Witam!

To jest o moich osobistych rozważaniach, obserwacjach, doświadczeniach, myślach o sprawach bieżących i bardziej uniwersalnych, ponadczasowych. Bez zdjęć i obrazów, tylko słowa.

niedziela, 26 lutego 2017

Odcinanie kuponów vs. walka o przetrwanie



   Jeden świat a tak naprawdę dwa światy. Bogaci i biedni. Odwieczny podział. Mimo upływu czasu i ewoluowania systemów społecznych nic się właściwie nie zmienia. Czy tylko niepohamowana żądza posiadania pieniądza, władzy, potęgi i siły jest wciąż „motorem” napędowym rozwoju ludzkości? Po jednej stronie potentat, którego nadrzędnym celem jest permanentna ochrona i wzmacnianie swej pozycji a po drugiej armia ludzi mrówek podążających nakazanymi ścieżkami by tę wielkość, w swym codziennym i mozolnym trudzie, utrwalać. Garstka superszczęściarzy i miliardy nieszczęśników, którzy nie mają prawa ani żadnych szans na zrealizowanie swego osobistego szczęścia i marzeń. Smutne, że taki ogrom ludzi zdrowych, silnych i pracowitych tak często żyć musi na skraju biedy. Paradoks, nie tylko naszych czasów. System?
   Ktoś może powie: przecież są ludzie szczęśliwi i niebogaci również i teraz. Pewnie, że są. Ale czy to naprawdę autentyczne szczęście? Gdy ktoś pozornie ma wszystko uzyskane za długoletni, na niepewnych warunkach brany, kredyt i pracę za parę tysięcy to szczęście? To, że niemal całe dorosłe życie będzie prowadzony na powrozie banku, to ma być szczęście? Gdy spłaci to wszystko za lat kilkadziesiąt okaże się, że oddał dwa razy więcej niż wziął napychając swymi ciągłymi wyrzeczeniami konta bogaczy. A może tak właśnie miała wyglądać „klasa średnia”? Według mnie to określenie to slogan stworzony na potrzeby utrwalenia istniejącego stanu w obecnych czasach. W każdym systemie musi być także jakiś pośrednik, trochę lepiej opłacany, który by pomógł utrzymać bogaczom ciągłą „stabilizację”, czyli zapewnić spokój wśród mrówek.
   Wiem, że postrzeganie szczęścia przez pryzmat dóbr materialnych nie każdemu się spodoba. Zapewne można być szczęśliwym za jeszcze mniej, lecz to bardziej kwestia hierarchii wartości ale częściej wybór pod presją otoczenia by łatwiej pogodzić się z własnym ja. Przepływy materialne tego świata muszą się jednak bilansować i jak komuś ubyło to gdzieś ten ubytek musi pojawić się jako przychód. Wiem też, że często pierwszy milion trzeba ukraść by następne generować już całkiem legalnie. W tej właśnie chwili pewnie także ktoś kradnie swój pierwszy milion….. taka to już jest ta ludzka natura.
   Nie oczekuję, że tym tekstem zwrócę uwagę bogaczy na sprawę, oni mają się świetnie i już teraz są jak w niebie. To pewnie parę ludzkich „mrówek" go przeczyta. Wiem, że niewiele to zmieni we współczesnym i przyszłym świecie. Naiwnością byłoby takie oczekiwanie. Może ja po prostu mam już taką socjalistyczną konstrukcję umysłu odziedziczoną po dziadku, który w okresie międzywojennym nie mógł znaleźć pracy za udział w robotniczych demonstracjach? To zapewne był główny powód napisania powyższych słów.
Ech ci nasi przodkowie….

PS 1: Chilli i pomidorki koktajlowe powschodziły i to jest absolutnie pewna i dobra wiadomość.
PS 2: Na Świętoszka idziemy dziś do Narodowego - traktuję to jako bonus za trud życia w wielkim mieście. Inscenizacja pewnie będzie trochę inna ale temat niezmiennie aktualny.

środa, 22 lutego 2017

Zasrane miasto i drzewa…



   Odwilż i topniejący śnieg odsłonił to, co podczas jego zalegania zrobiły psiuńcie swoich pańciów. Chociaż w mieście obowiązuje zasada i przepis, by pańcie i pańciowie sprzątali kupy swoich psiuńciów to i tak niewiele z tego, od lat, wychodzi. Może nawet bym przygarnął jakiegoś psiaka, ale uczulenie na sierść mojej żony, ograniczona przestrzeń mieszkania i obowiązek zbierania psich kup skutecznie mnie na razie powstrzymuje. Zadowalam się na razie relacjami ze wspaniałym i przyjacielskim kundlem teściowej, który nie musi zastanawiać się gdzie się załatwić a i tak znalazł sobie swoje na ten cel miejsce. W dodatku jak przyjeżdżam to szczeka podobno jakoś inaczej.
   Wielkiego dęba wycięto ostatnio w okolicy gdzie bywam. Może strata to niewielka dla tej miejscowości, wyróżniającej się w Polsce dużą ilością wiekowych egzemplarzy drzew. Powód tego wycięcia mnie tylko wkurzył bo jest dla mnie niezrozumiały. Drzewo to rosło w dzielnicy jednorodzinnych domów i jego jedyną winą było to, że jesienią swymi opadającymi liśćmi zapychał rynny w domach na sąsiadujących posesjach. ZGROZA!!!
   Ile takich „okazji” wykorzystanych zostanie podczas obowiązywania tego debilnego rozporządzenia? Pewnie zamiast korzystania z przyjemnego cienia w letnie popołudnia, które dawało drzewo dotychczas, właściciele tych domów założą klimatyzację, bo nie da się w upały wytrzymać….. A kiedyś się dawało! Wiem, jestem przeczulony na tym punkcie. Ale mam nadzieję, że za mego życia doczekam jeszcze powstania prawdziwej i autentycznej partii „zielonych”, która wygra jeszcze wybory a jej przedstawiciele nie pozwolą niszczyć takiego oczywistego dziedzictwa ludzkości.
Amen.

niedziela, 5 lutego 2017

Co dalej…


   Nauczony dotychczasowym życiem nie planuję. Już tyle razy zamierzenia blisko czy dalekosiężne nie sprawdziły się, że chyba nie warto grać w tę ruletkę. Ale by nie stać się planktonem niesionym przez prądy oceanu jakimś działaniem trzeba jednak zaznaczyć swą obecność na tym świecie. Chciałbym w tym roku, tak zdecydowanie i mocniej, „powalczyć” z działką i kontynuować zagospodarowywanie tego kawałka ziemi metodami tworzenia silnych i wydajnych struktur naturalnymi sposobami. Myślę tu o tworzeniu kolejnych wzniesionych grządek nie zapominając oczywiście o ciągłym nadbudowywaniu tych już istniejących.
   Nie ukrywam, że przez ostatnie lata bardzo mi tego brakowało a każda konieczność rezygnowania z tamtych działań była trudna. Ale tak być musiało. Wynikło też z tego powodu sporo zaniedbań, które mam nadzieję uda mi się w tym roku nadrobić. Wiele zdrowia i sił będzie mi do tego potrzebne. A tu jak na złość albo łupie w krzyżu albo boli bark. Byłem już nawet w tej intencji u lekarza pierwszego kontaktu i nawet chłop sensownie gadał. Powiedział, bym wybrał między proszkami przeciwbólowymi w ciemno a skierowaniem do ortopedy. Mimo, że coraz gorzej znoszę dolegliwości w barku i nieprzespane w związku z tym noce, wybrałem jednak ten drugi wariant, choć wizyta dopiero w kwietniu. Myślę, że warto ustalić czy to zwyczajny „SKS”, błędy młodości, gdy trenowałem siatkówkę jak wariat czy może przeciążenia ostatnich lat wynikające z dźwigania ponad siły. A może zmiana pracy, trybu życia i dwa lata ślęczenia za biurkiem dają pierwsze takie "rezultaty"? Zobaczymy. Nie chciałbym jednak bez sensu żreć jakichś prochów. Na razie ratuję się jak mogę domowymi sposobami. Gimnastyką i rozciąganiem bolących miejsc a w pracy robię dwudziestominutowa przerwę i wychodzę na spacer rozprostować gnatki. Na razie większych postępów nie zauważam, ale może z czasem… Trochę przydługi ten zdrowotny akapit wyszedł, ale co zrobić, kiedy naprawdę boli.
   W tym roku dwie uprawy chciałbym obdarzyć swą szczególną uwagą: ziemniaki i dynie. Dlatego, że już od paru lat bardzo dobrze się udają, warto by było je wreszcie mieć tylko z własnej uprawy i to przez większość, jeśli nie przez cały rok. Na tym moje pomysły się oczywiście nie kończą. Wraz z dyniami posieję kukurydzę jako osłonę i może słoneczniki. Między ziemniaki wsiewam bób, bo wykorzystują one dobrze azot wytwarzany przez jego bakterie brodawkowe reagując większym plonem. Z innych warzyw dobrze by było mieć jak najwięcej sezonowych: ogórków, pomidorów, papryki, marchewki, cukinii, jarmużu czy buraków. Bardzo obficie plonowała mi w roku ubiegłym fasola pnąca, więc dla niej też znajdę dobre miejsce.
   Mam z lat ubiegłych sporą pryzmę kompostu, do tego obornik z kurnika i kilka belek słomy. Pewnie starczy to na kolejny spory zagon pod ziemniaki. Od paru lat staram się też dość obficie ściółkować wokół młodych drzewek owocowych. Posadzę czasem w tej ściółce jakiś czosnek lub wsieję ogórki lub dynię. Nawet fajnie rosną zwłaszcza te drugie. Gdy te posiane na monokulturowym zagonku giną z powodu mączniaka lub innego, to te kępki wysiane w takich niby oazach dają wówczas całkiem niezłe plony unikając zarażenia.
   Słońca, co prawda jeszcze nie za wiele a dni pochmurnych i ponurych jest jeszcze wciąż więcej niż tych jasnych. Stają się one jednak coraz dłuższe i lada dzień zacznie się pewnie wysiewanie papryki i pomidorów. Parapety okienne znów zastawione zostaną na kilka tygodni pojemnikami z siewkami i rozsadami. Pewnie i ja w tym tygodniu wysieję chilli, którą będę chciał wysadzić do gruntu w jakimś osłoniętym od wiatru miejscu na działce. Właściwie z dwóch roślin uprawianych w dużych doniczkach na balkonie uzyskałem tyle owoców, że starczy do następnych zbiorów, ale w tym roku zrobię więcej rozsady, bo sposób uprawy będzie inny a ryzyko większe.
   Kończę, bo zapisałem już całą A4 i wątpię by komuś starczyło cierpliwości na dłuższe czytanie.

niedziela, 29 stycznia 2017

Układanie od nowa.



   Tak jak stary rok skończył się dla nas w kiepskich nastrojach tak i na nowy przeniosły się one niestety. Próbujemy wychodzić z tego marazmu i jakoś się to nam, wraz a upływem czasu, chyba udaje. Wiele rzeczy dało się już nam załatwić i sporo jeszcze przed nami. Trudna jest do wypełnienia pustka po kimś, z kim żyło się i mieszkało od urodzenia.
   Po dopełnieniu spraw urzędowych a także tych związanych z przepisaniem na mnie opłat i rachunków za media, przyszedł czas na uporządkowanie pozostałych po zmarłej mamie przedmiotów, zwłaszcza tych związanych bezpośrednio z jej chorobą i opieką nad nią w ostatnich latach jej życia. Z pomocą przyszedł nam pewien proboszcz z innej parafii, który parę miesięcy wcześniej kwestował w imieniu prowadzonego przy tejże hospicjum. Uznaliśmy, po naszych doświadczeniach ostatnich lat, że pozostały sprzęt rehabilitacyjny, łóżko, środki higieniczne, pielęgnacyjne oraz inne rzeczy przekażemy tam właśnie by mogły służyć innym osobom w ich ostatnich chwilach życia. Po kontakcie z pracownikami tej placówki oraz odwiedzeniu internetowej strony okazało się, że potrzeby tego hospicjum są bardzo duże a poziom i kultura sprawowanej opieki bardzo wysoka. Potwierdziły to również rozmowy z osobami, które miały już kontakt z tym hospicjum w ostatnich chwilach życia najbliższych im osób. Zainteresować tematem udało się także mej córce osoby w jej miejscu pracy. Młodzi ludzie, z którymi pracuje odpowiedzieli bardzo spontanicznie i hojnie przygotowując zestawy potrzebnych przedmiotów z internetowej listy.
   Wczoraj przy bezinteresownej pomocy paru jeszcze osób(samochód dostawczy teścia córki okazał się być bezcenny) przewieźliśmy wszystkie te zebrane przedmioty do hospicjum. Odbierały je od nas siostry zakonne, które tam pracują. Nie ukrywały zaskoczenia i wzruszenia podczas wyładunku wszystkich przedmiotów. Bardzo nam dziękowały mówiąc, że wszystko to bardzo im się przyda, bo państwowe dotacje pokrywają tylko 1/3 potrzeb hospicjum. W trakcie przekazywania rzeczy zorientowałem się, że są tam też dziecięce zabawki. Na moje zdziwienie odpowiedziano, że sprawują tam także opiekę nad dziećmi, których rodzice zmarli przedwcześnie tu właśnie. I w tamtej chwili znów mój margines szczęścia/nieszczęścia przesunął się bardzo.
   Podziękowaniom pewnie nie byłoby końca gdyby nie to, że siostry musiały wrócić do swych codziennych obowiązków. Wyciskaliśmy się wszyscy na koniec raz jeszcze bardzo serdecznie.
   Już wsiadając do samochodu poczułem, że to co zrobiliśmy przed chwilą przyniosło mi jakąś ulgę, odblokowanie.
   W drodze powrotnej do domu zajechaliśmy do córki, która zaprosiła nas już wcześniej na obiad. Upiekłem dzień wcześniej dwa drożdżowe ciasta(to dla mnie też jakiś znak powrotu do normalności) i zabrałem na to spotkanie. Byli zaproszeni również teściowie córki i spędziliśmy razem to popołudnie aż do wieczora. Bardzo dobry to był dzień.
   Dziś byliśmy na cmentarzu i chyba na tym zakończę w mojej pisaninie ten smutny wątek.

PS: Prześladuje mnie ostatnio taka oto powracająca melodyjka: Kniaź Igor Borodina tańce połowieckie w instrumentalnym wykonaniu dwóch rosyjskich muzyków: 
https://youtu.be/qFyeuH6IWgU
Mnie, ci dwaj goście poprawiają nastrój.

sobota, 31 grudnia 2016

2016



   Nie powiem, nauczony życiowym doświadczeniem, że jest już skończony, bo zostało jeszcze parę godzin…..
….. ale spróbować podsumować go już chyba można.
   Bardzo dobrze się dla naszej rodziny rozpoczął. Oświadczyny obecnego zięcia, pierwsza wizyta przyszłych teściów i wreszcie po spokojnych przygotowaniach zwieńczenie zawarciem małżeństwa przez córkę. Miłe, wspaniałe, niezapomniane chwile. Dwoje młodych,  dobranych ludzi, którzy w oparciu o wspólnie wyznawane wartości i zasady budują swe życie. Serca rodziców pełne radości!!
   To, co było pomiędzy to zwykła codzienność. Mechaniczne, powtarzalne w równych czasowych odstępach czynności i trud. Nie warte chyba opisywania.
   Skończył się za to mijający rok bardzo dla nas smutno. Dwa dni przed Wigilią zmarła moja mama. Właściwie to całkiem zwyczajne zdarzenie, gdy odchodzi ktoś przeżywszy lat ponad dziewięćdziesiąt. Właściwie tak. Są jednak jakieś ale. Chorowała długo. Po drugim udarze przeleżała w łóżku niemal trzy lata i dziewięć miesięcy. Słabła prze cały ten czas. Początkowo powoli, niemal niezauważalnie zwłaszcza dla nas domowników. Jeszcze we wrześniu wyniki badań niczego złego nie zapowiadały. Przeciwnie były po prostu dobre. Od dwóch ostatnich miesięcy traciła jednak siły coraz bardziej. Zaczęła się dla nas walka o każdy kęs jedzenia i łyk picia. Było codziennie tylko mniej i mniej. Dwa ostatnie tygodnie to już totalna negacja wszystkiego. Odmowa jedzenia, picia i leków. Ból i cierpienie podczas najdelikatniej i najstaranniej wykonywanych przez nas codziennych czynności pielęgnacyjnych. Nawet rozmowy o zbliżających się świętach nie wzbudzały już żadnego zainteresowania. Właściwie wypowiadana była już tylko jedna myśl: Dołączyć do zmarłych rodziców i męża. Wcześniej czasem wspominała tylko o tym, ale udawało nam się odpędzać tę natrętną. Jest już teraz między swoimi. Nasza wspólna walka się skończyła. Mama zrealizowała swe marzenie by znaleźć się już wśród najbliższych. My tylko wypełnialiśmy przez te ostatnie lata jej życzenie i wolę: By być do końca wśród najbliższej rodziny i umrzeć w swoim domu. Dopełniliśmy tego.
   Teraz zostałem już z mej pierwotnej rodziny sam – bez rodziców i rodzeństwa. Ale nie jestem samotny, bo mam własną wspaniałą rodzinę, bez której bym sobie przez te lata raczej nie poradził.
  I w tym jest moja nadzieja na rok przyszły i dalsze……..

wtorek, 22 listopada 2016

Zapowiedzi



   Zapowiedzi rządu na temat utworzenia rezerwy demograficznej z reszty środków z OFE, których poprzednikom już nie wypadało zagarnąć, nie wprawiły mnie w dobry nastrój. Zabiorą resztę z drugiego filara. Szkoda, bo trochę sobie obiecywałem z tej części składki na przyszłość. Nie dość, że będzie się kiedyś starym to jeszcze dziadem kompletnym. Nie liczyłem nigdy, od początku naszej emerytalnej z 1999 roku „pieriestojki”, na starość w egzotycznych kurortach, ale chociaż na dach nad głową i jakąś strawę.
   Drugą z przepowiedni jest ta zasłyszana z ust ministra, o arystokratycznie brzmiącym nazwisku, od zdrowia(!?). Zreformują nam system tak, że wszyscy umrzemy zapewne znacznie przed czasem w kolejce do specjalisty nie doczekawszy wizyty.
   Doszedłem do wniosku, że jedyną szansą dla ludzi mojego pokolenia i o podobnym statusie materialnym(bogacze umrą prawdopodobnie nieco później i bardziej komfortowo) jest dbanie o samych siebie. I to takie kompletne, rozważne i przemyślane. Począwszy od tego, co kupujemy, zjadamy i pijemy. Niesłychanie ważnym wydaje się też być dbanie o własną sprawność fizyczną i umysłową. Dobra i umiarkowana dieta plus ruch na ile to możliwe i szanse na przetrwanie rosną zdecydowanie.
PS: Od miesiąca dojeżdżam do pracy autobusem miejskim. Może nie wychodzi taniej(na razie nie mam jeszcze biletu miesięcznego), ale trzeba dojść kawałek pieszo. W trzecim wariancie ( tak, tak mam aż trzy możliwe) podróży trzeba dojść aż dwa przystanki.
BEZCENNE!
Może w tym nadzieja?

sobota, 12 listopada 2016

Za czym kolejka ta stoi?



   Dziś sobota między dwoma świętami. Zupy dyniowej postanowiłem ugotować z ostatniej Hokkaido, jaka mi pozostała na balkonie z obawy przed jej zmarznięciem. Brakowało mi tylko słodkiego ziemniaka, imbiru i słodkiej śmietanki 30%(wybrałem wersję bogatszą). Inne, niezbędne do przeżycia do poniedziałku, artykuły spożywcze mieliśmy zakupione przezornie w czwartek. Poszedłem do naszego osiedlowego, "niskopowierzchniowego", sieciowego marketu, który ostał się w okolicy jako jedyne źródło zaopatrzenia w podstawowe artykuły żywnościowe po wyniszczeniu cenami konkurencji. Wszedłem a tu koszyków brak. Ludzi za to przeciwnie jak koszyków. Ogarnąłem szybko to, po co przyszedłem i ustawiłem się w nadzwyczajnie długiej kolejce. Ludzie stali bardzo spokojnie oszołomieni jej wielkością. Stałem i ja rozmyślając: kiedy i po co ja ostatnio byłem w takiej kolejce?
- W poprzednim ustroju, czyli bardzo dawno temu.
   Pamiętam, z tamtych kolejek z dawnych czasów, rozmowy zmęczonych ludzi, jakie się tam słyszało oraz o ich marzeniach - by było inaczej. Chcieliśmy by było inaczej i jest inaczej. Kiedyś brakowało towarów, dziś jest nadmiar. Podobno „rynek” i wolna konkurencja najlepiej reguluje sprawy popytu i podaży. Co innego jednak reguluje dostępność tych dóbr. Wciąż przybywa moim zdaniem osób, które muszą ograniczać swoje potrzeby(nie marzenia).
   No i to niekomfortowe stanie i czekanie do kasy by moc wydać własne coraz ciężej zarabiane pieniądze. Żenujące, upokarzające, przykre.
   A może przesadzam z tym narzekaniem. Dyniowej mi się zachciało to mam za swoje! Może po prostu tylko kasjerów było dziś w pracy mniej bo też chcą mieć wolne. Po prostu tak od zawsze było przed dniami wolnymi od pracy. Tyle że kiedyś inny sklep, gdzie kolejka mniejsza można było  bliżej domu znaleźć ….

PS: W Poznaniu byłem na koleżeńskim spotkaniu w dniach 10-11. Było super i cieszę się, że nadal mnie na takie coś stać. Rogale Marcińskie rzeczywiście tam smakują najlepiej. A może cukiernikom po prostu zależy na klientach....