. Jesteśmy już od dawna społeczeństwem geszefciarzy. I to na każdą skalę i we wszystkich już niemal dziedzinach. Coraz mniej ludzi czerpie satysfakcję z wytworzonych dóbr a coraz więcej cieszy się z pośrednictwa, obrotu czy prowizji lub wykonuje dla pieniędzy jakieś inne dziwne wirtualne czynności. Jedni cieszą się, że odrolnioną ziemię sprzedali z krociowym zyskiem pod zabudowę inni z obrotu wielkiej wartości towaru, którego często nigdy nie widzieli na oczy. Interesy, interesy - tak bez końca i granic zachłanności. O tym już naprawdę koniec, bo mnie zaraz poniesie.
   Tytuł miał być właściwie o kibicowaniu ale różnym blogom. Ich autorzy z różnym natężeniem i częstotliwością czynią na nich wpisy. Ponieważ trochę już istnieję w tym świecie różnych już zdarzeń byłem świadkiem. Nie będzie tu ani słowa o komentarzach czy zawartych w nich dowodach niechęci czy wręcz wrogości. Raczej wyrażę w tym miejscu swoje odczucia.
   Zaglądając na blogi do innych piszących osób człowiek przyzwyczaja się. Różnie bywa przecież u każdego z nas z czasem a mimo to wybieramy czyjegoś bloga zamiast serwisu informacyjnego czy jutuba. Tematyka odwiedzanych stron nam odpowiada, bo zapewne odnajdujemy w nich po trosze nas samych. Kiedy ktoś na dłużej przestaje pisać zwyczajnie czegoś brak. Gdy ktoś fajnie piszący kończy swego bloga to dla nas jeszcze dotkliwsza strata.
   Kibicuję zatem dokąd się da nie tylko stronom, do których odnośniki można znaleźć tutaj. Wszystko przecież kiedyś się kończy….

PS: Pogoda sprzyja roślinom. Może dotknie nas wreszcie jakaś klęska urodzaju bez tego całego nadmiaru nawozów, oprysków i wszelkiego innego zła, którym obdarowują nas profesjonalni "producenci żywności”, no bo raczej nie jedzenia.
   W moim ogrodzie też wszystko rośnie bardzo dobrze. Zagonki ziemniaków zapowiadają bardzo dobry urodzaj. Chilli(szt 2) na parapecie okna ma już ponad dwadzieścia owoców i końca kwitnienia nie widać(największe mają już rozmiar długopisu). Trzecią poobcinałem nad rozwidleniem i rośnie teraz na balkonie wypuszczając mnóstwo pędów bocznych. Oj będzie paliło w język…
                                            

wtorek, 10 maja 2016

Moc wiosny - chilli

Kwitło to to pierwszego maja a teraz już jest takie:
Ma to to już z pięć centymetrów i wciąż rośnie. Na wyższych pięterkach roślinki ma to to też swoich o parę dni młodszych braci i dużo "dzieci kwiatów".
Radość!!!
Siła wiosennych, słonecznych dni nie zna granic.
Siewki jarmużu wzrastają na balkonie czekając na wysadzenie do gruntu.

niedziela, 1 maja 2016

Religia – delikatny temat



   Pierwszy maj - święto! Ale nie kościelne, nie nakazane(choć św. Józefa Robotnika). W tym roku wypada w niedzielę, więc wątpliwości, co do sposobu jego spędzenia katolicy nie mają. Tyle o dzisiejszym dniu.
   Wydarzenia ostatniego tygodnia zainspirowały mnie do napisania. Fontanna di Trevi w Rzymie, na cześć pomordowanych na świecie chrześcijan, iluminowana była w ostatnich nocach czerwonymi światłami reflektorów. Wzruszająca i piękna to z pewnością forma wspomnienia współczesnych męczenników za wiarę.
   Mam jednak wątpliwości: jak długo przynależność do jakiejś religii będzie dla wyznawców innej sygnałem do popełniania zbrodni. Czy zabójcy zostaną osądzeni tu na ziemi czy dopiero na tamtym świecie oczekiwać można sprawiedliwości? Czy rywalizacja o ludzkie dusze musi przybierać aż tak skrajne, ostateczne formy? Czy rzeczywiście chodzi tu o religię czy może jednak o rzeczy bardziej materialne?
Dużo pytań. Na większość z nich pewnie każdy ma jakąś odpowiedź.
   Wiem, że te zbrodnie to zapewne niewielki wycinek naszego życia i dopóki nie dotkną nas osobiście będą tylko wirtualnym news'em. Ale jakoś trudno przejść obok tematu bez emocji. Prawdopodobieństwo śmierci za wiarę jest w naszej szerokości geograficznej raczej znikome, choć echa wydarzeń z ostatnich miesięcy i tygodni z europejskich stolic zaprzeczają tezie, że to margines naszego życia. Gorzej jest w tak zwanym szerokim świecie. Tam ludzie w ramach konfliktów zbrojnych czy tylko choćby tylko lokalnych niepokojów giną za wiarę na skalę ogromną.
   Historycznie temat ujmując(przykładem choćby Stambuł) od wieków trwała(i chyba nie dobiegła jeszcze końca) rywalizacja pomiędzy wyznawcami największych religii o wpływy na danych obszarach oraz władzę nie tylko nad ludźmi, ale także bogactwami podbijanych ziem. Od wypraw krzyżowych upłynęły już setki lat a rachunki krzywd wydają się być wciąż nie wyrównane. Również historia mniej odległa, drugiej wojny światowej, pokazuje żołnierzy przegranej armii z napisem na klamrach pasów: „Gott mit uns”, którzy odurzeni nazistowską ideologią bez skrupułów mordowali masowo również chrześcijańskich współwyznawców.
   Cywilizacja niepohamowanego wzrostu i nierównomierny rozwój świata są w moim przekonaniu przyczyną takiego stanu rzeczy. Nie ukrywam i dziś zażenowania bycia Europejczykiem z chrześcijańskimi korzeniami. Teraz nawet tankując samochód zastanawiam się czy benzyna, którą właśnie nalewam do baku nie pochodzi czasem ze złóż ropy opanowanych i eksploatowanych przez tzw. państwo islamskie na terenie Iraku. Może nieświadomie wspieram w ten sposób światowy terroryzm(przecież tamtą ropę można kupić taniej, bo jest „lewa” a biznes to biznes)? No i jeszcze ta świadomość, że tej ropy u nas niema a zużywamy ją tak powszechnie. I to w zasadzie mogłaby już być konkluzja tego wpisu, ale temat jest bardziej skomplikowany. Od wieków przedstawiciele Europy byli odkrywcami, grabieżcami. Tzw. zachodnia cywilizacja ściągała na stary kontynent z nowego, pobitego i podporządkowanego sobie świata wszystko, co miało wartość materialną. Rosła w ten sposób siła i zamożność mieszkańców (nie wszystkich oczywiście) kontynentu. Trwa to do dziś. Choć teraz już nie tylko Europejczycy, wykradając planecie jej naturalne bogactwa i kierując się nierzadko zasadą spalonej ziemi, nadal powiększają materialny i cywilizacyjny dystans do reszty. Liczy się tylko zysk akcjonariuszy, byle dziś i dużo! A ponieważ bilans musi wyjść na zero to nadmiar i bogactwo jednego musi skutkować nędzą innych. Taka EKONOMIA!?
   Co ma do tego religia? To samo co od zawsze. Przecież jakoś trzeba argumentować że tamci są źli i trzeba ich zniszczyć. Czy ten wyścig w ślepy zaułek się kiedyś skończy. Mam nadzieję, że tak. I, że stanie się to przed tym jak zużyjemy ostatnią kroplę wody, ostatnie ziarno zboża czy ostatnią bryłkę węgla.
  
 Rozpoczęcie sezonu działkowo-grillowego a ja tu z takim ciężkim tematem wyjechałem.
Papryka chilli kwitnie już u mnie na oknie 
i może jeden z czterech wolnych dni spędzę na wsi….. Zielono jest już bardzo na świecie i chyba to daje największa nadzieję.

niedziela, 24 kwietnia 2016

Prosto z działki – szalotka

Trzy godziny temu pochylałem się jeszcze nad grządkami, nosiłem wodę do podlewania(jakoś sucho jest; grzebiące kury wzbijały kurz podczas swych pielęgnacyjnych ziemnych kąpieli). Zrobiłem kolejną grządkę dla ogórków, poprawiłem tę dla dyń i podwyższyłem „cukiniową”. Znów parę taczek kompostu przemieściłem znów po działce. Najlepszy chyba jest ten z liści zgrabionych jesienią. Czarny i jakiś taki bogaty – może to tylko złudzenie, ale ilość dżdżownic jaka w nim żyje wydaje się potwierdzać moje przypuszczenie. Mieszam oczywiście, tworząc podłoże pod uprawy, różne rodzaje kompostów: rozłożony obornik kurzy, króliczy, słomę oraz zgniłe siano no i ten z liści. Kolor ma to czarno-brunatny nawet w kolejnych latach no i ta jego właściwość gromadzenia wody – bezcenna w okresach suchych.
   Pomiędzy rzędy wysianych tydzień temu buraków i marchwi posadziłem szalotki, które kupiłem wczoraj w supermarkecie. Podłużne są i o lekko różowym środku oraz o ciemno brązowej łusce. Miejsca do wzrostu powinny mieć dość a i sąsiedztwo na grządkach wydaje się być odpowiednie. Podlałem także posadzone w tym roku młode świerki przed tym je solidnie ściółkując. Sporo konewek i wiader wody ponosiłem na koniec działki. Mam tam też dwuletnie pigwy, które zakwitną lada dzień. Ziemia w tym miejscu jest jeszcze bardziej piaszczysta i ze skłonnością do stepowienia w czasie upałów. Podlałem też modrzewie, które gdyby nie coroczne ogryzanie przez sarny miały by już pewnie po dwa metry wysokości.
   Wkurzyłem się też niestety na samym początku: w nocy z piątku na sobotę kilka naszych kur „zmieniło właściciela”. Ciągle są amatorzy łatwego zarobku. Ciekawe czy policja jak zwykle umorzy za miesiąc tę sprawę. Dla mnie to też strata pewnej ilości obornika, tym cenniejszego po zaprzestaniu chowu królików.
   Z najlepszej kupki kompostu napełniłem przygotowane wcześniej donice i po powrocie do domu przesadziłem dwie sadzonki papryki chilli, których korzenie mocno już wypełniły dotychczasowe doniczki. Trzecia czeka na swą kolej(donica na balkonie po ubiegłorocznym imbirze).

  Tak wyglądają(wysiane w połowie lutego) i ta pierwsza ma już pączki kwiatowe
   Dlaczego szalotka w tytule? Pokłóciłem się o nią z żoną w trakcie podróży na wieś. Szykując nasz, jak przed każdym wyjazdem, „majdan" położyłem przy drzwiach wejściowych do mieszkania obok innych rzeczy siatkę z szalotkami. Dojeżdżając na miejsce już pod bramą zapytałem czy na pewno je zabraliśmy. Nie będę opisywał jak mi się dostało za nie pilnowanie moich spraw. Zabraliśmy! Na szczęście! Może jak już ją wyhoduję i przywiozę z działki do domu okaże się czy warto było się dziś o to kłócić…..

wtorek, 19 kwietnia 2016

Ukradłem(znów) chwilę szczęścia



   Minioną sobotę(całą!!!) spędziłem na wsi. Otwarcie uprawowego sezonu! Wyjechałem o siódmej rano. Po drodze wstąpiłem na targ w Radzyminie. W miejscu jest tym samym, niby podobny, ale przecież całkiem inny jak te zapamiętane z przed trzydziestu lat. „Ucywilizowany”, jak powiedzieliby zwolennicy zakucia wszystkich ludzkich działań, inicjatyw i pozytywnych form aktywności w kajdany przepisów i regulaminów. Ale co tam jest jak jest, chociaż wciąż w pamięci mam sceny dobijania transakcji przez solidne, męskie przyklepywanie dłoni przez zainteresowanych. Teraz tu już nikt tak nie kupuje – pasuje to bierz a jak nie to szukaj gdzie indziej. No i tych krów, cieląt, świń i koni już nie ma. Nostalgia?!
   Kupiłem jedno młode drzewko gruszy(zapylacz), sadzeniaki i kawałek grubej słoniny do nasolenia(wiem, nie powinienem – ale kiedy ja ją jadłem ostatni raz?). Nie szwędałem się tym razem jak kiedyś interesując się wszystkim i niczym. Załatwiłem swoje sprawy i w drogę na działkę – gleba czeka. Kaszanki swojskiej, parę kawałków, w wiejskim sklepie, kupiłem jadąc po drodze, do odsmażenia na śniadanie. Wjazd na podwórko(pies znów poznał, choć tak dawno mnie tam nie było) i szybka zmiana stroju. Krótki „oblot" najbliższej okolicy, obmyślenie planu szczegółowego, śniadanie i do pracy(mieszczuchu „wybyczony” po zimie). Wypoczęty i słaby jak to młode drzewko, które posadziłem z nadzieją, że doczekam owoców. Potem rzut oka na podwyższoną ubiegłego roku permakulturową grządkę, worek sadzeniaków na taczkę i naprzód wciskać pod ściółkę po sztuce ziemniaka w równych odstępach. Małą łopatką, taką używaną zwykle do sadzenia rozsady, poruszałem nieco ściółkę aż do gleby i wkładałem w tak powstały dołek po jednym kartofelku z tych kupionych na targu(podobno plenna i odporna na zarazę odmiana – takie zakupy to czasem jak ruletka!). Zrobiłem jeszcze dwa podobne, mniejsze zagonki z ziemniakami dwóch różnych odmian przywiezionymi z domu, które już nieźle podkiełkowały.
   W pewnej chwili ciepło promieni słońca, błękit lekko zachmurzonego nieba i widok równinnego mazowieckiego krajobrazu z pobliskim lasem w tle zupełnie mnie rozmontowały. Usiadłem na najświeższej zielonej trawie i mimo rodzącego się w kościach, odwykłych od fizycznej pracy, bólu, poczułem strasznie przyjemne doznanie. Krótko to trwało, ale mogę to nazwać tylko tak:
SZCZĘŚCIE
   Po tej krótkiej chwili odurzenia upływający czas zmusił mnie do bardziej praktycznego jego wykorzystania niż zachwyty, „ochy i achy”. Widłami amerykańskimi delikatnie i płytko przekopałem podłoże z łatwością wybierając wschodzący perz, któremu udało się już przebić przez rozłożony już przez lata karton. Odtworzyłem w ten sposób dwie grządki. Jedna z nich, trochę dłuższa, obsiana została czerwonymi burakami a druga marchewką.  W sąsiedztwie tychże powschodził też już posadzony przed Wielkanocą czosnek(jesienią zabrakło czasu i energii). Posadziłem go także sprytnie w wyściółkowane wokół młodych drzewek podłoże – też już go widać. Eksperyment? Zobaczymy. Zrobiłem też z przkompostowanego obornika króliczego, kurzego i resztek roślinnych dwie rabatki na cukinię i ogórki. Dla dyń czeka już inne dobrze „dokarmione” świeżą ściółką miejsce. Drzewka owocowe mają już wyraźne pąki kwiatowe: śliwy uleny zakwitną lada dzień, grusze też już tylko, tylko. Jabłonie jeszcze mają czas. Aronia ma już młode listki(trzyletnia nalewka smakowała w minione święta wybornie) a porzeczki zakwitną pewnie za tydzień. Fajny czas zaczyna się teraz na świecie. I ten przypływ energii, który czują prawie wszyscy. I tylko alergików jakby znów przybyło – znak czasów czy może jest jakieś bardziej praktyczne tego wyjaśnienie? A może to sprawa gwałtowności, z jaką budzi się życie roślin? Wszystko teraz ożywa a to cieszy najbardziej.
   Królików już nie mam od jesieni i tylko westchnąłem cicho na targu w zaułku z drobnym inwentarzem. Może jeszcze, kiedyś. Z kur, których kilkadziesiąt kupowałem ostatni raz trzy lata temu została już garstka. Szwagierka dokupiła 10 młodych i jest zachwycona, że takie ładne i już się niosą. Wszystko, co młode jest jakieś ładniejsze a jak pożytek jeszcze z tego jaki, to i o zachwyt nie trudno. Na razie jeszcze jaj nie kupuję, ale co czas przyniesie? Zobaczymy.
   Napracowany, jak nie wiem co, wróciłem do domu wieczorem korzystając z wydłużającego się dynamicznie dnia. W niedzielę, korzystając z dobrej jeszcze pogody otworzyłem również sezon rowerowy. Pół emeryckim tempem przejechałem(jakieś 25 km) do Powsina pośród niemałego tłumu mi podobnych. Po powrocie, kąpieli i obiedzie doszedłem do wniosku, że nadaję się fizycznie do sanatorium. Na szczęście w poniedziałek nie było aż tak źle – wróciłem do stołecznej normalności.
  

Złota Myśl?!:
Z historii własnego życia warto pamiętać tylko dobre chwile,
rozpamiętywanie złych może jego resztę zamienić w koszmar.

Niełatwe?
A próbowaliście?