Witam!

To jest o moich osobistych rozważaniach, obserwacjach, doświadczeniach, myślach o sprawach bieżących i bardziej uniwersalnych, ponadczasowych. Bez zdjęć i obrazów, tylko słowa.

sobota, 31 grudnia 2016

2016



   Nie powiem, nauczony życiowym doświadczeniem, że jest już skończony, bo zostało jeszcze parę godzin…..
….. ale spróbować podsumować go już chyba można.
   Bardzo dobrze się dla naszej rodziny rozpoczął. Oświadczyny obecnego zięcia, pierwsza wizyta przyszłych teściów i wreszcie po spokojnych przygotowaniach zwieńczenie zawarciem małżeństwa przez córkę. Miłe, wspaniałe, niezapomniane chwile. Dwoje młodych,  dobranych ludzi, którzy w oparciu o wspólnie wyznawane wartości i zasady budują swe życie. Serca rodziców pełne radości!!
   To, co było pomiędzy to zwykła codzienność. Mechaniczne, powtarzalne w równych czasowych odstępach czynności i trud. Nie warte chyba opisywania.
   Skończył się za to mijający rok bardzo dla nas smutno. Dwa dni przed Wigilią zmarła moja mama. Właściwie to całkiem zwyczajne zdarzenie, gdy odchodzi ktoś przeżywszy lat ponad dziewięćdziesiąt. Właściwie tak. Są jednak jakieś ale. Chorowała długo. Po drugim udarze przeleżała w łóżku niemal trzy lata i dziewięć miesięcy. Słabła prze cały ten czas. Początkowo powoli, niemal niezauważalnie zwłaszcza dla nas domowników. Jeszcze we wrześniu wyniki badań niczego złego nie zapowiadały. Przeciwnie były po prostu dobre. Od dwóch ostatnich miesięcy traciła jednak siły coraz bardziej. Zaczęła się dla nas walka o każdy kęs jedzenia i łyk picia. Było codziennie tylko mniej i mniej. Dwa ostatnie tygodnie to już totalna negacja wszystkiego. Odmowa jedzenia, picia i leków. Ból i cierpienie podczas najdelikatniej i najstaranniej wykonywanych przez nas codziennych czynności pielęgnacyjnych. Nawet rozmowy o zbliżających się świętach nie wzbudzały już żadnego zainteresowania. Właściwie wypowiadana była już tylko jedna myśl: Dołączyć do zmarłych rodziców i męża. Wcześniej czasem wspominała tylko o tym, ale udawało nam się odpędzać tę natrętną. Jest już teraz między swoimi. Nasza wspólna walka się skończyła. Mama zrealizowała swe marzenie by znaleźć się już wśród najbliższych. My tylko wypełnialiśmy przez te ostatnie lata jej życzenie i wolę: By być do końca wśród najbliższej rodziny i umrzeć w swoim domu. Dopełniliśmy tego.
   Teraz zostałem już z mej pierwotnej rodziny sam – bez rodziców i rodzeństwa. Ale nie jestem samotny, bo mam własną wspaniałą rodzinę, bez której bym sobie przez te lata raczej nie poradził.
  I w tym jest moja nadzieja na rok przyszły i dalsze……..

wtorek, 22 listopada 2016

Zapowiedzi



   Zapowiedzi rządu na temat utworzenia rezerwy demograficznej z reszty środków z OFE, których poprzednikom już nie wypadało zagarnąć, nie wprawiły mnie w dobry nastrój. Zabiorą resztę z drugiego filara. Szkoda, bo trochę sobie obiecywałem z tej części składki na przyszłość. Nie dość, że będzie się kiedyś starym to jeszcze dziadem kompletnym. Nie liczyłem nigdy, od początku naszej emerytalnej z 1999 roku „pieriestojki”, na starość w egzotycznych kurortach, ale chociaż na dach nad głową i jakąś strawę.
   Drugą z przepowiedni jest ta zasłyszana z ust ministra, o arystokratycznie brzmiącym nazwisku, od zdrowia(!?). Zreformują nam system tak, że wszyscy umrzemy zapewne znacznie przed czasem w kolejce do specjalisty nie doczekawszy wizyty.
   Doszedłem do wniosku, że jedyną szansą dla ludzi mojego pokolenia i o podobnym statusie materialnym(bogacze umrą prawdopodobnie nieco później i bardziej komfortowo) jest dbanie o samych siebie. I to takie kompletne, rozważne i przemyślane. Począwszy od tego, co kupujemy, zjadamy i pijemy. Niesłychanie ważnym wydaje się też być dbanie o własną sprawność fizyczną i umysłową. Dobra i umiarkowana dieta plus ruch na ile to możliwe i szanse na przetrwanie rosną zdecydowanie.
PS: Od miesiąca dojeżdżam do pracy autobusem miejskim. Może nie wychodzi taniej(na razie nie mam jeszcze biletu miesięcznego), ale trzeba dojść kawałek pieszo. W trzecim wariancie ( tak, tak mam aż trzy możliwe) podróży trzeba dojść aż dwa przystanki.
BEZCENNE!
Może w tym nadzieja?

sobota, 12 listopada 2016

Za czym kolejka ta stoi?



   Dziś sobota między dwoma świętami. Zupy dyniowej postanowiłem ugotować z ostatniej Hokkaido, jaka mi pozostała na balkonie z obawy przed jej zmarznięciem. Brakowało mi tylko słodkiego ziemniaka, imbiru i słodkiej śmietanki 30%(wybrałem wersję bogatszą). Inne, niezbędne do przeżycia do poniedziałku, artykuły spożywcze mieliśmy zakupione przezornie w czwartek. Poszedłem do naszego osiedlowego, "niskopowierzchniowego", sieciowego marketu, który ostał się w okolicy jako jedyne źródło zaopatrzenia w podstawowe artykuły żywnościowe po wyniszczeniu cenami konkurencji. Wszedłem a tu koszyków brak. Ludzi za to przeciwnie jak koszyków. Ogarnąłem szybko to, po co przyszedłem i ustawiłem się w nadzwyczajnie długiej kolejce. Ludzie stali bardzo spokojnie oszołomieni jej wielkością. Stałem i ja rozmyślając: kiedy i po co ja ostatnio byłem w takiej kolejce?
- W poprzednim ustroju, czyli bardzo dawno temu.
   Pamiętam, z tamtych kolejek z dawnych czasów, rozmowy zmęczonych ludzi, jakie się tam słyszało oraz o ich marzeniach - by było inaczej. Chcieliśmy by było inaczej i jest inaczej. Kiedyś brakowało towarów, dziś jest nadmiar. Podobno „rynek” i wolna konkurencja najlepiej reguluje sprawy popytu i podaży. Co innego jednak reguluje dostępność tych dóbr. Wciąż przybywa moim zdaniem osób, które muszą ograniczać swoje potrzeby(nie marzenia).
   No i to niekomfortowe stanie i czekanie do kasy by moc wydać własne coraz ciężej zarabiane pieniądze. Żenujące, upokarzające, przykre.
   A może przesadzam z tym narzekaniem. Dyniowej mi się zachciało to mam za swoje! Może po prostu tylko kasjerów było dziś w pracy mniej bo też chcą mieć wolne. Po prostu tak od zawsze było przed dniami wolnymi od pracy. Tyle że kiedyś inny sklep, gdzie kolejka mniejsza można było  bliżej domu znaleźć ….

PS: W Poznaniu byłem na koleżeńskim spotkaniu w dniach 10-11. Było super i cieszę się, że nadal mnie na takie coś stać. Rogale Marcińskie rzeczywiście tam smakują najlepiej. A może cukiernikom po prostu zależy na klientach....

środa, 9 listopada 2016

Nie lubię polityki, ale …



… wiemy już, kto wygrał wybory za oceanem. Zaskoczenie? Dla większości na pewno, tak!
    Z dziesięć dni temu bukmacherzy płacili za jego wygraną ponad cztery i pół do jednego. Za panią kandydatkę dawali tylko 1,16 za postawioną złotówkę. Była „pewniakiem”. Jeszcze wczoraj wieczorem wydawało się, że zwycięzcą będzie ona i nikt inny. Pewnie nocą trwało zaskakujące szaleństwo odwracania tendencji. Nie będę już teraz podawał porannych kursów(stanęły na głowie). Nie w tym rzecz.
   Wybory zakończone. I właściwie można by powiedzieć: kropka! Ale jakoś nie mogę nie podzielić się swoją małą uwagą, może wnioskiem. Porównuję sytuację w innych (w tym również naszym) krajach i widzę, że ludzie zaczynają głosować na przekór.
   Na przekór, czemu? Ano na przekór wszystkiemu dotychczasowemu, trwającemu od jednej lub dwóch kadencji. Czemuś, co się nie podoba, znudziło przejadło albo nie sprawdziło. Może wręcz oszukało. Wyciągają wnioski i wyrażają raz na kadencję swoje emocje lub frustracje korzystając z ułomnej wciąż demokracji - na przekór! Tak było zapewne i teraz. Zastanowienie budzi tylko: I co się stanie dalej? Czy to coś zmieni? Czy MATRIX pozwoli na jakiekolwiek zmiany? Czemu mimo pozornych: postępu i rozwoju ludzkości coraz więcej ludzi czuje się nieszczęśliwymi, wykorzystanymi i oszukanymi, oceniając własne życie jako zmarnowane nie koniecznie na skutek własnych błędów czy zaniedbań.
   Czy dalej trwać będzie ten trend? Że mimo demokratycznej większości, ta większość będzie mieć coraz mniej do powiedzenia? Dokąd zmierzasz ludzkości?
 PS: Pierwszy śnieg dziś widziałem….

wtorek, 1 listopada 2016

Chwila zadumy nad…



   Dziś dzień w naszej tradycji wyjątkowy, jedyny w roku, powtarzalny. Wspominamy, odwiedzamy, czcimy. Uświadamiamy sobie nieuchronność zbliżającego się końca dla każdego z nas. U młodych to bardzo odległa perspektywa, niemal abstrakcja. U starszych, z każdym minionym rokiem coraz wyraźniejsza, mocniej wyczuwalna spadkiem sprawności fizycznej i intelektualnej. I tylko ta świadomość, domykania pewnego naturalnego, nieodwołalnego cyklu, daje jakąś nadzieję i otuchę, niezależnie od światopoglądu czy wyznawanej religii. Życie ludzkie jest na tyle długie by wiele doświadczyć ale także wiele przegapić. Lecz również ta długość daje szansę na naprawianie i poprawianie tego, co się nie udało.
                                  Tyle o ludzkim wymiarze cykliczności, zmianie pokoleń.
   Dużo łatwiejsze do ogarnięcia myślą wydają się coroczne cykle w przyrodzie. Pewnie przez to, że krótsze łatwiejsze są do zapamiętania a przez to do wyciągania wniosków z doświadczeń. Panująca za oknem w tych dniach pogoda niezbyt dobrze nastraja większość z nas. Jest jednak mimo to oczywistym elementem dorocznego cyklu w przyrodzie, dobrym elementem – akumulacją i wytwarzaniem dobra na przyszłość. Akumulacji wody, na nadmiar której nie narzekamy już od dawna. Wytwarzania przy jej pomocy nowej materii organicznej, która sprawi poprawę rokowania na rok następny. Ileż to wielkich starożytnych cywilizacji rozpadło się z powodu jej(wody) braku! W przeciwieństwie do znakomitej większości uczestników tegorocznych świąt nie narzekałem na pluchę i błoto. W skrytości ducha cieszyłem się chlapą przeskakując kolejne kałuże. Po prostu wiem, że to dobre - również dla tych narzekających.
   Aż chciałoby się powiedzieć:
Z prochu powstałeś….
… bo najpierw musi być coś tak małego jak proch by zaczęło się coś znacznie okazalszego.

sobota, 8 października 2016

Jesień nie musi być smutna…



    Pozbierałem do reszty to, co było jeszcze ogrodzie. Marchew, buraczki(forma zdrobniała jest bardzo odpowiednia dla tego warzywa z powodu jego tegorocznych gabarytów), fasolę pnącą(Jaś i szparagowa) i niską, dynie hokkaido, resztę cukini(przemarzły podczas pierwszego przymrozku) no i oczywiście nasze ulubione jabłka. Po dwa drzewa koszteli i „empajerów”(Empire) dało bardzo zadowalający plon pysznych, słodkich i chrupiących jabłek. Zadowalający, mimo iż jego znakomita większość, z racji niestosowania żadnych oprysków, znalazła się pod drzewami w różnej fazie rozwoju jeszcze przed uzyskaniem dojrzałości. Z pozostałych jabłoni tez troszkę zebrałem, więc było urozmaicenie i porównywanie smaków. Wcześniej stopniowo znikały owoce wcześniejszych odmian. Jakich? Wiem jakich póki deszcz i wiatr nie pozrywa przywieszonych do młodych pni karteczek z nazwami. Ale nie mam zupełnie problemu z tym, że pewnej grupy posiadanych owocowych drzew nazwy odmiany wskazać nie potrafię. Dzielę je po prostu na dobre, pyszne i wspaniałe.
    Zostały jeszcze tylko do zebrania dynie odmiany Muscat – jest ich chyba z sześć albo siedem sztuk. Są jeszcze, mimo kilkukilogramowej masy, całkiem ciemnozielone i nie mam zbytniej pewności, co do stopnia ich dojrzałości. A że przymrozek je oszczędził z racji położenia pod osłoną domu to niech jeszcze trochę porosną. Dynia piżmowa znów nie wypaliła w tym roku. Miała ledwie jeden owoc, który nie dojrzał przed przymrozkiem. W roku przyszłym i tak z nią raz jeszcze spróbuję wyciągając wnioski z wcześniej popełnionych błędów.
   Jarmużu znów przywiozłem dużą reklamówkę pozostawiając na ciągle rosnących jeszcze roślinach całkiem sporo do rozebrania. Bardzo wdzięczna to roślina – znajome robią sobie z jej liści owocowo-warzywne koktajle i bardzo sobie chwalą taką ze mną współpracę.
   Włoskie orzechy, zbierane z dwóch sporych dwudziestoletnich już drzew i w tym roku się udały i na własne potrzeby wystarczy. Od kilku już lat dość stabilnie obdarzają nas owocami. Dla mnie to szczególna satysfakcja, bo wyszły spod mojej ręki.  W ukryciu dorasta jeszcze trzeci „włoch”(przesadzona samosiejka) i może za lat dziesięć i on wyda pierwsze owoce. Ma już około metra wysokości. Orzechy to zabawa dla szczególnie cierpliwych.
   Słówko jeszcze o fasoli: pnąca(szparagowa o fioletowych strąkach) skrzyżowała się z rodzimym Jasiem dając nasiona nieco większe, ale w strąkach liczących po co najmniej 8 sztuk. Jaś ma w strąku nie więcej niż cztery. Obecność Jasia w uprawie była tu raczej przypadkowa ale stało się. Nie będę zapewne twórcą nowej odmiany ale jeśli miałoby to zwiększyć plon i masę poszczególnych nasion to niech tak już zostanie. Odmiana jest, jak już wspomniałem szparagowa i wygląd nasion nie jest zbyt atrakcyjny. Są szarawe z lekkim odcieniem fioletu. Teściowa stwierdziła, że fasolowa zupa z nich ugotowana wychodzi jakaś sina ale ma smak normalnej fasolowej. Jaś natomiast mimo zawiązania fioletowych strąków zachował wielkość i nieskazitelną biel swoich ziaren.
   Zawalczyłem też trochę w temacie tworzenia kolejnego permakulturowego zagonka pod przyszłoroczne ziemniaki. Na tym, na którym miałem kartofle w tym roku, w przyszłym planuję fasolę pnącą i dyniowate(może ogórki – to jeszcze nie przesądzone).  Wcześniejsze zagony trochę podupadły z braku pielenia i pozarastały chwastami. Może je też uda mi się jakoś reaktywować – wydają już przecież plony trzeci i czwarty rok.
   A dlaczego jesień nie jest smutna mimo padającego deszczu? Ano właśnie dlatego, że pada. Polskie, w większości lekkie ziemie w ostatnich dwóch latach na nadmiar wody raczej narzekać nie mają powodu. Dlatego mimo wszelkich niewygód i uciążliwości wynikających z opadów deszczu cieszyć się trzeba, że gleba zmagazynuje pewną część tej naturalnej wody i odda nam to w formie przyszłorocznego urodzaju.
   Taka trochę radość na zapas - ale za to bez żadnych przedpłat....

niedziela, 11 września 2016

„Wykopałem”



   Cudzysłów być musi w tytule, bo nie użyłem żadnego narzędzia prócz rękawic i taczki. Ale nimi przecież kopać się nie da. Wybrałem z ziemi własnymi rękami to, co urosło z posadzonych 12 kilogramów w kwietniu na przygotowanej z kilku warstw ściółek grządce. Trzy duże taczki plonu dziś(a przecież już od kilku tygodni nie kupuję ich w sklepach). I trzy niewielkie koszyki drobnych – dla kur(nie pojedzą w tym roku kartofelków za mocno – mało drobnych). Dużych, „plackowych” było sporo. W ogóle było ich kilka razy więcej jak w zeszłym roku, gdy było za sucho. Woda z nieba zrobiła swoje. Niby to takie proste.
Dygresja: W Indiach z roku na rok wzrasta produkcja żywności. Podlewają pola uprawne wodą ze studni. Jest tych studni już 23 miliony. Wydobywają już tę wodę z głębokości 4 kilometrów. Można sięgnąć jeszcze głębiej? W Europie i w naszym kraju też niestety robi się to samo. W imię dobrobytu społeczeństwa czy z chęci utrzymania się przy władzy?
   Ucieszyliśmy się tą obfitością z teściową jak dzieci. A ja poczułem się jakbym był strasznie bogaty a to tylko ziemniaki. Udały się! Odpowiednia ilość opadów i dobre podłoże dla roślin czyni takie cuda. Jak niewiele potrzeba do szczęścia!
   Po obfitym obiedzie, jak to u teściowej, spakowałem do bagażnika oprócz ziemniaków jeszcze trochę marchwi, cukinii(niezawodna!), jarmużu (dla koleżanki z pracy), jabłek koszteli i mokre od potu działkowe ubranie(upały jak nie u nas o tej porze roku). Po drodze do domu zajechałem do córki i zięcia pozostawiając u nich większość z dzisiejszego zbioru(mają lepsze warunki do przechowywania jak my w bloku). Oprócz wylanego potu, podczas zbierania w samo południe, rozbolał mnie też kręgosłup i kończyłem na kolanach. Ciekawe jak się jutro zwlokę z łóżka? Miejski kręgosłup nieprzywykły do takiej roboty. A może latka wychodzą bokiem, a może i jedno i drugie.
   Piszę i podjadam winogrona. To pierwsze tak obfite owocowanie od posadzenia. Pewnie mogłyby jeszcze powisieć parę dni na krzewie, bo lekko kwaskowe są jeszcze. Może byłoby z nich dobre wino? Trochę za mało ich jest do tego celu. Właściwie powinna być fotka kartofelków na koniec, ale zaprezentuję jednak winogrona – są takie bardziej..... ekskluzywne.




No to może jeszcze balkonową chilli - zebrana suszy się już w eleganckim wianuszku w oknie.

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

my TEŚCIOWIE



   Od roku już wiedzieliśmy o ich planach i w styczniu wspólnie z rodzicami narzeczonego i nim samym spotkaliśmy się po raz pierwszy by się poznać i wszystko wstępnie omówić. W ostatnią sobotę dokonało się zawarcie małżeństwa przez córkę i od tego czasu mam prawo używać zaszczytnego(mam nadzieję) tytułu:
„TEŚĆ”
   Kto to przeżył ten wie o czym piszę. To jak wielowątkowa powieść. Po ogromnej ilości intensywnych negocjacji, kompromisów i ustępstw pomiędzy narzeczonymi i ich rodzicami udało się w końcu stworzyć jakiś plan przedsięwzięcia, który w trakcie i tak był parę razy korygowany. Ilość spraw do załatwienia z tym związanych(prócz tego codzienność też się swego jeszcze domaga) osiągnęła w pewnym momencie swe apogeum, ale emocje i tak były prawie do ostatniej chwili. Mnie odpuściło dopiero po wyjściu z kościoła. Mszę odprawił zaprzyjaźniony z naszym domem ksiądz w towarzystwie dwóch innych, więc ta część wydarzenia musiała się udać. Potem przejechaliśmy do restauracji, gdzie miało się odbyć przyjęcie. Wypadło super (to opinie gości) i nie ukrywam, że przerosło również i nasze oczekiwania. Menu zgodne z planem, porcje dostatnie, przystawki i zakąski urozmaicone i bardzo smaczne. Kelnerzy uprzejmi i chodzili jak w przysłowiowym zegarku. DJ grał zamiast orkiestry. Potem był nastrojowy grill w ogrodzie przy restauracji (pogoda dopisała –  i to chyba był dodatkowy bonus od niebios). Świetne dania i napoje dały niepowtarzalną atmosferę. Po dziesiątej wieczorem powrót do sali restauracyjnej na ciąg dalszy.
   Ponieważ ślub był o czternastej to przyjęcie rozpoczęło się już przed szesnastą. Po pierwszej w nocy było już po wszystkim. Jedzenia i alkoholu nie zabrakło. Mniejszą ilość tańców zastąpiły spotkania rodzinne i znajomych, którzy znaleźli się tu przy tej okazji, jak to często bywa, nierzadko po wielu latach. Goście wychodzili zadowoleni, co nas bardzo jako rodziców ucieszyło. Podziękowaliśmy obsłudze a zwłaszcza p. Mariuszowi (stary wyga – 35 lat w gastronomii, zawodowiec i prawdziwy majster w swym fachu), który wszystkim tak świetnie kierował. Och! Jak ja szanuję takich ludzi – może dlatego, że to ginący gatunek.
   Państwo młodzi, pochłonięci wcześniej organizacją ślubu i szykowaniem własnego gniazdka, według planu mieli pojechać po weselu na swoje, ale pan glazurnik wykańczając łazienkę nie zdołał w terminie(rozpoczął sobie nieco wcześniej długi weekend) zainstalować kibelka. I muszą oni jeszcze te kilka nocy przed podróżą poślubną spędzić u rodziców. Tak to proza życia brutalnie zweryfikowała misterne plany zakochanych……
   Dzień po weselu zięć zadzwonił do mnie zwracając się do mnie: „Tato", ale w tej samej chwili usłyszałem w słuchawce chichot ich obojga. A ja głupi już myślałem, że chociaż w taki sposób będę miał „syna”…..

PS: Powinienem też coś napisać o działce, ale mi wstyd. Przez to całe zamieszanie ze ślubem nie byłem na wsi ostatnio równe cztery tygodnie. Każdy chyba wie, czego przyroda i roślinność może dokonać w tym czasie i o tej porze roku. Wyhodowałem, oprócz roślin zaplanowanych i pożytecznych(kartofelki że ho ho!), również dwumetrowe pokrzywy i komosę…. Chili balkonowe też już się czerwieni.

wtorek, 28 czerwca 2016

Chilli już czerwona

Tydzień temu dwa pierwsze zaczęły się wybarwiać.
Balkonowa chilli posiana w lutym a w połowie maja obciąłem wszystkie rozgałęzienia - zaczyna zawiązywać pierwsze owoce. Ma mnóstwo kwiatów. Widać lubi upały.



Niedzielne śniadanie - ryż odsmażony na maśle, z dodatkiem ząbka czosnku pomidorków koktajlowych zasmażony z dwoma jajami. Naprawdę niezły!


Red hot(czy hot to się wkrótce okaże)chilli pepper. 
Tak wygląda dziś - dwa miesiące od zakwitnięcia.

  
   





                                                                                                         


poniedziałek, 13 czerwca 2016

Kibicowanie




   Ale nie o EURO’16 mi chodzi. Tu już pozamiatane. Ktoś wykupił prawa do meczów by sprzedać je potem z zyskiem innym. I w zasadzie tyle mogłoby w tym temacie wystarczyć. Ale kontekst jest chyba szerszy. Jesteśmy już od dawna społeczeństwem geszefciarzy. I to na każdą skalę i we wszystkich już niemal dziedzinach. Coraz mniej ludzi czerpie satysfakcję z wytworzonych dóbr a coraz więcej cieszy się z pośrednictwa, obrotu czy prowizji lub wykonuje dla pieniędzy jakieś inne dziwne wirtualne czynności. Jedni cieszą się, że odrolnioną ziemię sprzedali z krociowym zyskiem pod zabudowę inni z obrotu wielkiej wartości towaru, którego często nigdy nie widzieli na oczy. Interesy, interesy - tak bez końca i granic zachłanności. O tym już naprawdę koniec, bo mnie zaraz poniesie.
   Tytuł miał być właściwie o kibicowaniu ale różnym blogom. Ich autorzy z różnym natężeniem i częstotliwością czynią na nich wpisy. Ponieważ trochę już istnieję w tym świecie różnych już zdarzeń byłem świadkiem. Nie będzie tu ani słowa o komentarzach czy zawartych w nich dowodach niechęci czy wręcz wrogości. Raczej wyrażę w tym miejscu swoje odczucia.
   Zaglądając na blogi do innych piszących osób człowiek przyzwyczaja się. Różnie bywa przecież u każdego z nas z czasem a mimo to wybieramy czyjegoś bloga zamiast serwisu informacyjnego czy jutuba. Tematyka odwiedzanych stron nam odpowiada, bo zapewne odnajdujemy w nich po trosze nas samych. Kiedy ktoś na dłużej przestaje pisać zwyczajnie czegoś brak. Gdy ktoś fajnie piszący kończy swego bloga to dla nas jeszcze dotkliwsza strata.
   Kibicuję zatem dokąd się da nie tylko stronom, do których odnośniki można znaleźć tutaj. Wszystko przecież kiedyś się kończy….

PS: Pogoda sprzyja roślinom. Może dotknie nas wreszcie jakaś klęska urodzaju bez tego całego nadmiaru nawozów, oprysków i wszelkiego innego zła, którym obdarowują nas profesjonalni "producenci żywności”, no bo raczej nie jedzenia.
   W moim ogrodzie też wszystko rośnie bardzo dobrze. Zagonki ziemniaków zapowiadają bardzo dobry urodzaj. Chilli(szt 2) na parapecie okna ma już ponad dwadzieścia owoców i końca kwitnienia nie widać(największe mają już rozmiar długopisu). Trzecią poobcinałem nad rozwidleniem i rośnie teraz na balkonie wypuszczając mnóstwo pędów bocznych. Oj będzie paliło w język…
                                            

wtorek, 10 maja 2016

Moc wiosny - chilli

Kwitło to to pierwszego maja a teraz już jest takie:
Ma to to już z pięć centymetrów i wciąż rośnie. Na wyższych pięterkach roślinki ma to to też swoich o parę dni młodszych braci i dużo "dzieci kwiatów".
Radość!!!
Siła wiosennych, słonecznych dni nie zna granic.
Siewki jarmużu wzrastają na balkonie czekając na wysadzenie do gruntu.

niedziela, 1 maja 2016

Religia – delikatny temat



   Pierwszy maj - święto! Ale nie kościelne, nie nakazane(choć św. Józefa Robotnika). W tym roku wypada w niedzielę, więc wątpliwości, co do sposobu jego spędzenia katolicy nie mają. Tyle o dzisiejszym dniu.
   Wydarzenia ostatniego tygodnia zainspirowały mnie do napisania. Fontanna di Trevi w Rzymie, na cześć pomordowanych na świecie chrześcijan, iluminowana była w ostatnich nocach czerwonymi światłami reflektorów. Wzruszająca i piękna to z pewnością forma wspomnienia współczesnych męczenników za wiarę.
   Mam jednak wątpliwości: jak długo przynależność do jakiejś religii będzie dla wyznawców innej sygnałem do popełniania zbrodni. Czy zabójcy zostaną osądzeni tu na ziemi czy dopiero na tamtym świecie oczekiwać można sprawiedliwości? Czy rywalizacja o ludzkie dusze musi przybierać aż tak skrajne, ostateczne formy? Czy rzeczywiście chodzi tu o religię czy może jednak o rzeczy bardziej materialne?
Dużo pytań. Na większość z nich pewnie każdy ma jakąś odpowiedź.
   Wiem, że te zbrodnie to zapewne niewielki wycinek naszego życia i dopóki nie dotkną nas osobiście będą tylko wirtualnym news'em. Ale jakoś trudno przejść obok tematu bez emocji. Prawdopodobieństwo śmierci za wiarę jest w naszej szerokości geograficznej raczej znikome, choć echa wydarzeń z ostatnich miesięcy i tygodni z europejskich stolic zaprzeczają tezie, że to margines naszego życia. Gorzej jest w tak zwanym szerokim świecie. Tam ludzie w ramach konfliktów zbrojnych czy tylko choćby tylko lokalnych niepokojów giną za wiarę na skalę ogromną.
   Historycznie temat ujmując(przykładem choćby Stambuł) od wieków trwała(i chyba nie dobiegła jeszcze końca) rywalizacja pomiędzy wyznawcami największych religii o wpływy na danych obszarach oraz władzę nie tylko nad ludźmi, ale także bogactwami podbijanych ziem. Od wypraw krzyżowych upłynęły już setki lat a rachunki krzywd wydają się być wciąż nie wyrównane. Również historia mniej odległa, drugiej wojny światowej, pokazuje żołnierzy przegranej armii z napisem na klamrach pasów: „Gott mit uns”, którzy odurzeni nazistowską ideologią bez skrupułów mordowali masowo również chrześcijańskich współwyznawców.
   Cywilizacja niepohamowanego wzrostu i nierównomierny rozwój świata są w moim przekonaniu przyczyną takiego stanu rzeczy. Nie ukrywam i dziś zażenowania bycia Europejczykiem z chrześcijańskimi korzeniami. Teraz nawet tankując samochód zastanawiam się czy benzyna, którą właśnie nalewam do baku nie pochodzi czasem ze złóż ropy opanowanych i eksploatowanych przez tzw. państwo islamskie na terenie Iraku. Może nieświadomie wspieram w ten sposób światowy terroryzm(przecież tamtą ropę można kupić taniej, bo jest „lewa” a biznes to biznes)? No i jeszcze ta świadomość, że tej ropy u nas niema a zużywamy ją tak powszechnie. I to w zasadzie mogłaby już być konkluzja tego wpisu, ale temat jest bardziej skomplikowany. Od wieków przedstawiciele Europy byli odkrywcami, grabieżcami. Tzw. zachodnia cywilizacja ściągała na stary kontynent z nowego, pobitego i podporządkowanego sobie świata wszystko, co miało wartość materialną. Rosła w ten sposób siła i zamożność mieszkańców (nie wszystkich oczywiście) kontynentu. Trwa to do dziś. Choć teraz już nie tylko Europejczycy, wykradając planecie jej naturalne bogactwa i kierując się nierzadko zasadą spalonej ziemi, nadal powiększają materialny i cywilizacyjny dystans do reszty. Liczy się tylko zysk akcjonariuszy, byle dziś i dużo! A ponieważ bilans musi wyjść na zero to nadmiar i bogactwo jednego musi skutkować nędzą innych. Taka EKONOMIA!?
   Co ma do tego religia? To samo co od zawsze. Przecież jakoś trzeba argumentować że tamci są źli i trzeba ich zniszczyć. Czy ten wyścig w ślepy zaułek się kiedyś skończy. Mam nadzieję, że tak. I, że stanie się to przed tym jak zużyjemy ostatnią kroplę wody, ostatnie ziarno zboża czy ostatnią bryłkę węgla.
  
 Rozpoczęcie sezonu działkowo-grillowego a ja tu z takim ciężkim tematem wyjechałem.
Papryka chilli kwitnie już u mnie na oknie 
i może jeden z czterech wolnych dni spędzę na wsi….. Zielono jest już bardzo na świecie i chyba to daje największa nadzieję.

niedziela, 24 kwietnia 2016

Prosto z działki – szalotka

Trzy godziny temu pochylałem się jeszcze nad grządkami, nosiłem wodę do podlewania(jakoś sucho jest; grzebiące kury wzbijały kurz podczas swych pielęgnacyjnych ziemnych kąpieli). Zrobiłem kolejną grządkę dla ogórków, poprawiłem tę dla dyń i podwyższyłem „cukiniową”. Znów parę taczek kompostu przemieściłem znów po działce. Najlepszy chyba jest ten z liści zgrabionych jesienią. Czarny i jakiś taki bogaty – może to tylko złudzenie, ale ilość dżdżownic jaka w nim żyje wydaje się potwierdzać moje przypuszczenie. Mieszam oczywiście, tworząc podłoże pod uprawy, różne rodzaje kompostów: rozłożony obornik kurzy, króliczy, słomę oraz zgniłe siano no i ten z liści. Kolor ma to czarno-brunatny nawet w kolejnych latach no i ta jego właściwość gromadzenia wody – bezcenna w okresach suchych.
   Pomiędzy rzędy wysianych tydzień temu buraków i marchwi posadziłem szalotki, które kupiłem wczoraj w supermarkecie. Podłużne są i o lekko różowym środku oraz o ciemno brązowej łusce. Miejsca do wzrostu powinny mieć dość a i sąsiedztwo na grządkach wydaje się być odpowiednie. Podlałem także posadzone w tym roku młode świerki przed tym je solidnie ściółkując. Sporo konewek i wiader wody ponosiłem na koniec działki. Mam tam też dwuletnie pigwy, które zakwitną lada dzień. Ziemia w tym miejscu jest jeszcze bardziej piaszczysta i ze skłonnością do stepowienia w czasie upałów. Podlałem też modrzewie, które gdyby nie coroczne ogryzanie przez sarny miały by już pewnie po dwa metry wysokości.
   Wkurzyłem się też niestety na samym początku: w nocy z piątku na sobotę kilka naszych kur „zmieniło właściciela”. Ciągle są amatorzy łatwego zarobku. Ciekawe czy policja jak zwykle umorzy za miesiąc tę sprawę. Dla mnie to też strata pewnej ilości obornika, tym cenniejszego po zaprzestaniu chowu królików.
   Z najlepszej kupki kompostu napełniłem przygotowane wcześniej donice i po powrocie do domu przesadziłem dwie sadzonki papryki chilli, których korzenie mocno już wypełniły dotychczasowe doniczki. Trzecia czeka na swą kolej(donica na balkonie po ubiegłorocznym imbirze).

  Tak wyglądają(wysiane w połowie lutego) i ta pierwsza ma już pączki kwiatowe
   Dlaczego szalotka w tytule? Pokłóciłem się o nią z żoną w trakcie podróży na wieś. Szykując nasz, jak przed każdym wyjazdem, „majdan" położyłem przy drzwiach wejściowych do mieszkania obok innych rzeczy siatkę z szalotkami. Dojeżdżając na miejsce już pod bramą zapytałem czy na pewno je zabraliśmy. Nie będę opisywał jak mi się dostało za nie pilnowanie moich spraw. Zabraliśmy! Na szczęście! Może jak już ją wyhoduję i przywiozę z działki do domu okaże się czy warto było się dziś o to kłócić…..

wtorek, 19 kwietnia 2016

Ukradłem(znów) chwilę szczęścia



   Minioną sobotę(całą!!!) spędziłem na wsi. Otwarcie uprawowego sezonu! Wyjechałem o siódmej rano. Po drodze wstąpiłem na targ w Radzyminie. W miejscu jest tym samym, niby podobny, ale przecież całkiem inny jak te zapamiętane z przed trzydziestu lat. „Ucywilizowany”, jak powiedzieliby zwolennicy zakucia wszystkich ludzkich działań, inicjatyw i pozytywnych form aktywności w kajdany przepisów i regulaminów. Ale co tam jest jak jest, chociaż wciąż w pamięci mam sceny dobijania transakcji przez solidne, męskie przyklepywanie dłoni przez zainteresowanych. Teraz tu już nikt tak nie kupuje – pasuje to bierz a jak nie to szukaj gdzie indziej. No i tych krów, cieląt, świń i koni już nie ma. Nostalgia?!
   Kupiłem jedno młode drzewko gruszy(zapylacz), sadzeniaki i kawałek grubej słoniny do nasolenia(wiem, nie powinienem – ale kiedy ja ją jadłem ostatni raz?). Nie szwędałem się tym razem jak kiedyś interesując się wszystkim i niczym. Załatwiłem swoje sprawy i w drogę na działkę – gleba czeka. Kaszanki swojskiej, parę kawałków, w wiejskim sklepie, kupiłem jadąc po drodze, do odsmażenia na śniadanie. Wjazd na podwórko(pies znów poznał, choć tak dawno mnie tam nie było) i szybka zmiana stroju. Krótki „oblot" najbliższej okolicy, obmyślenie planu szczegółowego, śniadanie i do pracy(mieszczuchu „wybyczony” po zimie). Wypoczęty i słaby jak to młode drzewko, które posadziłem z nadzieją, że doczekam owoców. Potem rzut oka na podwyższoną ubiegłego roku permakulturową grządkę, worek sadzeniaków na taczkę i naprzód wciskać pod ściółkę po sztuce ziemniaka w równych odstępach. Małą łopatką, taką używaną zwykle do sadzenia rozsady, poruszałem nieco ściółkę aż do gleby i wkładałem w tak powstały dołek po jednym kartofelku z tych kupionych na targu(podobno plenna i odporna na zarazę odmiana – takie zakupy to czasem jak ruletka!). Zrobiłem jeszcze dwa podobne, mniejsze zagonki z ziemniakami dwóch różnych odmian przywiezionymi z domu, które już nieźle podkiełkowały.
   W pewnej chwili ciepło promieni słońca, błękit lekko zachmurzonego nieba i widok równinnego mazowieckiego krajobrazu z pobliskim lasem w tle zupełnie mnie rozmontowały. Usiadłem na najświeższej zielonej trawie i mimo rodzącego się w kościach, odwykłych od fizycznej pracy, bólu, poczułem strasznie przyjemne doznanie. Krótko to trwało, ale mogę to nazwać tylko tak:
SZCZĘŚCIE
   Po tej krótkiej chwili odurzenia upływający czas zmusił mnie do bardziej praktycznego jego wykorzystania niż zachwyty, „ochy i achy”. Widłami amerykańskimi delikatnie i płytko przekopałem podłoże z łatwością wybierając wschodzący perz, któremu udało się już przebić przez rozłożony już przez lata karton. Odtworzyłem w ten sposób dwie grządki. Jedna z nich, trochę dłuższa, obsiana została czerwonymi burakami a druga marchewką.  W sąsiedztwie tychże powschodził też już posadzony przed Wielkanocą czosnek(jesienią zabrakło czasu i energii). Posadziłem go także sprytnie w wyściółkowane wokół młodych drzewek podłoże – też już go widać. Eksperyment? Zobaczymy. Zrobiłem też z przkompostowanego obornika króliczego, kurzego i resztek roślinnych dwie rabatki na cukinię i ogórki. Dla dyń czeka już inne dobrze „dokarmione” świeżą ściółką miejsce. Drzewka owocowe mają już wyraźne pąki kwiatowe: śliwy uleny zakwitną lada dzień, grusze też już tylko, tylko. Jabłonie jeszcze mają czas. Aronia ma już młode listki(trzyletnia nalewka smakowała w minione święta wybornie) a porzeczki zakwitną pewnie za tydzień. Fajny czas zaczyna się teraz na świecie. I ten przypływ energii, który czują prawie wszyscy. I tylko alergików jakby znów przybyło – znak czasów czy może jest jakieś bardziej praktyczne tego wyjaśnienie? A może to sprawa gwałtowności, z jaką budzi się życie roślin? Wszystko teraz ożywa a to cieszy najbardziej.
   Królików już nie mam od jesieni i tylko westchnąłem cicho na targu w zaułku z drobnym inwentarzem. Może jeszcze, kiedyś. Z kur, których kilkadziesiąt kupowałem ostatni raz trzy lata temu została już garstka. Szwagierka dokupiła 10 młodych i jest zachwycona, że takie ładne i już się niosą. Wszystko, co młode jest jakieś ładniejsze a jak pożytek jeszcze z tego jaki, to i o zachwyt nie trudno. Na razie jeszcze jaj nie kupuję, ale co czas przyniesie? Zobaczymy.
   Napracowany, jak nie wiem co, wróciłem do domu wieczorem korzystając z wydłużającego się dynamicznie dnia. W niedzielę, korzystając z dobrej jeszcze pogody otworzyłem również sezon rowerowy. Pół emeryckim tempem przejechałem(jakieś 25 km) do Powsina pośród niemałego tłumu mi podobnych. Po powrocie, kąpieli i obiedzie doszedłem do wniosku, że nadaję się fizycznie do sanatorium. Na szczęście w poniedziałek nie było aż tak źle – wróciłem do stołecznej normalności.
  

Złota Myśl?!:
Z historii własnego życia warto pamiętać tylko dobre chwile,
rozpamiętywanie złych może jego resztę zamienić w koszmar.

Niełatwe?
A próbowaliście?

czwartek, 14 kwietnia 2016

Kuchnia polska



   Arystokratyczna, szlachecka, plebejska czy chłopska? Czy można teraz jeszcze używać takiego określenia? Czy to, co obecnie kładziemy na naszych talerzach ma jeszcze coś szczególnego i wspólnego z naszym krajem?
   Z mody, kaprysu, konieczności, zamożności lub biedy różni się bardzo zawartość naszych lodówek i garnków. I tu upływ czasu niewiele zmienił. Zamożniejsi i ci bardziej świadomi zagrożeń, jakie niosą dla naszych organizmów współcześnie wyprodukowane(bo nie wyhodowane przecież) rośliny i zwierzęta, starając się ochronić przewody pokarmowe własne i swych potomków płacą drożej z nadzieją, że trafili na uczciwych sprzedawców. Reszta ludzi mniej lub bardziej świadomie lub z zimnej kalkulacji zaopatruje swoje lodówki w większych lub mniejszych sieciach.
   Produkty, półprodukty, dania gotowe ku naszej wątpliwej wygodzie, zapełniają półki. Z wygody, lenistwa lub autentycznego braku czasu sięgamy po puszki, słoiki czy folie. Ziemniaki i inne warzywa wymyte do ostatniego ziarnka piasku, dokładnie zaimpregnowane chemią by nie zgniły przez parę dni leżakowania na półkach sieciówek. Rządy wszystkich chyba krajów świata najbardziej boją się niezadowolenia ludności z powodu cen żywności. Nie jeden z nich przez to przecież upadł. Korporacje „załatwiają” władcom spokój produkując idealnego kształtu i wielkości żywność i marnując przy tym dużą jej część. Czy ktoś może jeszcze powiedzieć, że w stu procentach korzysta ze zdrowych warzyw?
   Rosół ugotowany z kury domowego chowu z makaronem zagniecionym na samych swojskich jajach dalej smakuje pysznie i nadzwyczajnie. Mięso z niej, choć suche, bo kura nie pierwszej młodości, wciąż jest bardzo inne niż to z pięciotygodniowego kurczaka z marketu. A bigos, kiełbasy, pieczyste, sery, owoce……
    Można by długo i wiele fajnych, polskich, swojskich potraw jeszcze tu wymienić. Większość z nas i tak nadal nie zajada się kawiorem i homarami. Czasem musi wystarczyć tylko zupa lub drugie danie. Gorzej jak przez wiele dni żyć trzeba bez ugotowanego posiłku. Jeszcze gorzej jak trzeba odejmować sobie od ust by przeznaczyć pieniądze na raty lub utrzymanie. Smutna to współczesna rzeczywistość.
   Nie wiem sam czy istnieje jeszcze w czystej formie pojęcie polskiej kuchni. Nieograniczona możliwość stosowania przypraw z całego właściwie świata sprawia, że wiele tradycyjnych potraw zmieniło swój smak. Dziś nadal jednak zamożność decyduje o tym, co mamy na talerzu. Szkoda, że niektórzy tylko dlatego, że mają pieniądze zapominają o tym, iż na ich talerzach są rzeczy z miejsc odległych czasem o tysiące kilometrów stąd. 
   Smacznego???

wtorek, 8 marca 2016

Największa reprezentacja olimpijska



   W minionym tygodniu prezydent MKOl zapowiedział, że podczas najbliższych Igrzysk Olimpijskich w Brazylii zostanie wystawiona jeszcze jedna, dodatkowa reprezentacja:
Reprezentacja UCHODŹCÓW!!!
   Nie mam zupełnie nic do ludzi, którzy z powodów politycznych, etnicznych czy w ucieczce przed wojną, narażając nierzadko życie własne i najbliższych opuszczają dotychczasowe miejsce zamieszkania czy kraj.  Rozumiem też ekonomiczne pobudki takich wyjazdów. W końcu jako nacja nie jesteśmy pod tym względem odosobnieni. Nie jedna fala emigracji wyszła przecież i z naszej ziemi.
   Ponad milion ludzi nielegalnie(?) przemieściło się, różnymi drogami, do Europy w ubiegłym roku. Pewnie jakiejś części z nich powinniśmy się obawiać ze względów powszechnie znanych, bo nagłaśnianych przez media. To tylko, a może raczej aż, milion ludzi, sądząc po zamieszaniu, jakie ta migracja wywołuje. Skłaniam się do opinii, że znakomita większość z przybywających kieruje się pobudkami ekonomicznymi. I raczej nie będzie to koniec tej wędrówki ludów – to raczej początek.
   I taka oto myśl przyszła mi do głowy:
  Nie będzie to jeszcze zapewne na tych Igrzyskach najliczniejsza reprezentacja sportowców. Pewnie najliczniejsze będą jeszcze i tym razem drużyny, które dotąd wystawiały najmocniejsze składy. Ale jak będą wyglądać Igrzyska Olimpijskie pod tym względem za lat 50? Przecież na świecie nieszczęścia i biedy jest więcej niż dostatku i bogactwa. Na pewno tych pierwszych ludzi jest wielokrotnie więcej niż drugich. Czy za lat dwadzieścia do bogatych krajów, niekoniecznie europejskich, przybędzie 10 czy może 100 milionów ludzi? A może grubo mylę się w mych domysłach? Może będzie to już wtedy pierwszy miliard?
   Na razie Europa broni się jakoś przed uchodźcami płacąc dobrowolny(?), miliardowy haracz, by utrzymać następnych chętnych do dobrobytu daleko od swoich granic. Na razie środków starczy. Ale czy wielokrotności tych mas ludzi też uda się opłacić i powstrzymać przed dalszą wędrówką? Jeśli dojdzie do tego za lat 50 to umrę zapewne w nieświadomości takiego faktu, bo nie dożyję. Jeśli natomiast za lat 20 to mogę być świadkiem ciekawych czasów. No, bo gdy zabraknie pieniędzy to, co ich powstrzyma? Przecież od zawsze grupy narodowe czy etniczne zamieszkujące określone obszary broniły swych ziem, czasem za wszelką cenę, nawet życia.
   Jeśli nic się w tej kwestii nie zmieni to wówczas najliczniejszą reprezentacją olimpijską będą.... uchodźcy. O ich poziomie sportowym nie wspomnę, bo nie na tym polega idea olimpijska. Zastanawiam się, czy czasem sami, nie wszyscy jednak(tylko ci zamożniejsi), nie wskazaliśmy im gdzie znajduje się lepszy świat. Przecież to bogaci jeździli do rejonów świata skąd teraz przybywają uchodźcy. Przecież sami zamożnością i beztrosko spędzanym pod palmami wolnym czasem pokazaliśmy na co nas stać i gdzie jest lepiej. Może oni chcą tylko żyć tak samo jak my. Ale czy będziemy chcieli się dzielić i opodatkowywać w tym celu? Czy kiedyś nie zabraknie środków. A może oni już nie będą pytać czy można?
   Czy to tylko futurystyczna wizja? Oby się nie sprawdziła, bo co zrobią wówczas nasze wnuki?
Czy jest jeszcze czas by odwrócić ten proces?

niedziela, 14 lutego 2016

Dobre papu… i wiosenne plany



   Jakoś w zapędzonym życiu mało ostatnio uwagi poświęcam temu, co jem. Nie mam jakoś chęci i czasu, zwłaszcza w tygodniu, na dopieszczanie posiłków. Na razie nie odbija się to jeszcze negatywnie na moim układzie pokarmowym czy zdrowiu. Zawsze starałem się zwracać uwagę na to, co i jak jem. Nie to żebym niedojadał albo jadł byle co i jak(były przecież ostatnio i pierogi i makarony z ciekawymi sosami i zupy) nie wiem, czemu ale jakoś ostatnio bardzo straciłem kulinarną wenę.
   Może dlatego, podczas sobotnich, porannych, zwyczajowych zakupów jak zwykle stanąłem zagubiony przed stoiskiem mięsnym, jak dziecko we mgle, z wolną ręką jeśli chodzi o wybór produktów. I chyba raczej bardziej z zimnej kalkulacji(złotówka różnicy pomiędzy łopatką)wybrałem karkówkę. Nawet pani sprzedawczyni uprzejmie zapytała czy wolę z węższej czy szerszej strony. Zostawiłem jej wybór, bo planowałem mielone kotlety, z polecenia koleżanki z pracy(podobno dobre). Pani odcięła mi półtora kilo z tej węższej. W sobotę dojadaliśmy jeszcze końcówki z minionego tygodnia: żona dyniową(ekskluzywną, bo dynia po 6zł za kilo) a ja ugotowaną na bazie kapusty warzywną „śmieciówkę” z mięsną wkładką w postaci dwóch centymetrowej grubości plastrów surowego boczku.
   Ale w niedzielę planowaliśmy obiad w pełnym rodzinnym składzie. Więc mielone wydały się zbyt pospolite. Pokroiłem karkówkę na porcje, delikatnie zmiażdżyłem mięso pięścią. Posoliłem, popieprzyłem, ale takie przyprawienie wydało mi się zbyt zwyczajne. Miałem akurat świeżą papryczkę chili, którą, bez pestek, pokroiłem drobno. Do tego dwa ząbki czosnku również drobno posiekane. Obsypałem tymi dodatkami każdą porcję i skropiłem każdą kilkoma kroplami soku z limonki oraz oleju. Ułożone ciasno w misce wstawiłem do lodówki na noc by nabrały smaku. Plan był taki by przyrządzić je w parowarze(ostatni gadżet kulinarny córki). Jednak usmażyliśmy je w standardowej jajeczno-bułczanej panierce. Podane z ziemniakami i surówką z sałaty lodowej smakowały jakoś wyjątkowo. Było pyszne i wszyscy bardzo zachwalali. Może dlatego, że trochę inaczej przyprawione?
   Paprykę chili dziś posiałem. Rozsada powinna być gotowa w kwietniu. Ma rosnąć na parapecie okiennym w pracy(wielki jest a okno od słonecznej strony). Ot taka inspiracja. A z tą chili to też tegoroczny eksperyment. Ale nie jest jedyny. Kupiłem nasiona okry. Roślina popularna w Afryce, ale może się udać również w naszym klimacie. Ponoć oryginalna w smaku. Spróbuję. Po nieudanych ubiegłorocznych próbach ze słodkimi ziemniakami nie tracę nadziei, że może w tym roku uda się mi trochę egzotyki. Dyń mam ze cztery odmiany – może tegoroczne lato będzie wilgotniejsze. Permakulturowe grządki, podwyższone dołożoną w ubiegłym roku organiczną materią, chłoną teraz wilgoć z padających obecnie zimowych deszczów.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

L-4



   Nie wiem czy to podczas pogrzebu, na którym byłem w ubiegły piątek, gdy zmieniła się gwałtownie pogoda, czy z powodu awarii ogrzewania w pracy zachorowałem. I już. A właściwie to dla mnie nie takie znów nic i już. Nie przeziębiam się, nie mam gryp ani nie łapię wirusów. Słowem jestem odporny i zdrowy jak rydz. Aż tu nagle poprzedni tydzień takie załamanie. Od poniedziałku każda noc to gorączka i litry potu wylewane z siebie. Jakiś apap, syrop, pastylki do ssania lub płukanie gardła z rana prysznic i do pracy. No, bo jaki jest sens się rozczulać nad sobą i iść do lekarza. Przecież zawsze, w takich sytuacjach już na drugi dzień nie było właściwie śladów chwilowego niedomagania. Działało tak do tej pory, ale zawiodło, bo ani we wtorek, środę ani czwartek nic się nie zmieniło. W piątek pomyślałem w weekend poleżę i przewalczę choróbsko. Sobotni poranek podważył moje plany. Wszystkie dotychczasowe dolegliwości, które pojawiały się dzień po dniu wcześniejszych zmagań wystąpiły teraz wszystkie na raz. Prysznic, odśnieżanie i skrobanie samochodu(bardzo mnie wyczerpało) i za pół godziny po opłaceniu w kasie wizyty byłem już pod gabinetem. Krótkie badanie, pełne politowania spojrzenie(że taki stary i bezmyślny) lekarki z tytułem doktora nauk medycznych i pytanie czy chcę zwolnienie do piątku czy krócej? Prąd przeszedł przeze mnie, kiedy padło to pytanie. Kurcze, nie korzystałem ze zwolnienia chyba z piętnaście lat!! Szybka kalkulacja: skoro mój stan na to wskazuje to wezmę do piątku – może się porządnie wyleczę. Przecież zima tak na dobre się dopiero zaczyna – głupio by było żyć dalej z takim czymś niedoleczonym. Rachunek strat nie jest mały: pani doktor z tytułem podbija cenę wizyty, rachunek z apteki też trzycyfrowy no i pewnie jeszcze czkawką odbije się to w pracy przy podziale premii za styczeń.Zdrowie ważniejsze. Z resztą jak zachoruje się raz na piętnaście lat to można "zaszaleć".
   Kiedy CHORY opiekuje się innym CHORYM to jest to CHORE. Nieprawdaż? A tak właśnie mam. I nie ma mnie za bardzo, kto w tej opiece zastąpić. Bo żona nie powinna dźwigać, więc chronię ją przed tym. Kiedy sam, będąc w gorączce, dźwignąłem matkę to było to tak jakbym bił rekord świata w podnoszeniu ciężarów – zamroczyło mnie. Człowiek z temperaturą jest bardzo słaby. Ale co zrobić, takie życie. Mam nadzieję, że po chorobie znów się odbuduję i wszystko będzie OK.
   Jak mi się polepszy to posieję może jakąś rozsadę. Chyba nie za wcześnie?

ZDROWIA!!! Życzę ... również sobie....

wtorek, 12 stycznia 2016

Czy jest sens? Kiedy jeden z naszych już nie żyje.



   Czy jest sens pisać o tym, że trzy dni przed świętami ktoś wybił mi w samochodzie szybę i ukradł radio? Stracony dzień w pracy a policja gramotna jak dawniej. Kupa głupich pytań a i tak brak szans na jakiekolwiek pozytywne zakończenie. Ukradzione radio, warte dwieście złotych, ciągle jeszcze stanowi pokusę i daje „zarobek”. Niska szkodliwość czynu i zapewne umorzenie śledztwa a w ubezpieczeniu naprawa w ramach udziału własnego. A w kieszeni minus pięćset.

   Czy jest sens pisać o tym, że ilość dań wigilijnych znów w tym roku przekroczyła pojemność naszych żołądków. Znów na zapewnieniach i obietnicach powściągliwości się skończyło. Tradycja? Kto i po co właściwie wymyślił, że powinno być te dwanaście dań? Czy to tradycja plebejska czy może magnacka?

   Czy jest sens pisać o tym, że szwagierka trafiła przed Sylwestrem do szpitala z bardzo ostrym zapaleniem wyrostka i w bardzo krytycznym już stanie. Choć uskarżała się na dolegliwości z tym związane od lat!!!! Tak to nie pomyłka! Smutne w tym jest to, że leczona była na różne wyimaginowane choroby przez profesorów, którym nominacje uroczyście wręcza sam prezydent naszego kraju, który nie jest w stanie w żaden sposób zweryfikować ich umiejętności. Z resztą jakoś nie mamy szczęścia do prezydentów z kwalifikacjami a i nominowani jacyś przeciętni. Na szczęście operował ją doktor z prowincjonalnego szpitala, który po prosu wiedział - może tylko był pilnym studentem a może bardziej lubi swój zawód.

 Zapewne jest w tym jakiś sens.
Tylko, czy codzienność musi być aż tak irytująca i zła?! Czy nie mogłoby być tak zwyczajnie. Ciekawsza?

Z resztą co ja tu wygaduję!
   Jeden kolega z naszej mazurskiej paczki zmarł w zeszłym tygodniu a w piątek był pogrzeb. Czternaście miesięcy walki z rakiem i przegrana.
   Różnie bywało między nami. Różniliśmy się poglądami na wiele tematów. Czasem wkurzaliśmy się nawzajem ale stopień naszej zażyłości nas do tego upoważniał. Ale też wspieraliśmy się podczas kryzysów, które przytrafiają się przecież każdemu. I szanowaliśmy się. I zawsze, niezależnie czy jechało nas nad jeziora czterech czy jedenastu, mieliśmy o czym gadać a czas upływał nam zawsze miło.
   I nawet gdy składałem mu przez telefon ostatnie życzenia świąteczne a po drugiej stronie słyszałem słaby już głos,zawsze przecież energicznego faceta, nadal nie dopuszczałem do siebie tych najczarniejszych myśli. 

   Zawsze w takich chwilach zadajemy sobie pytanie  jaki jest sens przejmować się błahostkami kiedy życie tak łatwo może być brutalnie przerwane? A może ono właśnie składa się z błahostek?

sobota, 2 stycznia 2016

2015 jaki był



ŚWIATOWO: uchodźcy i terroryzm
KRAJOWO:  Polacy kupili inną kiełbasę wyborczą. Przez osiem lat nawet kawior się znudzi. Czy ta obecna będzie lepiej strawna – przekonamy się za cztery lata.

Tak to oceniam, ale mogę się mylić. 

I tak każdy z nas albo walczy codziennie o przetrwanie albo …. już teraz ociera się o raj.