Witam!

To jest o moich osobistych rozważaniach, obserwacjach, doświadczeniach, myślach: o sprawach bieżących i bardziej uniwersalnych, ponadczasowych. Z niewielką ilością zdjęć i obrazów, raczej słowa. To co tu napiszę będzie pewnie jakąś wypadkową doznań mego dotychczasowego życia.

sobota, 12 maja 2018

Koszenie, pielenie i podlewanie….



…. i gnaty mnie bolą głównie za sprawą tej pierwszej czynności. Byłem dziś na wsi, "pekaesem", bo auto nie przeszło przeglądu: wyciek z silnika i pęknięta osłona przegubu; w piątek w południe takie rzeczy nie do zrobienia od ręki w całym mieście. Stąd pekaes. Nie ma jednak tego złego. Przypomniałem sobie „młode lata”, kiedy to człowiek z dzieciakami tłukł się komunikacją zbiorową i dawał radę, więc i dziś też dałem. Plecak i naprzód. O siódmej trzydzieści jechałem już na wieś prywatną linią (pekaesom się nie opłacała ta trasa a prywatnym owszem i autobusów więcej i poziom też już teraz chyba lepszy), po dotarciu wstąpiłem do miejscowego sklepiku po wodę – 2 butle, bo zapowiadał się upał i jak się okazało obie poszły. Jak nie popada w przyszłym tygodniu to zacznie się robić nie dobrze. Niby wszystko powschodziło i rośnie, ale jakaś wyjątkowa jest tegoroczna wiosna ze swą gwałtownością i gorącem.
   Obejrzałem w krótkich przerwach pomiędzy tytułowymi czynnościami jabłonki i nie kracząc - urodzaj powinien być. Sporo zawiązków. Orzechy włoskie też powinny obrodzić. Śliwy: dwie węgierki zwykłe i ulena do wycięcia – uschły. Szkoda, ale winą obarczam ubiegłe mokre lato, kiedy stały w wodzie. Mówi się trudno: będzie za to więcej światła dla dwóch antonówek. Obie grusze też mają sporo owocków – może nic im nie przeszkodzi. Czosnek, zdziczały, zeszłoroczny, nie wykopany dokładnie, pielony regularnie rośnie ładnie kępkami. Jarmuż toskański(tym razem) ładnie powschodził i być może zastąpi planowaną kapustę, której sadzonki jakieś rachityczne są. Ogórki na obu grządkach powschodziły też fajnie i osłaniająca je kukurydza także. Na razie nie widać wschodów dyń może mają za sucho; podlałem je dziś obficie. Fasola Jaś pewnie z tego samego powodu też na razie niewidoczna. Bób, cebula z dymki, marchew i buraczki za to wzorowo. Też po pieleniu otrzymały swoją porcję wody. Mam też kilka szalotek od mamy koleżanki(również działkowca) i rosną ładnie wytwarzając nowe cebulki. Martwi mnie trochę stan ziemniaków – wzeszły dotychczas może ze trzy rośliny – chyba też i tu brak wilgoci jest powodem. Spoglądałem z okien autobusu(z tej wysokości widać dużo więcej niż z samochodu a może dlatego, że nie prowadziłem to mogłem się gapić do woli) na ziemniaczane zagony i widoczne już były wschody. Pocieszam się na razie, że może tamci posadzili wcześniej. Kwitną także akacje - bardzo obficie i także o wiele wcześniej.
   I tyle mego dzisiejszego działania. Rozkład jazdy autobusów skrócił mój pobyt znacznie od tego zazwyczaj, ale pocieszyłem się za to odrobinę pierwszym jajkiem od młodej kurki – teraz będzie ich już tylko więcej i większych, bo kurki w różnym wieku będą się kolejno dołączać do produkcji. A podczas podglądania roślinek podjadałem młodziutki koperek, którego znów wszędzie pełno. Pyszny!
   Kosiłem kosą bo trawsko ogromne, wodę do podlewania nosiłem kilkadziesiąt metrów a pieliłem ręcznie. Jutro pewnie trochę poboli, ale w tym wieku to już niestety normalne. Tylko czemu  przyszło to tak jakoś nagle? Przecież jeszcze pięć lat temu mój organizm był znacznie sprawniejszym mechanizmem.
Wypiję sobie na wieczór ze dwa kielonki pigwówki. Może znieczuli…

wtorek, 1 maja 2018

Najdłuższy weekend od lat czyli dwa w jednym



   Trochę pomedytowałem, co zrobić z pierwszym tygodniem maja, który zawiera aż dwa wolne od pracy dni. Poprzedzielane, co prawda tymi „pracującymi”, jednak aż kusiły, aby wziąć trzy dni urlopu i zafundować sobie 9 wolnych pod rząd. Przyznam, że pewnie gdzieś od pięciu już lat nie miałem aż tak długiego wolnego ze względu na osobiste życiowe sprawy. Ponieważ to już prawie maj a ja wykorzystałem dopiero 1 dzień urlopu i to zaległy to wypisałem wniosek na te trzy dni i zaraz kolejny, także trzydniowy, na moje majowe ryby z kolegami. I oto stanąłem przed dylematem „zagospodarowania” tych 9 cięgiem dni. Ponieważ ostatni z nich to chrzciny małej wnusi to pozostało jeszcze ze sześć, bo pewnie jakiś jeden czy dwa poświęcę na pomoc w przygotowaniach(trzeba być przecież dobrym dziadkiem!).
    O trzech pierwszych mogę już wszystko opowiedzieć. W sobotę z rana(kiedy jeszcze wszyscy w domu smacznie spali) wyskoczyłem do piekarni i mięsnego ogarnąć niezbędne zakupy oraz chleb z żurawiną dla teściowej. Potem w auto i wyjazd na targ po jeszcze cztery kury do planowanej dwudziestki. Trafiłem nieco młodsze(jakieś szesnaście tygodni), od tego samego hodowcy, co brałem poprzednie. A że były tańsze to kupiłem sześć. I tak oto w zagrodzie biega wraz ze starymi prawie trzydziestka. Stare(7 sztuk) znoszą 4 jaja w trzy dni – bez komentarza. Co prawda niedzielna jajecznica smakowała wybornie na skwarkach z podgardla, które zakupiłem na targu na stanowcze żądanie teściowej ale dotąd mam jeszcze wyrzuty sumienia, że dostarczyłem w ten sposób trzy słoiki po dżemie zwierzęcego tłuszczu osobie będącej już w wieku gdzie takich rzeczy w diecie należy zdecydowanie unikać.
   Zacząłem „zabawę” w sobotę po wypakowaniu sześciu nowych na wybieg. Zawsze wtedy muszę się trochę pogapić się na zachowanie reszty stada, które zazwyczaj podporządkowuje sobie „nowe”. Miał być w tej transzy jeszcze kupiony kogut ale za długo chyba spałem bo już się wszystkie sprzedały(może innym razem).  Były za to wśród tej szóstki 2 czarne kurki, które teściowa określiła jako „wroniaki”(i może i coś być na rzeczy bo reszta stada rzeczywiście przyjęła je jakoś szczególnie wrogo). Oprócz obserwacji kur nie mogłem nie zauważyć jabłoni, które oblepione były wprost kwiatami. Nie myślałem, że będzie ich aż tak dużo, kiedy na przedwiośniu próbowałem oszacować ich ilość po obserwacji pąków. Śliwy i grusze już po kwitnieniu. Ilość pszczół, jaka uwijała się przy kwitnących drzewkach też napawa optymizmem na przyszły urodzaj. Orzechy włoskie, chociaż jeszcze nie pylą, też już rozwijają męskie kwiatostany, co również daje nadzieję na (po ubiegłorocznych stratach przymrozkowych) dobry urodzaj. Bób, marchew i buraki ładnie już powschodziły. Wypieliłem je by dać im szansę w wyścigu w chwastami. Odtworzyłem jedną grządkę i posiałem tam ogórki(trochę wcześnie, ale rokowania pogodowe są dobre a tegoroczna wiosna o parę dni wcześniejsza) wiec ryzyko wydaje się być uzasadnione. Jak coś nie wyjdzie to poprawka po piętnastym.
   W niedzielę było spokojniej: więcej przełaziłem i oglądałem niż dokonałem a wieczorna burza zakończyła dzionek. Za to poniedziałek chyba nieźle odczuję w gnatach. Odzyskałem(skopałem) kawałek o wymiarach półtora na pięć metrów, tworząc zagonek, gdzie znajdą się sadzonki czerwonej i białej kapusty. Kłącza perzu, pokrzywy i innych roślin były nadzwyczajnie długie i liczebne. Kopałem widłami amerykańskimi, biorąc nieduże skiby ale i tak uszarpałem się zdrowo(pewnie sił mniej już). Wysiałem nagietki, aksamitki i nasturcje – wszystkie podobno pożyteczne w ogrodzie w walce ze szkodliwymi owadami. Zobaczymy. Wysiałem też kukurydzę cukrową od północnej strony ogórkowych grządek z nadzieją, że też się uda. Pozbierałem z wybiegu dla kur trzy taczki połamanych na pół już spróchniałych patyków różnej grubości i po ich połamaniu na drobne, rozsypałem z myślą o stworzeniu kolejnej grządki. Przesiałem także trzy taczki kompostu, który wykorzystam w dalszych tegorocznych działaniach. Na koniec pod jednym z orzechów włoskich znalazłem roczną siewkę, którą delikatnie wykopałem i przesadziłem w miejsce docelowe. Jak się uda to miałbym kiedyś cztery drzewa tego gatunku(wnuczka się ucieszy bo jak te najmniejsze zaczną owocować mogę już mieć problem z ich jedzeniem – no chyba że blender pomoże). Zapakowałem jeszcze kilka korzeni chrzanu, na które natrafiłem podczas kopania i powrót do domu ostatniego dnia kwietnia, na pierwszego maja(kiedyś ludzie na wsiach sadzili tego dnia ziemniaki by czasem zamanifestować niechęć do obchodzenia święta pracy). Moje pyry czują się dobrze i mają już kilkucentymetrowe kiełki(może w tym roku „se pojem kartoflów”). Trzydzieści stopni dziś było – to raczej niezwykłe na ten czas.

niedziela, 22 kwietnia 2018

Dzień Ziemi



   Otworzyłem dziś net i przeglądarka przypomniała mi, że jak co roku nadszedł ten dzień. Oczywiście kliknąłem, obejrzałem i wysłuchałem. Oczywistych oczywistości nie zamierzam tu cytować. Ale jeden nasuwa mi się tylko wniosek: mimo narastającej świadomości, że nasza planeta należy do nas wszystkich, wciąż ktoś goniąc za władzą i zyskiem demoluje tę niezwykle czułą strukturę tworząc i inwestując bez opamiętania oraz oglądania się na przyszłe skutki swej działalności. Tyle tytułem wstępu.
   A zaraz przyszło takie oto skojarzenie:
Kury młode kupiłem w poprzednią sobotę na targu a wczoraj dokupiłem jeszcze 10 do kompletu. Trochę na raty, bo albo brak wystarczającej gotówki albo zajęty bagażnik samochodu innymi rzeczami ograniczały jednorazową formę transakcji. Aby dojechać na targ muszę zjechać z wspaniałej ekspresowej drogi na te, które z głównych w przeszłości stały się teraz lokalnymi. I jak to ze zjazdami i objazdami bywa jedzie człowiek przez tereny, których nie widywał od lat. A tu niespodzianka: w polach, przy lasach powstały prawdziwe fabryki. Nazw zagranicznych firm odczytanych z szyldów wymieniał nie będę, ale wielkość przedsiębiorstw imponuje. Oczywiście odbywa się to na polskiej ziemi i być może poprzedni właściciel jest już teraz milionerem a okoliczni mieszkańcy znajdą pracę. Można powiedzieć wszyscy zadowoleni. Na razie tak. W miastach ceny ziemi są już tak horrendalnie wysokie, że nawet renomowane koncerny wymiękają więc budują takie biznesy w pobliżu dobrych dróg gdzie kawał ziemi jest dużo tańszy. Polak wykona swą pracę taniej jak pracownik z zachodu(a jak już będzie za drogi to jest przecież jeszcze Azja) a środowisko pewnie czas jakiś jeszcze wytrzyma, bo przecież te fabryki wieczne nie będą.
   A na działce podczas sobotnich pobytów wiele nie dokonałem. Wydobyłem trochę gliny z dołka na łące, lepiąc kulę, którą pozostawiłem do wyschnięcia. Popatrzyłem na rozkwit owocowych drzew, wschodzący bób, słoneczniki, marchew i buraki. Podziwiałem rosnący w oczach szczypior dymki oraz uwijające się zapylające owady na porzeczkach i agreście. Sporo też czasu spędziłem na obserwacji stadka kur i ich zachowań wobec nowo przybyłych a zwłaszcza ustalania hierarchii w dostępie do żarcia (Orwell i Zwierzęcy folwark zaraz mi się skojarzył).
Ludzie zachowują wobec naszej Ziemi całkiem jak te kury.

niedziela, 8 kwietnia 2018

Wiosna przyszła. Na pewno!



   Gdy postanowiłem(zdopingowany bardzo optymistycznymi prognozami pogody), że pojadę na dwa weekendowe dni na wieś, to czekałem już tylko końca piątkowej pracy jak uczniak w szkole na dzwonek kończący ostatnią lekcję. A kiedy już założyłem lżejszą, nie zimową kurtkę, podniosłem w górę triumfalnie ręce i wydałem z siebie ciche „hurra”. Małe zakupy w markecie zaraz po pracy(w sobotę nie będę chciał tracić na to czasu) coś posprzątałem i przyszykowałem na nazajutrz i szybko spać, bo pogoda zapewniona, więc start od samego sobotniego poranka. Byłem na miejscu grubo przed południem i przywiozłem jeszcze tylko z benzynowej stacji butlę gazu dla teściowej przy okazji opłukując zakurzony miejskim pyłem samochód. Szybkie przebranie w działkowy ubiór i naprzód!!
   Planujemy odmłodzić stadko kur, bo z tych ośmiu pozostałych weteranek zdarza się od jednego do trzech jajek dziennie(o tej porze roku to raczej dramat), więc czas na nie jest już najwyższy, bo spasione są nadzwyczajnie. Aż strach pomyśleć o wielkości oczek, jakie będą na rosole!. Brr! Zacząłem, więc od kurnika, wywożąc stamtąd na grządki ze trzydzieści kopiastych taczek prawdziwego „złota”. Wcale nie przesadzam w tym stwierdzeniu, bo najniższe warstwy kurzego obornika to była czysta próchnica(nie był wywożony już dawno). Pryzmy podniosły się znacznie i będą już gotowe pod późniejsze uprawy. Miałem rzeczywiście tego towaru pod dostatkiem i utworzyłem jeszcze dwie nowe, mniejsze pryzmy pod tegoroczne ogórki i dynie. Poruszyłem trochę ziemię pod dawnym foliakiem i tam wysiałem: bób, buraczki, marchew i wysadziłem dymkę. Na granicy działki sąsiada w bruździe, która stanowić ma miedzę posiałem słoneczniki. Nawet jak nie zbiorę żadnego nie będę płakał, bo zależy mi bardziej na uzyskaniu dużej ilości suchej masy do przekompostowania niż na pestkach(o walorach estetycznych nie wspominam). Pogłębiłem także dołek na łące, który, mam nadzieję, stanie się kiedyś zbiorniczkiem na nadprogramową deszczówkę. Na razie ilość wilgoci w glebie jest na tyle duża, że sześćdziesięciocentymetrowej głębokości, wypełnia się w ciągu doby świeżo napływającą wodą. Po tej robocie kolacyjka i trzy szybkie drinki. Niestety nie mam już za bardzo z kim się nawet napić, bo teściowa jest osobą wiekową a szwagierka po niedawnej operacji także już w abstynencji. Aż zaczynam się bać o stan finansów naszego kraju. Naród albo już nie może albo się cywilizuje albo szkoda forsy. Poszedłem spać lekko „znieczulony”. Poszło mi na zdrowie, bo poza zakwasami i lekkimi bólami stawów, nic mi niedzielnego poranka nie dolegało. Chciałem jeszcze w niedzielę coś porobić, ale teściowa a właściwie jej religijne przekonania spowodowały, że dziś tylko udałem się po śniadaniu do lasu sprawdzić czy nie stoi tam woda. I jeszcze przesadziłem dwa floksy zacieniane przez rosnący świerk w lepsze dla ich wegetacji miejsca mnożąc je przy okazji do ilości sztuk trzech. Szwagierka postanowiła też zmienić nieco krajobraz podwórka planując likwidację otoczonego kamieniami klombu. Powiedziała, że wysiało się tam trochę leszczyny i jeśli chcę ją uratować to chwila jest ostateczna. Pozyskałem w ten sposób jeszcze dziesięć siewek, które tymczasowo znalazły miejsce na łące. Jak przeżyją do jesieni( a szanse mają duże) to powiększę jeszcze ilość leszczynowych krzewów.
   Chciałem zrobić trochę wiosennych zdjęć, lecz ilość zajęć oraz kłębiące się w mej głowie myśli i plany spowodowały, że zrobię je może za tydzień, gdy oznaki jej nadejścia będą jeszcze bardziej w przyrodzie widoczne. Na jednej z ubiegłorocznych grządek wykiełkował czosnek, którego główek nie udało mi się w zeszłym roku odnaleźć. Mimo, że trochę zdziczały smakiem pewnie nie będzie odbiegał od tego uprawianego z pietyzmem. Wypieliłem go tylko by zwiększyć jego szanse.
   Czyli teraz mała przerwa na pracę zawodową(aż pięć dni!!!) a za tydzień powtórka z rozrywki.
Hurra!
Urodziłem się wiosną, więc może stąd ten mój optymizm zawsze o tej porze roku.
Natura?

niedziela, 25 marca 2018

Palmowa z palmą



   Jak Palmowa to tylko z palmą. Wczoraj widziałem, przy kasie w jednym z budowlanych marketów, jak ktoś kupował wielkanocną palmę. Mały szok: bo dotychczas palmy kupowało się przed kościołami od osób, które zajmowały się ich wyrobem i handlem nimi, dorabiając sobie(tak myślę) w ten sposób. Może to nie żadna tam świętość, ale pewnie niebawem w takim markecie będzie można kupić również obrazki, które ksiądz zostawia po kolędzie albo inne dewocjonalia a zysk pójdzie do zagranicznego właściciela. Pewnie wkrótce też sklepy sieciowe będą kreować „palmową” modę i za lat kilka jeszcze szerzej otworzę ze zdziwienia oczy jak wyrób ów „odjechał” od tradycyjnego wyglądu. Na razie cieszę się własną, roczną, daktylową, która jako jedyna z posianych 27 nasion wykazała chęć wegetacji.

   Oczywiście jak to przed każdymi świętami krzątanina i zamieszanie z tym związane narastają z każdą chwilą. Czynności, zakupy, które trzeba wykonać, ogarnąć kompleksowo mogą tylko panie a rolą panów jest tylko posłuszne wykonywanie poleceń wynikających z precyzyjnie przemyślanych planów przez panie. 

APEL DO PANÓW: Chłopie nie próbuj w tym czasie nic zmieniać ani kombinować naprędce. Myślenie o tych świętach rozpoczęło się w głowie twej pani zaraz po zakończeniu poprzednich. Wykonuj posłusznie polecenia swojej lepszej połowy jak nie chcesz jakąś kłótnią zepsuć tego przedświątecznego nastroju.

   Oczywiście należy znaleźć jakąś chwilę dla siebie by nie zostać w tym czasie całkowicie zdominowanym i podporządkowanym. Ja przesadzam i sieję. To moja odskocznia. Oczywiście te czynności również wzbudzają niezadowolenie żony, bo parapety na święta wyglądają „jak w szklarni”. Ale taki to już los żon działkowiczów. Aby do maja i wtedy większość się sprzątnie.
   Na razie rozmnażam(bez gwarancji sukcesu) winogrona ukorzeniając je w wodzie. Korzeni jeszcze nie widać a pąki już się rozwijają. Zobaczymy jak z tym będzie, bo to się wiąże z koniecznością wstawienia do domu większej skrzynki z ziemią(czekają mnie znów trudne negocjacje ale może podniosły świąteczny nastrój pomoże).

niedziela, 18 marca 2018

18 lat za kratami



   Pojawiła się mediach ostatnio wiadomość o uniewinnieniu z zarzutów pewnego człowieka. Na obrazach telewizorów widać było, jak w świetle fleszy i jupiterów opuszczał więzienie. Spędził tam za „niewinność” być może najlepsze lata swego życia. Bulwersujące!?
   Są wśród zawodów wykonywanych przez ludzi również takie, których wypełnianie wiąże się z nadzwyczajną odpowiedzialnością.
   Ale tu błędna konstrukcja całego procesu, od śledztwa w sprawie aż do skazania tegoż człowieka, obciąża bardzo wielu ludzi. Nie wnikam, jakie były powody, które doprowadziły do postawienia go przed oblicze sądu. Bardziej interesuje mnie, kto brał w tym udział i czyje zaniedbanie, lenistwo czy głupota do tego doprowadziły. Śledczy, prokuratura, adwokat czy sąd? A może wszyscy razem, bo przecież na każdym z tych etapów musiały być jakieś wątpliwości, jak choćby to, że oskarżony nie przyznawał się do winy.
   Wszystkie noże z szuflady wyskakują mi z wrażenia na to zdarzenie. Zakończy się to wszystko pewnie tym, że jakieś dochodzenie w tej sprawie nic nie wykaże i nikogo nie obciąży, bo wszystko wówczas wskazywało na winę tegoż człowieka. Możliwe jest także, że Ty czytający te słowa i ja, zapłacimy z naszych podatków jakieś ogromne odszkodowanie by zadość uczynić temu nieszczęśnikowi. I sprawa rozejdzie się po kościach a wydający ów skazujący wyrok sędzia cieszyć się nadal będzie immunitetem i świętym spokojem pobierając bardzo wysokie wynagrodzenie lub może już emeryturę(oni muszą dostawać dużo pieniędzy, bo to odpowiedzialna praca!). Kurrrwa!.
   Są wśród zawodów wykonywanych przez ludzi również i takie, których wypełnianie wiąże się z nadzwyczajną odpowiedzialnością. Popełniane tu błędy skazują innych ludzi na niezawinione nieszczęście czy kalectwo.
   Dlatego toleruję „święte krowy”, które łażą po świecie tylko, dlatego że dzieje się to bardzo daleko od mojego kraju. Czas już chyba najwyższy na to by zakończyć nadzwyczajne traktowanie zwykłych, niedouczonych leni i idiotów tylko, dlatego że wykonują zawód tzw. wysokiego społecznego zaufania i otrzymali dodatkowo wyjątkową ochronę.
   
    Czy czara goryczy już dopełniła się? Czy ktoś jeszcze siedzi niewinnie za kratami? Czy ten cały burdel w sądownictwie zakończy się kiedyś?
   Wiem, że ktoś powie, że ogólnie to nie jest źle, że to tylko wyjątki. 
Czy może któryś z szanownych policjantów, prokuratorów, adwokatów czy sędziów chciałby stać się takim wyjątkiem?

niedziela, 11 marca 2018

W poszukiwaniu wiosny



   Jak w każdą sobotę wstałem najwcześniej ze wszystkich domowników i uaktywniłem się. Zacząłem oczywiście od śniadania o godzinie 6.20(moja żona nigdy nie zrozumie jak można jeść tak wcześnie). Potem mój wzrok padł na główkę białej kapusty, która poniewierała się w kącie kuchni już chyba z tydzień. Po godzinie, wraz z włoszczyzną, poszatkowana zamieniła się w zupę. Był na ten dzień plan wyjazdu na wieś, bo wiosna i dawno już tam nie byliśmy. Dla żony to okazja do spotkania z mamą i siostrami a ja oczywiście już obmyślałem jak wykorzystać ten czas w plenerze na działce. Ponieważ straszyli w mediach wolną od handlu niedzielą, więc podzieliliśmy się porannymi sobotnimi zakupami by nie tracić czasu, bo pewnie ludziska zwiększą zakupową frekwencję. Potem w auto a po drodze na cmentarz, bo ósmego marca była rocznica śmierci mojego ojca(taki to dla mnie wymiar ma także  ten dzień kobiet). Nie kupowaliśmy wcześniej zbyt dużo wędliny, bo zajechaliśmy również po drodze do wiejskiego sklepu gdzie mają zawsze świeżą kaszankę i wędliny. Trochę się przekomarzaliśmy, co do ilości kupowanych dóbr(przecież od początku tego roku walczę z osobistymi kilogramami – mam nawet już jakieś wyniki ale o tym może kiedy indziej) ale w końcu poddałem się, bo i tak zjem tylko to i tyle ile zechcę. Dojechaliśmy w końcu na działkę i po otwarciu bramy wjechałem na podwórko nie zwracając uwagi na ślady opon jakiegoś ciężkiego samochodu na trawie(to był dostawca węgla jak się później okazało). Wyjęliśmy przywiezione rzeczy i postanowiłem podjechać na miejscową myjnię by umyć po zimie mój "czarny", bo właściwie to szary od soli drogowej samochód. Ale z podwórka już wyjechać się nie udawało. Zakopałem się w błocie, które powstało po roztopieniu się wierzchniej warstwy ziemi. Podkładając pod koła różne deski i inne przedmioty wyjechałem w końcu z tego bagienka. Kolejka do mycia była spora, bo auta brudne(a cena usługi korzystniejsza jak w Warszawie więc i samochodów z rejestracjami z tego miasta nie brakuje). Mój, po walce w błocie na podwórku, wyglądał jak po rajdzie terenówek. Po umyciu, muszę przyznać, wyglądał za to naprawdę dobrze i nawet jakby młodziej. Wróciłem na działkę ale samochód przezornie zostawiłem już przed bramą. Przebrałem się w działkowe ciuchy i w kaloszach udeptałem powstałe podczas moich prób wyjazdu koleiny wyrównując podwórko. Tu dopiero właściwie można zakończyć temat dojazdu do działki.
   Nie byłbym sobą gdybym nie wymyślił i zrobił czegoś pożytecznego podczas tego wczesnowiosennego parogodzinnego pobytu. Zacząłem od krótkiego spaceru po lesie w poszukiwaniu oznak wiosny i stwierdziłem, że tu i teraz jeszcze ich brak. Potem w ruch poszedł sekator i po kolei maliny, porzeczki, agresty i owocowe drzewa. Zrobiłem także ze dwadzieścia sztobrów z winogrona by spróbować je rozmnożyć. Potem jeszcze potraktowałem sekatorem dziesięć młodych krzaków leszczyny, które wypuściły ubiegłego roku namiar długich i prostych badyli(będą z nich podpory pod fasolę). Ach! Leszczyna już pyli i to była jedyna oznaka wiosny, choć przecież zdarzyć się to może czasem także w lutym i wtedy mówienie o wiośnie jest mocno naciągane. Posprzątałem na jedną kupę ścięte gałęzie, które przy innej okazji rozdrobnię i użyję jako dolną warstwę w nowych podwyższonych grządkach. Najlepsze było to, że mogłem pracować w samej bluzie i ciepłym swetrze gdyż słońce często pokazywało się zza chmur i odczuwało się już jego grzewczą moc.
   Po rodzinnym obiedzie na drugą serię drużynowych skoków byliśmy już u naszej wnusi. Dzięki drodze S8 podróż z działki do córki i zięcia trwa zaledwie 20 minut a do domu 45 a i kilometrów jest teraz także mniej(może to być ważne również w przyszłości). Nacieszyliśmy się widokiem wnuczki, która co tydzień jest większa i mocniejsza. Leżąc na brzuszku długo utrzymuje w górze główkę a leżąc na wznak także już próbuje ją podnosić. Radość to dla nas wielka, która usuwa z naszego życia sprawy i dobra doczesne na odległy plan.
   Przed dziesiątą wieczorem byliśmy już w domu i …. po sobocie.