Witam!

To jest o moich osobistych rozważaniach, obserwacjach, doświadczeniach, myślach o sprawach bieżących i bardziej uniwersalnych, ponadczasowych. Bez zdjęć i obrazów, tylko słowa.

środa, 10 stycznia 2018

Zobowiązań żadnych na ten rok nie podejmuję! A po co mam się stresować, jak coś nie wyjdzie.



   No i weź i napisz coś sensownego w nowym roku. Dobrze by było zacząć jakimś dobrym tekścikiem. A tu życie, jak co dzień płynie leniwie, powtarzalnie chwilami przyspiesza, kiedy indziej snuje się jak dym z komina w bezwietrzny dzień.
   No to jak już o dymie to przyczepię się tego tematu. Smog! Problem przecież nie nowy ale teraz jakby bardziej medialny. Tylko czy obecnie bardziej szkodliwy niż ten sprzed lat? Może lepiej zmierzony, może większa świadomość problemu w ludziach a może jednak coś jest na rzeczy.
   Moje doświadczenie w tym względzie jest takie: przed oknem od zachodniej strony mam obszar zabudowany jednorodzinnymi domami. Zdarza się wieczorem, w bezwietrzne dni, że przez rozszczelnione okno dostaje się zapach dymu do środka. Kiedy nie zamkniemy tego okna wdychamy takie powietrze przez całą noc. Poranek nie jest wówczas niezbyt fajny. Czasem przerwany sen, poranny ból głowy, zmęczenie i niewyspanie. Po wyjściu z domu widać, że powietrze nie jest przezroczyste, choć to nie mgła a w gardle jakby coś gryzło. Wtedy mam wrażenie drapania, które pamiętam jeszcze z czasów, gdy byłem palaczem papierosów. Coś na rzeczy być musi, bo trudno raczej dać wiarę, że mój węch z wiekiem stał się doskonalszy. Przypominam sobie, że nieraz wracając z działki późną jesienią czy zimą wyraźnie wyczuwałem wpadający do środka auta dym podczas przejazdu przez mijane wsie. Moda na kominki i inne kozy rozkwita, więc ludzie dogrzewają się w ten sposób. Kiedyś jednak koncentracja domów, które korzystają z własnego ogrzewania nie była aż tak duża. Samochody pewnie tez swoje dokładają i ilość spalin raczej nie maleje.
Może w tym roku życzyć sobie czystego powietrza?
   Na razie rozpocząłem czwartą już serię rehabilitacyjnych zabiegów przeróżnych i za parę dni minie pierwsza rocznica walki z bólem barku. Efekty jakieś są, skłamałbym mówiąc, że nie. Ale chciałoby się szybciej i skuteczniej. Rozpoczynając tę serię zabiegów zauważyłem mniej uczestników „turnusu”(tak nazywają to na miejscu). Dowiedziałem się, że znów ktoś obciął wydatki na ten cel, więc kolejka oczekujących znów się wydłuży. Szkoda, bo poziom świadczonych tam usług oceniam wysoko.
   Idąc na te zabiegi rano, na godzinę siódmą, przed pracą też czuję dym…. Ale o tym już było.
PS: Moje „dziadkowanie” przejawia się tym, że muszę raz w tygodniu zobaczyć maleńką wnusię choćby przez godzinkę. Ostatnio nawet bez babci, bo miała opryszczkę, która wyeliminowała ją z sobotnich odwiedzin. Śliczniutka i zdrowiutka jest wnuczka …. i babcia też.

piątek, 29 grudnia 2017

Życzę sobie....

... w Nowym Roku ...
... lepszej pamięci.
   Starość czy zła dieta? Co by nie mówił wracałem dziś z domu do pracy po wszystkie dokumenty, karty i parę złotych - krotko mówiąc portfel. Jutro wyjeżdżamy na wieś więc głupio tak bez papierów wyruszać na dwa dni. Nogi akurat dziś od tego nie zabolały bo śmignąłem autem ale głupio zwłaszcza, że szef jeszcze pracował. Jednym słowem skleroza.
   Dlatego pozwoliłem sobie na takie egoistyczne noworoczne życzenia.....
Ech...
Swoją drogą nadchodzący rok to zawsze zagadka. Może 2018 nie będzie gorszy...

sobota, 23 grudnia 2017

Babcia z dziadkiem i stary piernik(przepis)



   Czasu jest ostatnio bardzo mało by zasiąść do komputera. W pracy na zakończenie roku roboty nie do przerobienia. Zdarzało się i po 13 godzin pracować by wszystko ogarnąć i przygotować pole innym współpracownikom pod nadchodzące w nowym roku zmiany. A tu w naszym życiu pojawiło się nowe życie – mała dziewczynka, w której z miejsca się zakochaliśmy. Ładniutka, zdrowiutka, nasza
ZOSIA.
Dziadkami zostaliśmy w Barbórkę i od tamtej chwili otrzymaliśmy jakiś niewidzialny zastrzyk energii. Myślałem, że narodziny wnuczki przyjmę ze stoickim spokojem ale teraz widzę, że to pozytywne wariactwo mnie też nie omija: dzień bez nowej fotki lub informacji o małej jest stracony. Na te święta otrzymaliśmy najpiękniejszy prezent świata.
   Ale skoro już o świętach to piernik upiekliśmy, jak co roku. Parę dni wcześniej, bo co, jak co ale stary piernik najlepszy jest i basta. Przepis pewnie już pięćdziesięcioletni albo starszy, z karteczki wyciętej z jakiejś kobiecej gazety z przed lat i bardzo już „używany”. Postanowiłem go utrwalić na zdjęciu, bo pożółkła karteczka na pół już przedarta, mocno sfatygowana swoje przeszła i już ledwo dycha. Z resztą sami zobaczcie:

A udał się on nam w tym roku wyjątkowo, choć powstawał w jak zwykle niezłym zamieszaniu(dosłownie i w przenośni). Jakby ktoś chciał jeszcze skorzystać to dodam(dochodziliśmy do tego latami prób i błędów), że piecze się tak: do piekarnika nagrzanego do 50 stopni wstawiamy i podnosimy na 150 stopni na 30 minut. Potem 175 stopni na 40 minut i MUSI SIĘ UDAĆ!! Oczywiście patyczkiem sprawdzamy(suchy być musi). Najlepszy jest jak się kończy.
Przepis na makowiec gratis....
Pozdrawiam i życzę spokojnych Świąt!

środa, 22 listopada 2017

Podróże kształcą



   W Tychach byłem dziś służbowo. Wystarczy na parę godzin odjechać 300 kilometrów od swojego miasta by zobaczyć, że gdzieś coś jest inaczej (i nie tylko temperatura pomiędzy miastami różniła się o parę stopni).
   W tamtą stronę jechałem w wagonie bez przedziałów. Obok mnie siedziała zakonnica i jak szalona(czytaj: bardzo szybko) robiła czapkę szydełkiem prując od czasu do czasu źle wykonany fragment(podziwiałem za cierpliwość!). W tzw. między czasie odmówiła z komórki dwa razy modlitwy. Nie wiem jak daleko jechała ale w Tychach czapka była już na ukończeniu.
   Powrót okazał się być dla mnie lekcją i przestrogą przed nabiałem. Do przedziału wsiadła bizneswoman handlująca, jak się po chwilach kilku okazało, hurtowo, serami i ich pochodnymi. Słowa, jakich używała dokonując kolejne „dile” utwierdziły mnie w przekonaniu, że mamy dostępne z tej grupy produktów gówno nie jedzenie. Było o takich rzeczach jak przedłużanie o tydzień terminów trwałości, wyrobach seropodobnych czy „zaolejowanych”. Swoistym szczytem było dla mnie sprzedanie paru ton mozarelli, która jak się okazało kilka chwil później, różniła się od tej zamówionej przez klienta tym, że była mrożona(ale i na to jej sprytni współpracownicy znaleźli szybko sposób). Jej drapieżna zawodowa aktywność porażała i drażniła mnie. Dramat i zgroza!!! Albo największe ludobójstwo w dziejach! I to bez użycia broni konwencjonalnej – tylko chemia! Przecież takich „pań” krąży po świecie tysiące. Dla nich sprawa jest prosta: wykonanie planu i procent od obrotu. Nawet, jeśli w obrocie miałoby się znaleźć… gówno.
   Ale z tych podróżnych emocji nie było ani słowa o Tychach. Dwie rzeczy zwróciły moją uwagę w tym mieście. Obie z dziedziny komunikacji. Pierwsza to uporządkowanie kierunku ruchu do i z autobusów miejskich. Drzwi środkowe służą do wysiadania i jeśli nikt ich na przystanku od wewnątrz nie otworzy to kierowca tego nie zrobi. Drzwi te są dodatkowo graficznie oznaczone z zewnątrz drogowym znakiem zakazu. Bardzo mi się to podobało, choć w Warszawie w godzinach szczytu chyba nie do wyobrażenia. Drugie to: absolutne zatrzymywanie się samochodów przed przejściami dla pieszych nawet, jeśli przechodnie stoją jeszcze na chodniku. To również spodobało mi się bardzo i za razem zadziwiło mnie jeszcze bardziej w kontekście dwóch zdarzeń, jakie miałem parę dni temu na warszawskich ulicach, gdy przechodząc po pasach, na zielonym świetle, jakiś ARCYDEBIL za kierownicą przejechał mi prawie po stopach kołami swojego auta……….
   Na szczęście w tym roku jeszcze w planie tylko dwa lub trzy miasta do odwiedzenia: może znów będą jakieś ciekawe obserwacje lub ludzie. Ale na razie dni krótkie i pochmurne optymizmem nie napawają.
   Czekamy….

niedziela, 29 października 2017

Urlop



   Dobra to pora na wypoczynek? Zmiana czasu na zimowy, na dworze leje i lać będzie, dni krótkie i prawie depresja. Miało być wolne cięgiem od najbliższego poniedziałku, ale w pracy wypadło być w ten właśnie dzień, więc się trochę odroczyło. Koleżeństwo przyjęło mój urlopowy pomysł z wyrazami politowania na twarzach przy wtórze porozumiewawczych spojrzeń. Ale to wolny kraj i mogą sobie myśleć, co zechcą. Mam zamiar spędzić część z tych dziewięciu dni na działce szykując się już teraz do wiosny.
   Zaduma i wspomnienia, z powodu zbliżającego się święta zmarłych, wciskają się teraz do głowy bardziej niż zwykle. U mnie pewnie jeszcze mocniej, wszak nie upłynął jeszcze nawet rok od śmierci mamy. Przybywa wciąż grobów do opieki i zmarłych do wspominania. Mniej jest za to chętnych do porządkowania i dbania o miejsca wiecznego spoczynku bliskich, którzy od nas odeszli. Młodzi ludzie nie mogą jeszcze czuć tego, że kres nadejdzie – to jeszcze dla nich abstrakcja. Poza tym pradziadowie, których znają tylko z pożółkłych fotografii i coraz bardziej rozmytych ustnych przekazów są dla nich raczej wirtualni niż rzeczywiści. Moje dzieciństwo i młodość były wypełnione częstszymi niż przeciętnie wizytami na cmentarzu. A to za sprawą traumatycznych przeżyć mojej matki, która straciła swego ojca jeszcze przed wojną, będąc nastolatką i żyła z tymi trudnymi wspomnieniami w głowie aż do śmierci. Mam nadzieję, że tak jak bardzo marzyła, spotkała już swego tatusia i pozostałych bliskich jej zmarłych i że są teraz razem szczęśliwi.
   Starczy już tego nostalgicznego klimatu. Za oknem na razie leje i końca póki, co nie widać. Dosuszyłem już w domowym, kaloryferowym klimacie nasiona bobu, fasoli i słonecznika. Dosychają też pestki z tegorocznych dyń: hokkaido(red kuri), olbrzymiej i jeszcze jednej, której nazwy nie znam. Na balkonie jeszcze kilka innych czeka w kolejce na przerobienie na dyniową. Mam w tym dwie sztuki piżmowej, na którą chcę „postawić" w przyszłym roku. Inne oczywiście też będę siał, bo są także bardzo smaczne. Korzystam z tej ponurej aury za oknem i porządkuję torebki z nasionami, których nie wykorzystałem w tym roku a ich termin przydatności jeszcze do wiosny nie minie. Sporo tego jest i chyba będę się dzielił ze znajomymi lub rozdawał „rozsiewając" w ten sposób dobre geny tradycyjnych odmian.
   Jak mi się jakiś bezdeszczowy dzień zdarzy to postaram się dokończyć na działce nowe i "dobudować” wcześniejsze permakulturowe zagony pod przyszłoroczną działalność ogrodniczą.
(to koniec pisanej rankiem części tego wpisu – mimo przestawienia czasu mój zegar biologiczny zadziałał jeszcze dziś według poprzedniej, letniej wersji i wstałem "wcześniej" choć później)

   (ciąg dalszy dopisany wieczorem) 
   Pojechaliśmy, mimo pogody pod przysłowiowym psem na groby zmarłych ze strony żony. Wiało i lało po drodze na cmentarze, ale opady były, na szczęście z przerwami, więc udało się jakoś ogarnąć groby. Oczywiście byliśmy też na działce, na której z roślin uprawnych żyły jeszcze: dynie piżmowe, fasola Jaś i czerwone buraki. Tych pierwszych naliczyłem 9 sztuk i jak pojadę po pierwszym listopada to je zbiorę – są już prawie dojrzałe a przymrozków jak na razie jeszcze nie było i nie zapowiadają. Może to zasługa dużej ilości wody jak spadła w ostatnich tygodniach na ziemię. Jej nadmiar jest aż nadto widoczny na uprawianej przeze mnie łączce. Zebrałem jeszcze te kilka buraków ku uciesze żony, która zrobi z nich czerwony lub ukraiński barszcz.
   Po drodze powrotnej do domu szczęściem uniknęliśmy udziału w wypadku drogowym i byliśmy tylko jego świadkami. „Akcja znicz” i inne nie działają na wyobraźnię niektórych(niestety) a droga hamowania na mokrym dłuższa przecież jest. Wystarczy jechać wolniej i robić większe odstępy pomiędzy pojazdami by dać sobie i innym szansę.  Niby proste ale dla pewnej grupy kierujących niemożliwe do pojęcia.

czwartek, 19 października 2017

Prawie podróżnik



   Może ten blog powinien być o podróżach? W związku z wdrażaniem w firmie pewnego udoskonalenia pracy podróżuję w tym roku sporo po kraju. W tym tygodniu byłem w Toruniu i Gorzowie. Dużo przejechanych koleją kilometrów. Nie chciałem brać służbowego auta, bo tysiąc dwieście km w dwa dni to już dla mnie za duże wyzwanie. Z pociągu więcej można zobaczyć – a warto było. W Toruniu byłem wszystkiego cztery godziny z tego półtorej zajęło mi wyłożenie tematu. Ludzie bardziej pojętni albo ja już po nastym wystąpieniu udoskonaliłem metodykę przekazywania rzeczy. O trzynastej z minutami siedziałem już w pociągu do Gorzowa. Ale nie z bezpośrednim połączeniem, jak bym chciał tylko z przesiadkami. Po drodze przesiadki w Poznaniu i Krzyżu no i przejeżdżałem jeszcze przez inne mniejsze miejscowości zwykle po raz pierwszy w życiu. Tę trasę pokonywałem kolejami regionalnymi(przypatrywałem się pracy kierowników pociągów – odpowiedzialna i niełatwa). Dało mi to podróżowanie sporo obserwacji i mnóstwo wspaniałych lub refleksyjnych widoków naszego kraju.
   Zacznę od tych mniej fajnych wrażeń dla mnie z powodu poglądów, jakie mam na temat tzw. „rolniczego” wykorzystywania ziemi. Nie widziałem dotychczas tak wielkich obszarów monokultur(mazowieckie rolnictwo raczej rozdrobnione). Kilometry kwadratowe kukurydzy, pożółkłej(„dojrzewającej” w sposób przyspieszany poprzez chemiczne opryski), której przecież ludzie raczej niewiele zjedzą w formie mąki czy pieczywa. Te miliony ton zastaną przepuszczone przez przewody pokarmowe zwierząt hodowlanych a poprzez pozyskane z nich mięso, w stężonej formie przyjmiemy całą tę chemiczną i mineralną zawartość do naszych organizmów. Niewiele widziałem za to swobodnie pasącego się bydła a drób widywałem tylko w przydomowych małych stadkach. Cała reszta tych zwierząt a właściwie ogromna większość w imię wydajności i przyrostów dziennych zamknięta jest w budynkach nie ma prawa ujrzeć słońca i mego oka. To te, których nie widziałem spełniają unijne normy, hacapy i inne ISO i mają nam służyć w zaspokajaniu głodu. Nie wiem, dlaczego ale nie umiałem jakoś znaleźć pozytywnych wniosków z tego spostrzeżenia. Tę bardzo intensywną uprawę i hodowlę(wielkie i długie budynki) widać było szczególnie w Wielkopolsce.
   Bardziej na północ, w trakcie drogi z Torunia, mijałem jeszcze dużo obszarów leśnych i te widoki tchnęły we mnie otuchę i jakąś nadzieję na przyszłość. Spore kompleksy lasów, z niezbyt starym drzewostanem(wiadomo „gospodarka”), urozmaicone gatunkowo w zależności od terenu, w którym przyszło im wegetować. Na skraju tychże widywałem również mniejsze i większe stadka saren, bażanty i kuropatwy. W samym zaś Gorzowie idąc wieczorem do hotelu usłyszałem odgłosy stada dzikich gęsi przelatujących w górze, zakłócone niestety rykiem silników ścigających się na motocyklach i autach, jedną z głównych ulic miasta, pięciu idiotów (a już myślałem, że policja już wszędzie to „zjawisko” załatwiła, ale jak widać ten zachód jest jeszcze trochę dziki).
   Dwa razy było mi również dane podczas tych podróży jechać fragmentami wzdłuż doliny rzeki Noteć i dało mi to mnóstwo wspaniałych doznań. W wielu miejscach rzeka ta jest po jednej ze stron dzika i nie uregulowana a rozlewając się na dużych obszarach tworzy doskonałe środowisko dla wszelkiego rodzaju dzikiego ptactwa wodnego i zwierząt. Każdemu taką podróż polecam. To jest jeszcze naprawdę kawałek dzikiej polskiej przyrody. Wiem, wiem, mieszkańcy tych stron mają pewnie inne zdanie bo dla nich te cudowne krajobrazy to tylko życiowa uciążliwość.
   Ostatni etap podróży w Poznania zafundowałem sobie(w końcu firma płaci) pociągiem pendolino. Jechał momentami ponad sto sześćdziesiąt na godzinę. Tu znów za oknem pejzaże rolniczych monokultur. Podłączyłem sobie internet z telefonu do tabletu(większy ekran), bo to pociągowe wifi jeszcze słabe. Włączyłem gps-a i patrzyłem jak strzałka na ekranie tabletu zmieniającej się mojej pozycji żwawo przesuwała się przy tej prędkości nie nadążając z przerobieniem pobieranych danych. Ot technika i prędkość! Po powrocie do domu nie miałem nawet ochoty nic jeść tak byłem znużony. Jest jednak coś usypiającego w jeździe koleją.
Jeszcze tylko trzy podróże i już zakończę cykl szkoleń. Czy te pozostałe będą równie ciekawe?

środa, 11 października 2017

Trauma… z PKP czyli tylko nie miejsce 27



   W podróży służbowej byłem w tym tygodniu, w jednym z wojewódzkich miast. Niby cóż takiego można napisać o trzygodzinnej jeździe pociągiem. Wyruszyłem przed szóstą i po zajęciu miejsca(nr 27 – to może mieć znaczenie w podróżowaniu w przyszłości) w nowoczesnym(ale jeszcze nie pendolino) wagonie pociągu intercity, podzielonym na część osobową i barową. Moje miejsce skierowane było w kierunku przejścia do baru z centralnym widokiem na WC niedaleko wejścia do wagonu bez wewnętrznych drzwi przedziału. Pociąg ruszył i już właściwie na pierwszym zakręcie półokrągłe drzwi od przybytku otworzyły się całkowicie odsłaniając kompletne wyposażenie tegoż z nowoczesną, jak sam wagon, miską klozetową w centrum. Pomyślałem, że to przypadek i by nie nadwyrężać mego poczucia estetyki i nosa, wstałem i domknąłem te drzwi. Wystarczyło tylko do pierwszego zakrętu w prawo. Potem jeszcze parę razy domykała te drzwi załoga pociągu(nawet bez proszenia). Moja ponad trzygodzinna podróż (o opóźnieniu pociągu nikt nie powiedział ani słowa, mimo, że stacja następna i docelowa była anonsowana po każdym zatrzymaniu również w języku angielskim) odbyła się. Niby kultura itd. a drzwi od KIBLI!! w wagonach PKP nie domykają się jak dawniej. Wkurza mnie to, że w epoce, gdy od dziesiątek już lat ludzie latają w kosmos inżynierowie nie potrafią nadal wymyślić patentu na zamykanie drzwi od wagonowych toalet.
   Delegacja udana i jej cel osiągnięty tylko, po co mi przez ponad trzy godziny podróżowania na przemian zapach jajecznicy i kibla. W końcu zapłaciłem normalną cenę bez promocji to chyba mam prawo wymagać czegoś przyzwoitego. A tak pozostał tylko niesmak w głowie - na szczęście bez smrodu na odzieży.
prawie kosmiczny widok, nieprawdaż?