Witam!

To jest o moich osobistych rozważaniach, obserwacjach, doświadczeniach, myślach o sprawach bieżących i bardziej uniwersalnych, ponadczasowych. Bez zdjęć i obrazów, tylko słowa.

środa, 11 października 2017

Trauma… z PKP czyli tylko nie miejsce 27



   W podróży służbowej byłem w tym tygodniu, w jednym z wojewódzkich miast. Niby cóż takiego można napisać o trzygodzinnej jeździe pociągiem. Wyruszyłem przed szóstą i po zajęciu miejsca(nr 27 – to może mieć znaczenie w podróżowaniu w przyszłości) w nowoczesnym(ale jeszcze nie pendolino) wagonie pociągu intercity, podzielonym na część osobową i barową. Moje miejsce skierowane było w kierunku przejścia do baru z centralnym widokiem na WC niedaleko wejścia do wagonu bez wewnętrznych drzwi przedziału. Pociąg ruszył i już właściwie na pierwszym zakręcie półokrągłe drzwi od przybytku otworzyły się całkowicie odsłaniając kompletne wyposażenie tegoż z nowoczesną, jak sam wagon, miską klozetową w centrum. Pomyślałem, że to przypadek i by nie nadwyrężać mego poczucia estetyki i nosa, wstałem i domknąłem te drzwi. Wystarczyło tylko do pierwszego zakrętu w prawo. Potem jeszcze parę razy domykała te drzwi załoga pociągu(nawet bez proszenia). Moja ponad trzygodzinna podróż (o opóźnieniu pociągu nikt nie powiedział ani słowa, mimo, że stacja następna i docelowa była anonsowana po każdym zatrzymaniu również w języku angielskim) odbyła się. Niby kultura itd. a drzwi od KIBLI!! w wagonach PKP nie domykają się jak dawniej. Wkurza mnie to, że w epoce, gdy od dziesiątek już lat ludzie latają w kosmos inżynierowie nie potrafią nadal wymyślić patentu na zamykanie drzwi od wagonowych toalet.
   Delegacja udana i jej cel osiągnięty tylko, po co mi przez ponad trzy godziny podróżowania na przemian zapach jajecznicy i kibla. W końcu zapłaciłem normalną cenę bez promocji to chyba mam prawo wymagać czegoś przyzwoitego. A tak pozostał tylko niesmak w głowie - na szczęście bez smrodu na odzieży.
prawie kosmiczny widok, nieprawdaż?

niedziela, 8 października 2017

Planowanie



   Miało nie padać w sobotę, więc wskoczyłem z rana w samochód i na wieś. Planowałem dokończyć koszenie trawy na łące i dołożyć to co skoszę na dwie grządki. Zajechałem, przywitałem się teściową a ona:
- Nie ma mi kto zwieźć drzewa do komórki, leży już pocięte i porąbane kilka tygodni na podwórku przykryte lub odkrywane w słoneczne dni płachtą folii.
Chwila namysłu a właściwie bez namysłu przebrałem się w działkowe ciuchy i naprzód. Nie wiem ile taczek wyszło tego w sumie, ale z sześć godzin pojeździłem w tę i na zad. Nie próbowałem „rwać” roboty, bo wiem, że to już nie ten czas. Pracowałem „langsam aber sicher”(lubię to niemieckie określenie sposobu pracy dużo bardziej niż wschodnie "stachanowanie" - może dlatego, że lepiej pasuje w moim wieku ?) i udało się skończyć. Nie wiem czy wykonałem rzeczywiście jakąś nadzwyczajną robotę, ale wyszło tego ze trzy rzędy szczap długości 4 metry i wysokości z metr osiemdziesiąt równo poukładanego drewna. Przyznaję, lekko nie było, bo drzewo mokre jeszcze, więc i kopiaste taczki ściśle ułożonego też swoje ważyły. Po skończonej robocie zrobiło się jakoś około piątej i energii wystarczyło mi już tylko na zebranie dyń(słaby plon ze względu na chłodne lato, ale mam wreszcie dwie piżmowe – pierwszy raz w życiu!). Teściowej brakło słów podziękowań za to dobro, które właśnie wykonałem i nie wiedząc już, jakich jeszcze użyć pożyczyła mi wszelkich boskich nagród i łask. Odpowiadając, żartowałem sobie:
- Już ty babciu Pana Boga do tego nie mieszaj, bo jak mu się coś pomyli to jeszcze mi zamiast nagrody, jakiego życiowego kopniaka wymierzy. Nawet jak nie powiesz „dziękuję” to też się nic nie stanie, w końcu jakiś obowiązek wobec ciebie mamy.
    I tak to z moich planów koszenia łąki wyszły nici. Niby nic nowego, przecież i tak już nie raz rzeczywistość niweczyła różne życiowe plany. Zupełnie jak w kawale o facecie, co planował puścić bąka a się zesr…..
   Kręgosłup lędźwiowy dziś oczywiście boli. A jakże! Ale satysfakcja, że mimo latek znów się udało potrząsnąć robotą, jest. Pomyślałem też o wnukach teściowej: trzech młodych zdrowych chłopaków – mogliby się do babci odezwać, zapytać. Ale to chyba tak już jest, że w pewnym wieku ma się w głowie inne sprawy - może trzeba czasu by zrozumieli a może się tego nie doczekam.... 
Najważniesze, że dałem radę i już.

niedziela, 1 października 2017

Słoneczna sobota



  Jeszcze w piątek wieczorem nie wiedziałem, że się wybiorę na wieś. Ale słoneczny poranek zadecydował za mnie. Przy takiej suchej i ciepłej pogodzie da się sporo zrobić i przy pełnej aprobacie mojego zamiaru ze strony reszty rodziny, która planowała bardziej dokładne sprzątanie mieszkania(po co im się mam pałętać po chałupie) odpaliłem na „rancho”. Po drodze zabrałem jeszcze sporą reklamówkę resztek suchego chleba od córki dla zwierzaków. Po przyjeździe na działkę przywiozłem teściowej od razu butlę z gazem na wymianę i trafiłem na dostawę węgla, więc było też trochę czarnej roboty(przeniesienie w wiaderkach do komórki). Ponoć zapowiadają mroźną zimę. Koniec świata tez miał być niedawno, jakoś we wrześniu tego roku, więc może i zapowiedzi mroźnej zimy też się nie spełnią.
   Po tych czynnościach obowiązkowych(nie wypadało nie pomóc dwóm razem mieszkającym samotnym kobietom) mogłem wreszcie oddać się tym moim zajęciom ulubionym - działkowym. Złapałem grabie i kosę(dobrze, że ją niedawno wyklepałem) i na łączkę. Po ostatnich opadach woda już nie stoi oprócz dołka gdzie odkrywkowo latem szukałem gliny(przyczyny nieprzepuszczalności tego terenu). Zagrabiłem kilka kupek przemoczonej, skoszonej wcześniej, trawy i przeniosłem na zagonki by je dościółkować i podwyższyć jeszcze bardziej. Jak opadną liście z drzew to dodam je jako kolejną warstwę. Skosiłem jeszcze gdzie i ile się dało bujnej, zielonej i poprzerastanej trawy i w takiej formie dorzuciłem ją także na sam wierzch. Na razie wysokość zagonów wygląda imponująco, ale wiem, że po opadach i w procesie rozkładu bardzo się ta masa skurczy i obniży.
   Pozbierałem obie fasole tyczne: Jasia i tę drugą szparagową o drobniejszych, ale również jadalnych nasionach. Z Jasia oberwałem już wszystkie strąki nawet te zielone. Te pożółkłe i suche dosuszę i przeznaczę na drugi rok na siew. Z zielonych wyłuskałem nasiona (ogromne!) i właśnie teraz po zaledwie dwudziestu minutach gotowania w lekko osolonej wodzie pachną i są gotowe do jedzenia. Mają być użyte do sałatki, ale to dopiero po południu, więc nie wiem czy doczekają(zniewalający jest ten zapach). Fasoli numer dwa jest wielokrotnie więcej(plenna jak króliki). Dosuszam ją rozłożoną cienką warstwą. Mam jej już sporo nasion (pewnie ze trzy kilo) a po wyłuskaniu tej, co jeszcze schnie będzie jeszcze więcej. Zebrałem czerwone buraki i zaraz nastawie trochę z nich na ukiszenie na czerwony barszcz. Chętnie zjemy taką zupę, bo dawno jej nie było. A tak w ogóle to październik chcemy przeżyć głównie na zupach, bo ostatnio królowały w naszym jadłospisie wyłącznie drugie dania. Efekt jest taki, że sporo kilogramów nam wszystkim przybyło i czas położyć temu kres. Nawet żona zgodziła się by warzywna kapuścianka stanowiła połowę ich wszystkich w tym czasie. Pożyjemy zobaczymy. Dyń jeszcze nie zebrałem, może jeszcze ten tydzień będzie bez przymrozków.
   Szwagierka(niezmordowana w swej pasji) poszła do lasu i za półtorej godziny wróciła z wiaderkiem prawdziwków, koźlarzy i podgrzybków, lecz po krótkich konsultacjach grzybki poszły na nitkę do ususzenia(ochwat czy co?). Znalazła już też kilka gąsek. Czy tegoroczne szaleństwo grzybowe się skończy?
   Przed szóstą spakowałem się i wyjechałem do domu podziwiając po drodze cudowny zachód słońca. Było ogromne a jego koloru nie da się opisać. Nawet miałem zrobić fotkę, ale za dwie minuty już go nie było widać, więc pozostaną tylko wrażenia. Jeśli już o odczuciach mowa, to bark mnie w nocy bardzo bolał – pewnie od machania kosą(codzienne ośmiogodzinne siedzenie za biurkiem stanowczo nie poprawia kultury fizycznej mieszczucha).

niedziela, 24 września 2017

Wrzesień



Wrzesień się prawie kończy a ja nic nie napisałem. Więc rzutem na taśmę słów kilka o tym co było w nim:
   Już po wakacjach, co widać najlepiej po większej ilości pojazdów na ulicach i ludzi w autobusach miejskich. Pogoda wrześniowa nie rozpieszcza słonecznymi dniami. Jak większość rodaków również uległem szaleństwu grzybobrania. W sumie już chyba z sześć razy byłem w lesie. Raz, nawet całkiem niechcący, przy okazji podwiezienia szwagierki na wizytę do szpitala w Wyszkowie(czas oczekiwania mierzony w godzinach, mimo wcześniej ustalonego terminu, sprzyjał wypadowi w okoliczne lasy). A także trzy razy okolicach Olsztyna podczas dorocznego jesiennego spotkania z moimi "chłopakami". Obliczyliśmy, że ta nasza tradycja trwa już 21 lat. Miło i satysfakcja, że udaje nam się jakoś trzymać razem mimo upływu czasu i znaczących nierzadko zmian w naszych osobistych i zawodowych życiach. Udusiłem im zatem grzybowego stosiku z pierwszego zbioru, drugi przeznaczając na suszenie a te zebrane rankiem w dniu wyjazdu zawiozłem do domu ku uciesze żony. Po drodze do domu kupionych kilka słoików miodu od pewnego pszczelarza zapewni nam jego zapas na całą zimę. Wczoraj jeszcze zawiozłem do lasu samochodem, przy okazji pobytu na działce, żonę z córką i dziś od rana zapach przerabianych grzybów wypełnia cały dom. Droga pieszo na skróty przez łączkę była niedostępna bez kaloszy z powodu stojącej wody po niekończących się deszczach stąd podwózka autem.
   Sprzyja ten mokry czas nadal trwającej wegetacji dyniowatych i chyba wreszcie doczekam się pierwszych zbiorów dyni piżmowej. Dziwnie jakoś rosły w tym roku te wszystkie rośliny. Zimne i deszczowe kwiecień i maj, potem niezbyt ciepły czerwiec a po nim lipiec też poniżej norm temperaturowych. Właściwie dopiero w sierpniu było parę upalnych dni z bardzo ciepłymi nocami, ale za to małą ilością opadów. Dynie są więc jeszcze mocno zielone lecz wciąż się rozrastają i kwitną. Zbieram systematycznie pnącą fasolę, której jest bardzo dużo. Dosuszam w strąkach i łuskam na raty. Inaczej się nie da, bo jednorazowy zbiór jest niemożliwy(strąki dojrzewają nierównomiernie). Także „Jasia” jest trochę, mimo wysiewu kilku zaledwie nasion pośród sadzonek dyni. Chyba się te rośliny lubią wzajemnie, bo i jedne i drugie są bardzo bujne. Pozostawię pewnie cały jego zbór na wysiew w roku przyszłym. Krzaki leszczyny własnej produkcji wyrosły również tego lata bardzo mocno a nadmiar wody na podmokłej łące raczej im nie przeszkadza. Balkonowa chilli już zebrana suszy się nanizana na nitkę. Jest mniej pikantna niż w zeszłym roku - może się wyrodziła.
   Z roślin domowych jedyna z pośród 27 wysianych nasion daktylowa palma ma już trzeci liść i dobrze rośnie. Próby rozmnożenia sanseverii i zamioculcasa trwają od wczesnej wiosny i wygląda, że też powinny się powieść. Te pierwsze się ukorzeniły a drugie oprócz korzeni mają także charakterystyczne zgrubienia. Zdjęcia poniżej:


   Ukisiłem w emaliowanym garnku czerwonej kapusty bo ponoć jeszcze zdrowsza i bogatsza w rozmaite składniki od swej białej krewniaczki. Pierwsza słoikowa próba była udana a surówka z niej zrobiona wszystkim smakowała.
   Zaraz będzie październik a po nim listopad i ani się obejrzymy jak dopisać znów trzeba będzie kolejny rok do życiorysu....
... ale póki co może będzie jednak babie lato.

czwartek, 31 sierpnia 2017

Po czym poznać w wielkim mieście, że to koniec wakacji? oraz Łódź…



   Dziś ostatnią prostą(ulicę; nie główną) do domu przejechałem autobusem w pięć minut a nie w dwie jak było to przez ostatnie parę tygodni. Bus-pasa na niej nie ma, bo za wąska, więc inaczej być nie mogło. W autobusie średnia wieku pasażerów była też jakby niższa. Młodzież powróciła i pewnie już sprawdza, kiedy początek nowego roku szkolnego albo spotykają się jeszcze by przed szkołą by pochwalić się wrażeniami z wakacji. Będzie już teraz tylko więcej pojazdów na ulicach i ludzi w autobusach a godziny szczytów komunikacyjnych będą silniej zaznaczone. W październiku dołączą jeszcze studenci i tak już będzie do następnych wakacji. Dziesięć miesięcy: zleci jak z bata strzelił.... Z resztą im człowiek starszy to te same odcinki czasowe wydają się być krótsze a czas płynie jakby szybciej...
   W Łodzi byłem wczoraj służbowo i szkoleniowo. Pociąg „intercity” potrzebuje półtorej godziny na pokonanie tej odległości. Krótko, szybko, czysto i przyjemnie chłodno, mimo, że powrót był w gorące na zewnątrz popołudnie. Bywałem w tym mieście kilkadziesiąt lat temu, będąc jeszcze dzieckiem, z racji mieszkającej tam znajomej mamy jeszcze z przed wojny, zawsze dojeżdżając na stary dworzec Łódź Fabryczna. Nowy(bardzo nowoczesny) dworzec PKP Fabryczna robi bardzo dobre wrażenie, ale dalszy spacer stamtąd do ulicy Piotrkowskiej mniejszymi, bocznymi ulicami sprawia, że czas jakby się w tej okolicy zatrzymał. W większości odrapane fasady kamienic z poprzednich stuleci z pozabijanymi nierzadko oknami, które budowane w nadmiarze i na wyrost stanowić miały o pozycji materialnej ówczesnych właścicieli - włókienniczych fabrykantów. Część z tych domów może odzyskali potomkowie dawnych właścicieli(ciekawe czy też tak jak w Warszawie w atmosferze skandalu i przekrętu?), ale natychmiast wystawili je na sprzedaż bo spadek w tak zrujnowanym stanie jest mocno kłopotliwy i wymaga od ewentualnego nabywcy dużych pieniędzy.
   Piotrkowska przemieniona w centralny deptak miasta z odnowionymi frontami domów nie poprawiła mojego ogólnego wrażenia o tym mieście. Wiele tam jeszcze do zrobienia i całkiem rozumiem, dlaczego jako jedno z niewielu wielkich polskich miast się w ostatnich dziesięcioleciach wyludniało. Upadek, wiodącego przemysłu sprzed lat widać tu na każdym niemal kroku.

niedziela, 13 sierpnia 2017

Dziś tylko o działce



   Sobota była pierwszym dniem przedłużonego weekendu(wolny poniedziałek dał aż cztery dni wolnego). Pojechaliśmy na wieś. Przyroda, przy tegorocznych obfitych opadach sprzyja wzrostowi nadzwyczajnej wielkości roślin(czytaj: pokrzywy). Przekwitłe i nieskoszone trawy na łące zgubiły dojrzałe już nasiona pozostawiając już tylko zasuszone źdźbła. Po drodze mijaliśmy skoszone już zboża i niekiedy podorane już pola – to znak, że lato wkroczyło już w swą drugą część. Roboty znalazło by się tyle, że nawet przez miesiąc nie przerobił bym jej. Już nawet nie próbuję. Pogodziłem się już ze stanem jaki jest. Właściwie jedyną rośliną, jaka sprawia mi satysfakcję jest pnąca fasola dwóch gatunków. Ta o strąkach fioletowych wysiana wokół konstrukcji nieużywanego foliaka stworzyła prawdziwy busz. Za to odmiana Piękny Jaś z kilku ledwo nasion wysianych wokół podpór w kształcie „tipi” plonuje równie obficie zapowiadając dobre zbiory nasion. Wykorzystam je w roku przyszłym. Z resztą fasole, jako warzywa wymagające mało pracy, będą w przyszłości numerem jeden na działce. Pożywne (dużo białka) warto im dać więcej miejsca.
   Czosnku, ze czterdzieści główek wykopałem w ostatniej już chyba chwili. Nie są nadzwyczajnie wielkie ale bardzo aromatyczne i ostre w smaku. Nawet te posadzone w ściółce wokół młodych owocowych drzewek były całkiem fajne mimo, że musiały konkurować z rozrastającymi się chwastami i trawami.
   Pokosiłem, ile byłem w stanie, przerośniętej trawy układając pokosy od razu na dwóch zagonach, z nadzieją, że rozkładając się zagłuszą rosnące tam chwasty. Zerknąłem na wyhodowane, trzy lata temu własnoręcznie z nasion, krzewy leszczyny, które bardzo się wszystkie rozrosły. Może już za dwa, trzy lata uda się z nich coś zebrać. Dynie wysiewane w tym roku wyłącznie z rozsady, z nadzieją na wcześniejszy i obfitszy plon, też raczej nie zachwycają. No może z wyjątkiem tej uzyskanej z wymiany z „Kresowej Zagrody”(dzięki raz jeszcze!). Co prawda cały czas rosną i kwitną ale o tej porze już raczej rewelacji nie oczekuję. Ze sposobu z rozsadą w ich przypadku raczej w roku przyszłym zrezygnuję. Dynia piżmowa, ta o gruszkowatym kształcie owoców, rośnie nie wytwarzając zawiązków więc chyba w przyszłym roku sobie jej uprawą daruję. Rządek malin też w tym roku jakiś rachityczny i jeszcze właściwie tylko parę gruszek zostało na drzewie w temacie owoce. We wtorek, piętnastego znów jedziemy na wieś lecz ze względu na święto raczej za wiele nie dokonam. Może parę fotek….

sobota, 29 lipca 2017

Polskie drogi i wrażenia z pobytów



   Objechałem, zgodnie z planem, miasta, w których przedstawiłem pracownikom prostszą i mniej pracochłonną metodę pracy. Same szkolenia przebiegły bardzo rzeczowo i spotykałem się uznaniem i zadowoleniem pracowników. Miło, bo to głównie z myślą o nich a nie prezesach, zarządach i dyrektorach przygotowałem te zmiany. Będzie się ludziom pracowało teraz lżej i tyle.
   Wystartowałem w niedzielę do Rzeszowa i po pięciogodzinnej podróży zalogowałem się w hotelu. Zaraz też udałem się do pierwszego z miejsc na spotkanie a po drodze, na rynku trafiłem na festiwal polonijnych kapel ludowych. Było wtedy jakoś bardzo duszno(przed burzą) a występujący w ludowych strojach uczestnicy bardzo pocili się podczas tańców. Współczułem tancerzom, ale widzów było sporo i dobrze się bawili tym wydarzeniem.
   Mimo, że podróżowałem służbowym samochodem, przydzielonym mi na ten czas, po odwiedzanych miastach poruszałem się pieszo(dla pracującego za biurkiem – zbawienny ruch) lub transportem publicznym. Hotele nie były zwykle dalej od miejsc moich spotkań jak czas 20-to minutowego spaceru. Pomiędzy szkoleniami(bywały i trzy dziennie) miewałem trochę czasu by pochodzić po centrach odwiedzanych miast. Z Rzeszowa do Krakowa podróż trwała właściwie chwilę(autostrada A4 – prędkości bliżej dwustu niż stu) w porównaniu z tą z dnia poprzedniego. W Krakowie byłem dwa następne dni i udało mi się, w czasie wolnym, tym razem odsłuchać wreszcie na żywo hejnału z wieży kościoła Mariackiego. Byłem też na Wawelu i obszedłem Planty dwa razy dookoła. Zjadłem obowiązkowo precla z makiem. Dużo było wszędzie turystów ze wszystkich chyba kontynentów. Zachwyca mnie zawsze Kraków, jako warszawiaka, oryginalnością i autentyzmem swych zabytków. Moje miasto niestety, po Powstaniu Warszawskim zostało bestialsko zrównane z ziemią przez hitlerowskich Niemców. Dlatego dziwi mnie takie zakłamywanie historii poprzez bezkrytyczne zmienianie nazw ulic(obecnie Armii Krajowej) i usuwanie pomników ludzi(marszałek Koniew), którzy niemałym nakładem ofiar zwykłych przecież żołnierzy spowodowali, że zabytki Krakowa ocalały i dotrwały do naszych czasów.
   W środę tą samą, ale już płatną drogą pojechałem do Wrocławia „poszukiwać skrzatów”. Bardzo mi się podobały te małe ludki, na które można się natknąć w różnych zakamarkach. To z kolei miasto żyło w tych dniach innym „event’em”: mistrzostwa świata w dyscyplinach nie olimpijskich. Mnie to „kosztowało" parkowaniem samochodu za Odrą, bo znalezienie bezpłatnego miejsca na starówce, gdzie miałem hotel, graniczyło z cudem. Na szczęście tylko 600 metrów, poprzez jeden z mostów, musiałem toczyć moją podróżną walizeczkę po tamtejszych brukach. I we Wrocławiu także pomiędzy spotkaniami znalazłem trochę wolnego czasu by pooglądać wspaniałe zabytki starówki. Uczestnicy szkolenia polecili mi fajny bar, gdzie tanio zjadłem obiad jak domowy.
   Czwartek zaczął się podróżą do Poznania, która po wcześniejszym autostradowym rozbestwieniu wydała się gehenną. Może i bym nie narzekał, ale trafiłem na dwa wypadki, które spowodowały bardzo duże utrudnienia w ruchu i moja podróż objazdami po uprzednich oczekiwaniach w korkach bardzo się wydłużyła i zmęczyła mnie. Nie dość, że drogi zwykłe(krajowe) to jeszcze mnóstwo TIR-ów. Wyjechałem o dziewiątej a na miejscu byłem przed piętnastą. Tu już niestety nie miałem zbyt wiele czasu na łażenie po mieście. Odbyłem zaplanowane spotkania i po ostatnim, porannym piątkowym, kupiłem jeszcze tylko Marcińskie rogale(rodzina nie wybaczyłaby mi gdybym wrócił do domu bez tej słodkiej poznańskiej dobroci) i w samochód w drogę powrotną do domu. Tu dzięki autostradzie, mimo tego, że trafiłem w czasie jazdy na bardzo intensywną burzę dotarłem do domu o zaplanowanej porze. Zostawiłem bagaże i pojechałem do firmy oddać samochód i rozliczyć delegację. Oczywiście nie zapomniałem o moich współpracownikach, którym też przywiozłem po rogaliku. Chapnęli ciastka jak przysłowiowy pies muchę i około czwartej rozjechaliśmy się do domów – ja gnałem szczególnie szybko, bo tęskno mi było za najbliższymi, których nie widziałem prawie tydzień.
   Postanowiłem, po moim pracowitym wyjeździe, który dał mi dużo satysfakcji, odpoczywać przez dwa wolne dni. Dziś zrobiliśmy sobie dobry, może nawet trochę ekskluzywny, obiad. Kupiłem dwa steki i butelkę czerwonego wytrawnego wina. Po uprzednim zamarynowaniu, usmażyłem je po trzy minuty na każdą stronę, pokroiłem w poprzek włókien na centymetrowe paski i podałem z ziemniakami i małosolnym ogórkiem. Pycha!!!
W końcu jesteśmy dzień po wypłacie. To, kiedy szaleć jak nie teraz!