Witam!

To jest o moich osobistych rozważaniach, obserwacjach, doświadczeniach, myślach o sprawach bieżących i bardziej uniwersalnych, ponadczasowych. Bez zdjęć i obrazów, tylko słowa.

sobota, 20 maja 2017

Pierwszych komunii czas



   Jesteśmy teraz w apogeum spotkań rodzinnych związanych z pierwszymi komuniami dzieci. Zazwyczaj wieńczy to wydarzenie mniej lub bardziej wystawne przyjęcie. Coraz częściej, w wypadku lepiej sytuowanych materialnie osób albo ze względów lokalowych czy zwykłej wygody, odbywają się one w wynajmowanych w tym celu salach czy domach weselnych. Rozwój tego rodzaju biznesów jest według mnie obecnie nadzwyczajny, wspierany ponoć nawet poprzez unijne dotacje. Ale nie o zaletach i profitach tegoż biznesu chciałem pisać.
   Jest coś w naturze naszej, że z powodów przeróżnych, bardzo się staramy by takie spotkanie i wydawane przyjęcie wypadło jak najlepiej. Czasem chyba nawet bardziej o to dbamy niż o sam wymiar duchowy i religijny tego wydarzenia. Ustalanie listy zaproszonych gości, dogadywanie menu poprzedzone wcześniejszym rozeznaniem organizatora a czasem bardzo przypadkowego, bo znalezionego w ostatniej chwili, bardzo pochłania czas i energię. A wszystko to bardzo często po to, by nie spotkały nas potem niepochlebne komentarze. Na końcu, już po wszystkim, wspólnie z dzieciakiem, następuje przeliczenie zawartości kopert i wtedy, może po raz pierwszy, dziecko poznaje takie terminy jak: skąpstwo czy hojność.
   Z obawy przed takimi właśnie sytuacjami coraz częściej dochodzi do tego, że część rodzin rezygnuje z takich spotkań i nie uczestniczy w takich wydarzeniach. Może zyskują tzw. święty spokój a pieniądze wydają inaczej.
   Również z obawy przed komentarzami, wydający takie przyjęcie często przesadzają z nadmiarem dbałości o ilość i jakość, która kończy się często tym, że niemała część przygotowanego jedzenia kończy na śmietniku. Zdarza się czasem również tak, że mimo starań coś nie wypadnie według planów i oczekiwań.
   Zapewne jednym i drugim nie można odmówić pewnej racji w ich postępowaniu. Każda ze stron równie łatwo uargumentowałby swój wybór.
   Mnie jednak nie daje to nadal spokoju a doznania po uczestniczeniu w trzech w tym miesiącu takich uroczystościach są bardzo świeże i różnorodne. Od nadmiaru, przesytu i marnotrawstwa aż do słabości menu i ilości mimo wybranych wspaniałych i ekskluzywnych miejsc spotkań. I przypominam sobie moje dziecinne wrażenia z pierwszej komunii. A z opowiadań moich rówieśników, które toczyliśmy podczas rozmów przy tej okazji, wynika, że wiele osób miało bardzo skromne te swoje pierwsze komunie.
   Pewnie nic odkrywczego tu nie napisałem i niewiele się też w tym temacie zmieni. Zastanawiam się tylko już dziś czy w przyszłym roku nie czekają mnie takiego rodzaju uroczystości.
Może było ich po prostu za dużo?

PS: Na działkę zaraz jadę by "posprzątać parapety" w mieszkaniu ku uciesze żony. Trochę też mam zaległości przez te pierwsze komunie…… Ech!

środa, 3 maja 2017

Majówka



   Od soboty zacząłem majówkowy „relaks”. Pogoda niepewna i choć nie padało i niezbyt ciepła była, skutecznie zniechęciła od wyjazdu rodzinkę. Pojechałem więc sam powalczyć z glebą. Powiem tak: nie jestem znów w pełni zadowolony z moich dokonań. Słaby jakiś jestem po zimie, znów słabszy jak rok wcześniej. Może to zbliżająca się szóstka z przodu a może tylko SKS? Coś tam jednak zrobiłem, choć końskie zdrowie na pewno już dawno za mną.
   Rozpocząłem od wizyty na targu w Radzyminie po drodze na działkę. Już przed wjazdem na plac zauważyłem, że znów handlują drobiem, mimo tego, że zakaz, choć nieco poluzowany nadal obowiązuje. Trzeba będzie zakupić trochę młodych kur, bo te, co są, choć mają w tej chwili wiosenny renesans nieśności, to pewnie za chwilę staną się darmozjadami. Połaziłem, pogapiłem się, kupiłem worek ziemniaków, sadzeniaków odmiany Irga i pojechałem. Były już na targu także pierwsze rozsady porów, selerów, pomidorów, papryki i innych warzyw i kwiatów, ale ceny kosmiczne, więc sobie darowałem ten zakup. Dojechałem, po drodze kupując jeszcze trochę jedzenia by nie sępić od teściowej żyjącej z niewielkiej przecież emerytury(kurna, czy ja kiedyś na starość też tak będę miał?). Pogadaliśmy trochę i po herbatce wziąłem się za robotę. Skopałem resztę ogródka pod fasolkę tyczną i warzywa, podglądając przy tym czy wysiany już wcześniej bób, buraczki i szpinak czasem już nie wschodzą. Ale nie, jest za zimno i wszystko stanęło. Śliwy tylko na przekór panującym temperaturom kwitną, zapylane pracowicie przez kilka trzmieli, które zarobiły sobie gniazdo pod dachem budynku dawnej obory, obecnie kurniko-drewutni. Dalej posiałem tę fasolkę i naszykowałem pod każdym z miejsc siewu sznurki, po których będzie się spinać. Z sadzeniem ziemniaków wstrzymywałem się do ostatniego dnia pobytu(1 maj), bo na łące, po ostatnich obfitych deszczach stała woda. Próbowałem, co prawda przeprowadzić małą meliorację, ale skutek prawie żaden – woda słabo spływała w pole. Za to gnaty od kopania rowków w grząskiej, błotnistej ziemi dały o sobie znać bólem. Ale odkryłem wreszcie a właściwie potwierdziłem, że pod warstwą gleby znajduje się glina, która jest powodem jej nieprzepuszczalności. Wykopałem, mimo napływającej wody dół, i na głębokości około 70 centymetrów zaczyna się glina. Znalezisko to natchnęło mnie myślą o jej wykorzystaniu. Zaraz skojarzyłem, że jeden przystanek autobusowy ode mnie na budynku jest baner z napisem o kursach ceramiki. Mógłbym się może tego nauczyć i zostać „gliniarzem” (czytaj: wytwórcą ceramiki). W końcu nie święci garnki lepią.
    Przygotowałem jeszcze kilka miejsc, w których wysieję nasiona lub wsadzę rozsadę dyń. Będą w tym roku rosły wraz z fasolą Jaś, dla której przygotowałem z leszczynowych tyczek podpory w kształcie indiańskiego tipi.. To będzie taka skrócona forma uprawy typu „trzy siostry”. Ale kukurydza też będzie mieć dla siebie inne miejsce. Nazbierałem jeszcze, na niemałą kupę, trochę patyków i suchych gałęzi, z których chcę przygotować wał a one znajdą się na samym spodzie. Przesiałem także kilka worków kompostowej ziemi, której potrzebuję do balkonowych doniczkowych uprawek. Idealna okazała się tu skrzynka wykotowa od królików z dnem z siatki o oczku 10 na 10 mm.
   Na śniadanie wykopałem jeden młody czosnek i pokroiłem cały jak szczypiorek do kanapek. Był pyszny i delikatny, bez ostrego smaku, choć charakterystyczny aromat już miał. Trzy kolejne zabrałem do domu w tym samym celu. Pierwszego maja po południu odjechałem do domu. Nie zostałem dłużej, bo jestem w trakcie zabiegów na bolący bark a drugiego maja też je miałem. Za długo czekałem na to by sobie odpuścić. Byłem też tego dnia w pracy. Pusty parking zapowiadał nadzwyczajny spokój. Napotykane tam osoby wyglądały jak duchy snujące się za karę. Mimo to udało mi się jednak załatwić parę spraw związanych z zakończeniem poprzedniego miesiąca tak, że tego czasu nie zmarnowałem.
   Dziś zajmę się przesadzaniem chilli i koktajlowych pomidorków do balkonowych donic a ponieważ żona idzie na urodziny („pięćdziesiątkę” do „psiapsi” z dziesiątego piętra), więc będę miał przy tej czynności spokój.

niedziela, 9 kwietnia 2017

Posadziłem …



… pierwsze ziemniaki. I czosnek! Jak zwykle na wariackich papierach wszystko się to odbyło. Pojechaliśmy z samego rana(rano to bardzo pojemne słowo) … i już po jedenastej byliśmy na wsi. A po drodze był jeszcze market, bo kupowaliśmy składniki do ciast, jakie szwagierka wypieka na święta. Przywitałem się teściową i szwagierką i po paru kurtuazyjnych zdaniach byłem już przebrany w działkowe ubranie. Wiem, niedziela palmowa a ja latam z taczką jak wariat po działce. Pewnie niejednego to może urazić, ale jak zaległości w działaniach tak olbrzymie a wiosna uderza do głowy to ja nie potrafię inaczej. Pogoda do tego sprzyjała, pochmurno i nie za ciepło było, więc coś tam zrobiłem.
   Ziemniaki dwóch odmian, zakupione w markecie w ilości 4 kilogramów posadziłem na miejscu gdzie jeszcze nigdy nie rosły. Z trzech główek czosnku wyszło czterdzieści ząbków, które powtykałem w spulchnioną i odchwaszczoną ziemię. Biegając pomiędzy drzewkami i zagonami odkryłem, że w miejscach gdzie w zeszłym roku był czosnek wystają z ziemi młode roślinki - pewnie niedokładnie zebrałem plony i jakieś pojedyncze ząbki zostały. Fajnie to wygląda i może coś z tego będzie a naliczyłem ich jakieś kilkadziesiąt sztuk.
   „Podniosłem” dwa zeszłoroczne zagony dokładając kompostu i zleżałej słomy uzupełniając wszystko zagrabionymi z łąki resztkami suchych traw. Na jednym rosły ziemniaki a drugi dopiero powstawał. Na tym po ziemniakach będą dynie a na tym nowym posadzę ziemniaki. Powycinałem leszczynowe odrosty a uzyskane w ten sposób tyczki będą podporami dla pnącej fasoli. Muszę po świętach zaplanować jeszcze miejsce dla warzyw korzeniowych i ogórków.
   Na drzewach widać już pąki kwiatowe. Trudno po ich ilości ocenić potencjalny urodzaj, ale chyba jest trochę mniej jak rok temu. Na działce sąsiada, widać młodzi przejęli stery. Powycinali pond pięćdziesięcioletnie jabłonie. Mnie się to nie spodobało, ale taka już jest ta wolność właściciela. Trudno powiedzieć, co planują, ale może fabryki żadnej tam nie zbudują. Poleciałem też do lasu i tu też widać efekty spalinowych pił. Całe połacie sosnowych młodników, co to w sezonie są ostojami maślaków wycięte w pień. Szkoda, bo ziemia tam piaszczysta i pod uprawy rolnicze raczej mało przydatna. Pewnie sosenki pójdą z dymem przez kominy właścicieli.
   Weterynarze cofnęli już zakaz wypuszczanie drobiu, choć nadal nie mogą mieć do nich dostępu ptaki dziko żyjące. Przesadnie chronimy chyba przemysłowe fermy. Lobby producentów „zdrowej żywności” z drobiowego mięska naciska na rządy i swoje osiąga. Kury po zimie wyglądają słabo, bo normalnie nawet w lutym w cieplejsze dni widywałyby słońce. Teraz, gdy mają dostęp do młodej zielonki pewnie szybko odżyją, ale jaj nie jest za wiele. Może jak zniosą zakaz handlu to dokupimy młodych i będzie lepiej.
   Zapakowaliśmy trochę jaj na święta i dwuletnie(AD2015 - tak, tak to nie pomyłka) kiszone ogórki. W ciemniej chłodnej piwnicy przestały do dziś. Są nadal smaczne i jędrne a ponieważ bańka pięciolitrowa to dla nas zbyt dużo podzieliliśmy się z córką zjeżdżając do niej po drodze do domu.
   Ciekawe jak jutro wstanę z łóżka po tych gimnastykach?
A może nie będzie tak źle….
PS: Rozsady pomidorków koktajlowych i chilli na oknach mają się dobrze choć te pierwsze trochę "wybiegnięte". Chyba trochę przesadziłem z wczesnością terminu siewu.

sobota, 25 marca 2017

COB live

Poniżej adres do wklejenia do wyszukiwarki:
https://www.youtube.com/watch?v=PAC2hZ6LWDc
Strona działa od kilkunastu godzin.
Może to będzie dla kogoś ważne albo tylko interesujące.
Wiele się o tym mówiło w czasie budowy i powstawania, mówi się i teraz.....
Jednak co się zobaczy na własne oczy....

piątek, 17 marca 2017

Przygotowania do wiosny



   Przepikowałem pomidorki koktajlowe. Wybrałem kilkanaście sztuk siewek. Resztę rozdam ludziom o podobnych zainteresowaniach. Żona ogłosiła w pracy, że mamy nadwyżkę i chętni do balkonowo-doniczkowej uprawy znaleźli się w minutę. Papryka chilli zostanie przesadzona do doniczek za tydzień. Chociaż marcowa wiosna jeszcze niezdecydowana to każdy dzień, nawet ten pochmurny czy deszczowy, jest i tak coraz dłuższy. Na razie widać ją tylko na zapełniających się roślinkami parapetach. Żona już się nie może doczekać maja, gdy to wszystko zniknie na docelowych miejscach.
   Zwolniliśmy tempo naszego życia po latach szalonej walki i wyrzeczeń. Snujemy malutkie i ciche plany urlopowe. Może uda nam się pierwszy od pięciu lat kilkudniowy wyjazd. Remont kuchni i przedpokoju odłożymy na rok przyszły. Na razie zrobię tylko doraźne poprawki po awarii hydrauliki w kuchennym pionie plus malowanie ścian. Latem chciałbym nadrobić zaniedbania działki z lat minionych. Nazbierałem ostatnio szyszek drzew iglastych, zainspirowany filmami o zbieraczach włażących na najokazalsze z nich. Mam nasiona świerka, trzech odmian sosen i daglezji, z którą wiążę największe oczekiwania. Jej nasiona mam z szyszek znalezionych w parku Łazienkowskim po wichurach z przed dwóch tygodni. Wysuszone na kaloryferze pootwierały się wysypując nasiona. Własny las? Tego nie wiem, ale na pewno jakieś nowe doświadczenie. Na pewno ewentualne efekty tych działań nie będą moim udziałem. Może wnuków? Jeśli tak, to oby uszanowały.
   Na działce zastój w drobiowym temacie. Komunikat o ptasiej grypie zastopował wszelki ruch w obrocie kurami. Mieliśmy zakupić trochę młodych niosek, ale na razie ponoć jakieś kontrole służb weterynaryjnych skutecznie nas powstrzymują. Dwuletnie i starsze kury, niosą się już słabo ledwo zarabiają na swój byt. Właściwie jedyny pożytek z nich to nawóz, którego jest teraz więcej z powodu konieczności trzymania ich w kurniku. Dobre, chociaż i to. Będzie z czego zrobić nowe grządki.

niedziela, 26 lutego 2017

Odcinanie kuponów vs. walka o przetrwanie



   Jeden świat a tak naprawdę dwa światy. Bogaci i biedni. Odwieczny podział. Mimo upływu czasu i ewoluowania systemów społecznych nic się właściwie nie zmienia. Czy tylko niepohamowana żądza posiadania pieniądza, władzy, potęgi i siły jest wciąż „motorem” napędowym rozwoju ludzkości? Po jednej stronie potentat, którego nadrzędnym celem jest permanentna ochrona i wzmacnianie swej pozycji a po drugiej armia ludzi mrówek podążających nakazanymi ścieżkami by tę wielkość, w swym codziennym i mozolnym trudzie, utrwalać. Garstka superszczęściarzy i miliardy nieszczęśników, którzy nie mają prawa ani żadnych szans na zrealizowanie swego osobistego szczęścia i marzeń. Smutne, że taki ogrom ludzi zdrowych, silnych i pracowitych tak często żyć musi na skraju biedy. Paradoks, nie tylko naszych czasów. System?
   Ktoś może powie: przecież są ludzie szczęśliwi i niebogaci również i teraz. Pewnie, że są. Ale czy to naprawdę autentyczne szczęście? Gdy ktoś pozornie ma wszystko uzyskane za długoletni, na niepewnych warunkach brany, kredyt i pracę za parę tysięcy to szczęście? To, że niemal całe dorosłe życie będzie prowadzony na powrozie banku, to ma być szczęście? Gdy spłaci to wszystko za lat kilkadziesiąt okaże się, że oddał dwa razy więcej niż wziął napychając swymi ciągłymi wyrzeczeniami konta bogaczy. A może tak właśnie miała wyglądać „klasa średnia”? Według mnie to określenie to slogan stworzony na potrzeby utrwalenia istniejącego stanu w obecnych czasach. W każdym systemie musi być także jakiś pośrednik, trochę lepiej opłacany, który by pomógł utrzymać bogaczom ciągłą „stabilizację”, czyli zapewnić spokój wśród mrówek.
   Wiem, że postrzeganie szczęścia przez pryzmat dóbr materialnych nie każdemu się spodoba. Zapewne można być szczęśliwym za jeszcze mniej, lecz to bardziej kwestia hierarchii wartości ale częściej wybór pod presją otoczenia by łatwiej pogodzić się z własnym ja. Przepływy materialne tego świata muszą się jednak bilansować i jak komuś ubyło to gdzieś ten ubytek musi pojawić się jako przychód. Wiem też, że często pierwszy milion trzeba ukraść by następne generować już całkiem legalnie. W tej właśnie chwili pewnie także ktoś kradnie swój pierwszy milion….. taka to już jest ta ludzka natura.
   Nie oczekuję, że tym tekstem zwrócę uwagę bogaczy na sprawę, oni mają się świetnie i już teraz są jak w niebie. To pewnie parę ludzkich „mrówek" go przeczyta. Wiem, że niewiele to zmieni we współczesnym i przyszłym świecie. Naiwnością byłoby takie oczekiwanie. Może ja po prostu mam już taką socjalistyczną konstrukcję umysłu odziedziczoną po dziadku, który w okresie międzywojennym nie mógł znaleźć pracy za udział w robotniczych demonstracjach? To zapewne był główny powód napisania powyższych słów.
Ech ci nasi przodkowie….

PS 1: Chilli i pomidorki koktajlowe powschodziły i to jest absolutnie pewna i dobra wiadomość.
PS 2: Na Świętoszka idziemy dziś do Narodowego - traktuję to jako bonus za trud życia w wielkim mieście. Inscenizacja pewnie będzie trochę inna ale temat niezmiennie aktualny.

środa, 22 lutego 2017

Zasrane miasto i drzewa…



   Odwilż i topniejący śnieg odsłonił to, co podczas jego zalegania zrobiły psiuńcie swoich pańciów. Chociaż w mieście obowiązuje zasada i przepis, by pańcie i pańciowie sprzątali kupy swoich psiuńciów to i tak niewiele z tego, od lat, wychodzi. Może nawet bym przygarnął jakiegoś psiaka, ale uczulenie na sierść mojej żony, ograniczona przestrzeń mieszkania i obowiązek zbierania psich kup skutecznie mnie na razie powstrzymuje. Zadowalam się na razie relacjami ze wspaniałym i przyjacielskim kundlem teściowej, który nie musi zastanawiać się gdzie się załatwić a i tak znalazł sobie swoje na ten cel miejsce. W dodatku jak przyjeżdżam to szczeka podobno jakoś inaczej.
   Wielkiego dęba wycięto ostatnio w okolicy gdzie bywam. Może strata to niewielka dla tej miejscowości, wyróżniającej się w Polsce dużą ilością wiekowych egzemplarzy drzew. Powód tego wycięcia mnie tylko wkurzył bo jest dla mnie niezrozumiały. Drzewo to rosło w dzielnicy jednorodzinnych domów i jego jedyną winą było to, że jesienią swymi opadającymi liśćmi zapychał rynny w domach na sąsiadujących posesjach. ZGROZA!!!
   Ile takich „okazji” wykorzystanych zostanie podczas obowiązywania tego debilnego rozporządzenia? Pewnie zamiast korzystania z przyjemnego cienia w letnie popołudnia, które dawało drzewo dotychczas, właściciele tych domów założą klimatyzację, bo nie da się w upały wytrzymać….. A kiedyś się dawało! Wiem, jestem przeczulony na tym punkcie. Ale mam nadzieję, że za mego życia doczekam jeszcze powstania prawdziwej i autentycznej partii „zielonych”, która wygra jeszcze wybory a jej przedstawiciele nie pozwolą niszczyć takiego oczywistego dziedzictwa ludzkości.
Amen.