Witam!

To jest o moich osobistych rozważaniach, obserwacjach, doświadczeniach, myślach: o sprawach bieżących i bardziej uniwersalnych, ponadczasowych. Z niewielką ilością zdjęć i obrazów, raczej słowa. To co tu napiszę będzie pewnie jakąś wypadkową doznań mego dotychczasowego życia.

niedziela, 9 września 2018

Jabłkowo, ziemniakowo, trochę jakby już jesiennie

   Tydzień w pracy zleciał bardzo szybko. Dużo roboty. Nowe pomysły ulepszenia działania(wprowadzamy nowy system) na razie raczej utrudniają pracę, więc mieliśmy parogodzinne spotkanie co należy zrobić by było lepiej. Mam nadzieję, że informatycy dadzą radę spełnić nasze postulaty. Wyjechałem też na jeden dzień do Poznania by ogarnąć bieżące tematy(ludzie wciąż jeszcze słabo ogarniają obecny system!!). 
   Moje dziewczyny(żona z córką) pojechały w sobotę do Częstochowy a ja na działkę. Postanowiłem "wykopać"(cudzysłów jest tu jak najbardziej uzasadniony ze względu na sposób uprawy, który tej czynności nie wymaga) ziemniaki i zebrać jabłka, których w tym roku jest nadzwyczajna obfitość. Po przyjeździe, około dziesiątej rano zastałem w domu tylko teściową śpiącą jak suseł(trochę zazdroszczę ludziom tej umiejętności) a po otwartej furtce na pole domyśliłem się, że szwagierka jest w lesie na grzybach. Wziąłem się za ziemniaki bo pogoda zapowiadała nadejście deszczu. Zebrałem taczkę lecz musiałem przerwać to zbieranie bo szwagierka wróciła w wiaderkiem grzybów(ta to zawsze nazbiera!) i pojechaliśmy do miasta ogarnąć parę spraw. Między innymi uszkodzoną sztuczną szczękę teściowej. Jakkolwiek temat sztucznych szczęk zabawny jest dla osób posługujących się własnym zestawem uzębienia, to dla takiego delikwenta jest mocno uciążliwy, stresujący i ograniczający podstawowe funkcje życiowe. Jakby nie patrzył trzy godziny wyjęte z działkowej aktywności(ale jak nie chce się być zięciem "Ferdkiem kanalią" to inaczej nie można). Po powrocie wznowiłem czynność zbierania ziemniaków ale tylko na kwadrans bo zaczęło lać(takie życie). W czasie deszczu siostrzeniec żony przywiózł mi przyczepkę skoszonego ze swojej działki wszelkiego zielska i trawy, bo też już wie, że wujeczek(znaczy ja) z roślinnych resztek buduje swoje dziwne zagony. Powiedziałem mu, żeby może sam zrobił sobie z tego kompost ale on wraz ze swoją dziewczyną zamierza na tej działce się budować i oczyszcza teren z chwastów. Ma jeszcze trochę tego dostarczyć więc mi w to graj. Po deszczu zebrałem jabłka i cukinię. Zapakowałem w worki ziemniaki(na szczęście suche). Zerknąłem jeszcze tylko na orzechy włoskie, których zielone skorupy już pękają co jest potwierdzeniem, że i one dojrzały w tym roku wcześniej. Wyjazd po 19-ej i po drodze jeszcze chwila u córki z zięciem i wnusią by zostawić kartofle w piwnicy. 
Powrót z działki wygląda teraz tak:
bagażnik zawiera dwa woreczki ziemniaków i kosz koszteli,
za siedzeniem jaja(100 sztuk, większość do sprzedaży wśród znajomych). Sposób ułożenia na czas transportu sprawdzony od lat. Przed przednim siedzeniem pasażera również koszyk jabłek.
   W czwartek, aż do niedzieli, nasz jesienny koleżeński wyjazd "na ryby" - już się nie mogę doczekać. Z wyżywienia planujemy leczo, dyniową z grzankami i grzybową(pewnie po deszczach również na Warmii pojawić się powinny). Będzie nas tym razem mniej bo się ludziskom pozmieniało trochę w życiu. Ech...

czwartek, 30 sierpnia 2018

Czerwono, paprykowo i wciąż letnio

Choć wieczorami oddycha się już lekko to w dzień bywa jeszcze wciąż bardziej niż ciepło.
Dojrzewanie.....


... taka mała balkonowa radość.

niedziela, 19 sierpnia 2018

Dwa miesiące i tydzień…



… nie napisałem tu ani słowa. Bo choć przecież żyję prozą codzienności nie było się jak zebrać. Praca dom i tak w koło z chwilami zachwytów nad wnusią, która co dzień niemalże pokazuje nam swoje postępy w rozwoju. Ledwo znajdowałem czas by zaglądać na chwile do znajomych blogów.
   Odbyłem już tygodniowy urlop na mazurskiej działce kolegi, do którego jeździmy na nasze spotkania koleżeńskie pod nazwą „ryby”(znalazł dla nas okienko - szlachetny z niego gość). Ku uciesze i szczęściu żony, której to miejsce także bardzo się spodobało. Tydzień ciszy i spokoju z widokiem na jezioro, w zupełnym nieróbstwie minął błyskawicznie i był dla nas, dwojga ludzi z ponad trzydziestoletnim małżeńskim stażem, jak balsam po kilku latach bez porządnego urlopu. Nawet trzy burze i ulewy, jakich tam doświadczyliśmy nie były w stanie zmienić ani na jotę tego nastroju.
   Z dwóch wyjazdów służbowych do Elbląga i Torunia ten pierwszy odbyłem także w towarzystwie żony. Pełne dwa dni(akurat były to sobota i niedziela) starczyły by wyskoczyć dwukrotnie na parę godzin do Sztutowa i nacieszyć się widokiem pustych jeszcze bałtyckich plaż i poczuć morski wiatr we włosach(tylko ci, co je mają). Dla osób a problemami z tarczycą takie chwile to prawdziwe błogosławieństwo. W prawie całej Polsce padało w tych dniach a nam świeciło słońce zza chmur – jednym słowem cudo!
   Było tych weekendów poza działką jeszcze parę, co widać zaraz było po stanie grządek. Każdą jednak możliwą sobotę starałem się tam spędzać i ratować przed brakiem wody rośliny, które w tym roku posiałem lub posadziłem. Upały tegoroczne, mam nadzieję, już wydają swe ostatnie podrygi(podobno w przyszłym, tygodniu ma jeszcze dojść do trzydziestu stopni). Dni są coraz już krótsze, więc i słońce ma mniej godzin do podgrzewania.
   A rośliny i zwierzęta jakoś sobie przy ludzkiej pomocy poradziły. Balkonowa papryka(ograniczona ilościowo w tym roku bardzo by nie drażnić żony) już zaczyna się wybarwiać mimo, że siana była przecież trzy tygodnie później niż zalecają. Reszta na działce też już ma owoce, chociaż widać, że nie miały zawsze dostatku wilgoci. Poniżej parę fotek:

 Balkonowe papryki chilli i ramiro. Ta druga na jednej z trzech roślin ma nietypowe dla tej odmiany owoce.



Dyniowate szaleją w tym roku jeśli tylko maja dość wody. Na ostatnim zdjęciu efekty łatwości krzyżowania wśród tego gatunku: osobnik w kształcie hokkaido lecz całkiem zielony(może będę twórcą nowej odmiany?!). Zobaczę jaka będzie w środku.

Kosztela(pierwsza) ze złamana gałęzią a ta druga późna odmiana po "Empajerach" moja ulubiona.

 Fasola jaś z dwóch miejsc; zacząłem już zbiór suchych strąków. Będę powtarzał tę czynność regularnie.


 Jarmuż i kapusta ochronione przed bielinkami poprzez współrzędną uprawę pomidorów i selerów. Sprawdziłem, rzeczywiście to działa. Inne rośliny jarmużu zostały objedzone przez gąsienice tego motyla.
 Ekspansja dyń; maja wielometrowe przyrosty.

 Grządki z ziemniakami jeszcze wciąż zielone. Już zbieram bulwy ale z pełnym zbiorem czekam aż zaschną.
Na koniec owoce winogron. Krzew był bardzo mocno przycięty w związku z moimi próbami wiosennymi rozmnożenia go, może dlatego tak obficie owocuje. Owoce są duże, słodkie i soczyste.
Mam nadzieję, że następny wpis uda mi się zrobić szybciej niż powyższy.



niedziela, 10 czerwca 2018

Cztery przedłużane weekendy pod rząd



   Tak mi jakoś wyszło, że cztery majowo-czerwcowe weekendy pod rząd wydłużałem dokładając dzień lub dwa z zaległego urlopu. Nie „wybyczyłem” się podczas nich raczej, bo nie jest teraz czas na odpoczynek, wiadomo - wiosna. No może z wyjątkiem jednego, naszego majowego, „wędkarskiego” spotkania na działce kolegi pod Olsztynem. Poza tym podlewanie, pielenie, koszenie. Trafiłem tez przez dwa tygodnie na „święto lasu”, czyli coroczne pozyskiwanie drewna na opał z naszych leśnych działek. Poleciało trochę wybujałych brzózek i innych drobniejszych drzew. Pozostawialiśmy dęby, bo choć rosną wolno to są chyba jednak królami drzew naszego klimatu.
   Ponieważ spora była tez moja przerwa w pisaniu to ograniczę się do pokazania zdjęć z krótkimi komentarzami:


Ziemniaki na dwóch zagonach, słoneczniki samosiejki i parę ogórków od południowej strony. Na pierwszym zdjęciu młode olszaki pozbawione zacieniających grządkę bocznych gałęzi.
Warzywny miszmasz: jarmuż, pomidory, kapusta czerwona i biała, chilli, pory i selery. Pomidory i selery mają zniechęcać motyle bielinka do składania jaj na kapustnych ale pożytek jakiś i z nich może będzie. A wszystko to na niewielkiej przestrzeni. Prawym górnym rogu wał a ogórkami.

Dynie i cukinie pewnie wyglądać mogłyby lepiej gdyby były regularnie nawadniane(niestety mogę to robić tylko raz w tygodniu) ale brak wystarczających opadów to chyba cecha tegorocznej wiosny.


Dwie siostry: fasola i dynia i trzy siostry: ogórek, fasola i kukurydza, na trzecim dojrzewający czosnek i wszędobylski koper.
 Czerwony agrest, uratowany z kurzego wybiegu gdzie był przez lata skrzętnie obdziobywany, odbija i rozrasta się świetnie w nowym miejscu.
 Co to? Czarna porzeczka. A dlaczego jest czerwona? Bo jest jeszcze zielona......
Gruszki też nie na wierzbie.


Na pierwszym leszczyna własnej produkcji, ma już owoce. Poniżej orzeszek włoski. Najniżej włoska, orzechowa piątka(w centrum zdjęcia), czy jest równie rzadka jak czterolistna koniczyna?



Na koniec trochę naturalnej dzikości: pięciometrowy dębczak, który rozmyślnie ogołociłem z bocznych rozgałęzień by wytworzyć długi pień. Może nasza wnuczka, jak będzie w moim wieku cieszyć się nim będzie wspominając dziadka. Niżej moja ulubiona sosna, mocno rozgałęziona z grubym pniem u podstawy. Ona rozwija się i rośnie a ja się starzeję. Najniżej dwa modrzewie, których w tym roku nie namierzyły i nie obgryzły sarny. Może coś z nich w końcu wyrośnie.
   Wczoraj też oczywiście byłem, podlewałem(40 konewek) i pieliłem. Dokończyłem rozłupywanie pieńków drewna opałowego nową, specjalistyczną siekierą znanej firmy, która pewnie mnie przeżyje. Tydzień wcześniej połamałem drewniane trzonki dwóch leciwych  używanych dotychczas. Dokończyłem też koszenie pierwszej trawy a już można znów zaczynać w drugim końcu. Podjadałem trochę młode listki jarmużu i zerwane kwiatowe pędy czosnku(mniej intensywne w smaku za to w zapachu już nie). Przywiozłem pęczek ładnych buraczków na botwinkę. Młode kury z drugiej transzy też już zaczynają się nieść więc dziś na śniadanie była w rodzinie jajecznica z jedenastu małych jajeczek.
   Narobiony, spocony i brudny przysiadłem na moment na wybiegu dla kur dochodząc do wniosku że:
PIĘKNIE JEST!!!





sobota, 12 maja 2018

Koszenie, pielenie i podlewanie….



…. i gnaty mnie bolą głównie za sprawą tej pierwszej czynności. Byłem dziś na wsi, "pekaesem", bo auto nie przeszło przeglądu: wyciek z silnika i pęknięta osłona przegubu; w piątek w południe takie rzeczy nie do zrobienia od ręki w całym mieście. Stąd pekaes. Nie ma jednak tego złego. Przypomniałem sobie „młode lata”, kiedy to człowiek z dzieciakami tłukł się komunikacją zbiorową i dawał radę, więc i dziś też dałem. Plecak i naprzód. O siódmej trzydzieści jechałem już na wieś prywatną linią (pekaesom się nie opłacała ta trasa a prywatnym owszem i autobusów więcej i poziom też już teraz chyba lepszy), po dotarciu wstąpiłem do miejscowego sklepiku po wodę – 2 butle, bo zapowiadał się upał i jak się okazało obie poszły. Jak nie popada w przyszłym tygodniu to zacznie się robić nie dobrze. Niby wszystko powschodziło i rośnie, ale jakaś wyjątkowa jest tegoroczna wiosna ze swą gwałtownością i gorącem.
   Obejrzałem w krótkich przerwach pomiędzy tytułowymi czynnościami jabłonki i nie kracząc - urodzaj powinien być. Sporo zawiązków. Orzechy włoskie też powinny obrodzić. Śliwy: dwie węgierki zwykłe i ulena do wycięcia – uschły. Szkoda, ale winą obarczam ubiegłe mokre lato, kiedy stały w wodzie. Mówi się trudno: będzie za to więcej światła dla dwóch antonówek. Obie grusze też mają sporo owocków – może nic im nie przeszkodzi. Czosnek, zdziczały, zeszłoroczny, nie wykopany dokładnie, pielony regularnie rośnie ładnie kępkami. Jarmuż toskański(tym razem) ładnie powschodził i być może zastąpi planowaną kapustę, której sadzonki jakieś rachityczne są. Ogórki na obu grządkach powschodziły też fajnie i osłaniająca je kukurydza także. Na razie nie widać wschodów dyń może mają za sucho; podlałem je dziś obficie. Fasola Jaś pewnie z tego samego powodu też na razie niewidoczna. Bób, cebula z dymki, marchew i buraczki za to wzorowo. Też po pieleniu otrzymały swoją porcję wody. Mam też kilka szalotek od mamy koleżanki(również działkowca) i rosną ładnie wytwarzając nowe cebulki. Martwi mnie trochę stan ziemniaków – wzeszły dotychczas może ze trzy rośliny – chyba też i tu brak wilgoci jest powodem. Spoglądałem z okien autobusu(z tej wysokości widać dużo więcej niż z samochodu a może dlatego, że nie prowadziłem to mogłem się gapić do woli) na ziemniaczane zagony i widoczne już były wschody. Pocieszam się na razie, że może tamci posadzili wcześniej. Kwitną także akacje - bardzo obficie i także o wiele wcześniej.
   I tyle mego dzisiejszego działania. Rozkład jazdy autobusów skrócił mój pobyt znacznie od tego zazwyczaj, ale pocieszyłem się za to odrobinę pierwszym jajkiem od młodej kurki – teraz będzie ich już tylko więcej i większych, bo kurki w różnym wieku będą się kolejno dołączać do produkcji. A podczas podglądania roślinek podjadałem młodziutki koperek, którego znów wszędzie pełno. Pyszny!
   Kosiłem kosą bo trawsko ogromne, wodę do podlewania nosiłem kilkadziesiąt metrów a pieliłem ręcznie. Jutro pewnie trochę poboli, ale w tym wieku to już niestety normalne. Tylko czemu  przyszło to tak jakoś nagle? Przecież jeszcze pięć lat temu mój organizm był znacznie sprawniejszym mechanizmem.
Wypiję sobie na wieczór ze dwa kielonki pigwówki. Może znieczuli…

wtorek, 1 maja 2018

Najdłuższy weekend od lat czyli dwa w jednym



   Trochę pomedytowałem, co zrobić z pierwszym tygodniem maja, który zawiera aż dwa wolne od pracy dni. Poprzedzielane, co prawda tymi „pracującymi”, jednak aż kusiły, aby wziąć trzy dni urlopu i zafundować sobie 9 wolnych pod rząd. Przyznam, że pewnie gdzieś od pięciu już lat nie miałem aż tak długiego wolnego ze względu na osobiste życiowe sprawy. Ponieważ to już prawie maj a ja wykorzystałem dopiero 1 dzień urlopu i to zaległy to wypisałem wniosek na te trzy dni i zaraz kolejny, także trzydniowy, na moje majowe ryby z kolegami. I oto stanąłem przed dylematem „zagospodarowania” tych 9 cięgiem dni. Ponieważ ostatni z nich to chrzciny małej wnusi to pozostało jeszcze ze sześć, bo pewnie jakiś jeden czy dwa poświęcę na pomoc w przygotowaniach(trzeba być przecież dobrym dziadkiem!).
    O trzech pierwszych mogę już wszystko opowiedzieć. W sobotę z rana(kiedy jeszcze wszyscy w domu smacznie spali) wyskoczyłem do piekarni i mięsnego ogarnąć niezbędne zakupy oraz chleb z żurawiną dla teściowej. Potem w auto i wyjazd na targ po jeszcze cztery kury do planowanej dwudziestki. Trafiłem nieco młodsze(jakieś szesnaście tygodni), od tego samego hodowcy, co brałem poprzednie. A że były tańsze to kupiłem sześć. I tak oto w zagrodzie biega wraz ze starymi prawie trzydziestka. Stare(7 sztuk) znoszą 4 jaja w trzy dni – bez komentarza. Co prawda niedzielna jajecznica smakowała wybornie na skwarkach z podgardla, które zakupiłem na targu na stanowcze żądanie teściowej ale dotąd mam jeszcze wyrzuty sumienia, że dostarczyłem w ten sposób trzy słoiki po dżemie zwierzęcego tłuszczu osobie będącej już w wieku gdzie takich rzeczy w diecie należy zdecydowanie unikać.
   Zacząłem „zabawę” w sobotę po wypakowaniu sześciu nowych na wybieg. Zawsze wtedy muszę się trochę pogapić się na zachowanie reszty stada, które zazwyczaj podporządkowuje sobie „nowe”. Miał być w tej transzy jeszcze kupiony kogut ale za długo chyba spałem bo już się wszystkie sprzedały(może innym razem).  Były za to wśród tej szóstki 2 czarne kurki, które teściowa określiła jako „wroniaki”(i może i coś być na rzeczy bo reszta stada rzeczywiście przyjęła je jakoś szczególnie wrogo). Oprócz obserwacji kur nie mogłem nie zauważyć jabłoni, które oblepione były wprost kwiatami. Nie myślałem, że będzie ich aż tak dużo, kiedy na przedwiośniu próbowałem oszacować ich ilość po obserwacji pąków. Śliwy i grusze już po kwitnieniu. Ilość pszczół, jaka uwijała się przy kwitnących drzewkach też napawa optymizmem na przyszły urodzaj. Orzechy włoskie, chociaż jeszcze nie pylą, też już rozwijają męskie kwiatostany, co również daje nadzieję na (po ubiegłorocznych stratach przymrozkowych) dobry urodzaj. Bób, marchew i buraki ładnie już powschodziły. Wypieliłem je by dać im szansę w wyścigu w chwastami. Odtworzyłem jedną grządkę i posiałem tam ogórki(trochę wcześnie, ale rokowania pogodowe są dobre a tegoroczna wiosna o parę dni wcześniejsza) wiec ryzyko wydaje się być uzasadnione. Jak coś nie wyjdzie to poprawka po piętnastym.
   W niedzielę było spokojniej: więcej przełaziłem i oglądałem niż dokonałem a wieczorna burza zakończyła dzionek. Za to poniedziałek chyba nieźle odczuję w gnatach. Odzyskałem(skopałem) kawałek o wymiarach półtora na pięć metrów, tworząc zagonek, gdzie znajdą się sadzonki czerwonej i białej kapusty. Kłącza perzu, pokrzywy i innych roślin były nadzwyczajnie długie i liczebne. Kopałem widłami amerykańskimi, biorąc nieduże skiby ale i tak uszarpałem się zdrowo(pewnie sił mniej już). Wysiałem nagietki, aksamitki i nasturcje – wszystkie podobno pożyteczne w ogrodzie w walce ze szkodliwymi owadami. Zobaczymy. Wysiałem też kukurydzę cukrową od północnej strony ogórkowych grządek z nadzieją, że też się uda. Pozbierałem z wybiegu dla kur trzy taczki połamanych na pół już spróchniałych patyków różnej grubości i po ich połamaniu na drobne, rozsypałem z myślą o stworzeniu kolejnej grządki. Przesiałem także trzy taczki kompostu, który wykorzystam w dalszych tegorocznych działaniach. Na koniec pod jednym z orzechów włoskich znalazłem roczną siewkę, którą delikatnie wykopałem i przesadziłem w miejsce docelowe. Jak się uda to miałbym kiedyś cztery drzewa tego gatunku(wnuczka się ucieszy bo jak te najmniejsze zaczną owocować mogę już mieć problem z ich jedzeniem – no chyba że blender pomoże). Zapakowałem jeszcze kilka korzeni chrzanu, na które natrafiłem podczas kopania i powrót do domu ostatniego dnia kwietnia, na pierwszego maja(kiedyś ludzie na wsiach sadzili tego dnia ziemniaki by czasem zamanifestować niechęć do obchodzenia święta pracy). Moje pyry czują się dobrze i mają już kilkucentymetrowe kiełki(może w tym roku „se pojem kartoflów”). Trzydzieści stopni dziś było – to raczej niezwykłe na ten czas.

niedziela, 22 kwietnia 2018

Dzień Ziemi



   Otworzyłem dziś net i przeglądarka przypomniała mi, że jak co roku nadszedł ten dzień. Oczywiście kliknąłem, obejrzałem i wysłuchałem. Oczywistych oczywistości nie zamierzam tu cytować. Ale jeden nasuwa mi się tylko wniosek: mimo narastającej świadomości, że nasza planeta należy do nas wszystkich, wciąż ktoś goniąc za władzą i zyskiem demoluje tę niezwykle czułą strukturę tworząc i inwestując bez opamiętania oraz oglądania się na przyszłe skutki swej działalności. Tyle tytułem wstępu.
   A zaraz przyszło takie oto skojarzenie:
Kury młode kupiłem w poprzednią sobotę na targu a wczoraj dokupiłem jeszcze 10 do kompletu. Trochę na raty, bo albo brak wystarczającej gotówki albo zajęty bagażnik samochodu innymi rzeczami ograniczały jednorazową formę transakcji. Aby dojechać na targ muszę zjechać z wspaniałej ekspresowej drogi na te, które z głównych w przeszłości stały się teraz lokalnymi. I jak to ze zjazdami i objazdami bywa jedzie człowiek przez tereny, których nie widywał od lat. A tu niespodzianka: w polach, przy lasach powstały prawdziwe fabryki. Nazw zagranicznych firm odczytanych z szyldów wymieniał nie będę, ale wielkość przedsiębiorstw imponuje. Oczywiście odbywa się to na polskiej ziemi i być może poprzedni właściciel jest już teraz milionerem a okoliczni mieszkańcy znajdą pracę. Można powiedzieć wszyscy zadowoleni. Na razie tak. W miastach ceny ziemi są już tak horrendalnie wysokie, że nawet renomowane koncerny wymiękają więc budują takie biznesy w pobliżu dobrych dróg gdzie kawał ziemi jest dużo tańszy. Polak wykona swą pracę taniej jak pracownik z zachodu(a jak już będzie za drogi to jest przecież jeszcze Azja) a środowisko pewnie czas jakiś jeszcze wytrzyma, bo przecież te fabryki wieczne nie będą.
   A na działce podczas sobotnich pobytów wiele nie dokonałem. Wydobyłem trochę gliny z dołka na łące, lepiąc kulę, którą pozostawiłem do wyschnięcia. Popatrzyłem na rozkwit owocowych drzew, wschodzący bób, słoneczniki, marchew i buraki. Podziwiałem rosnący w oczach szczypior dymki oraz uwijające się zapylające owady na porzeczkach i agreście. Sporo też czasu spędziłem na obserwacji stadka kur i ich zachowań wobec nowo przybyłych a zwłaszcza ustalania hierarchii w dostępie do żarcia (Orwell i Zwierzęcy folwark zaraz mi się skojarzył).
Ludzie zachowują wobec naszej Ziemi całkiem jak te kury.