Witam!

To jest o moich osobistych rozważaniach, obserwacjach, doświadczeniach, myślach o sprawach bieżących i bardziej uniwersalnych, ponadczasowych. Bez zdjęć i obrazów, tylko słowa.

środa, 21 czerwca 2017

Zaniedbałem to mam…..



…. a właściwie nie będę miał. Nie być w maju i czerwcu na działce pięć kolejnych tygodni? Nie wiem czy to bardziej głupota czy zbrodnia? „Efekty” zaniedbań widać było już przy wjeździe. Fasola pnąca i buraczki niewidoczne zza zielska. Szpinak półmetrowy, raczej już niejadalny – za to dla kur i owszem. Teściowa z uwagi na wiek i stan zdrowia robić wiele już nie może zaś szwagierka już dawno położyła przysłowiową laskę na moje ogrodnicze wypociny. OK! Nie mam pretensji. Myślałem, że w tym roku moje życie prywatne wróci do normalności objawiając się między innymi tym, że więcej czasu poświęcę na działkę i lepsze korzyści z niej uzyskam. Niestety maj przebiegł pod znakiem komunijnych spotkań rodzinnych a połowa czerwca zleciała już prawie na załatwianiu w weekendy innych zaległości. Jednym słowem porażka. Ziemniaki posadzone 3 maja wygniły od nadmiaru deszczów i wątpię czy wykopię więcej niż zasadziłem. O szpinaku już wspomniałem. Jabłek i włoskich orzechów też nie będzie. Właściwie dynie i fasola jeszcze tylko rokują. Na cokolwiek innego jest już za późno.
   Skosiłem część łąki, bo i trawsko już było po pas. To, co skosiłem dołożyłem na grządki gdzie były ziemniaki – inwestycja w przyszłość. Chyba tylko budowanie nowych zagonów ma w tym roku jakiś sens. Młode krzaki leszczyny wydały w tym roku znaczące przyrosty a na niektórych są nawet owocowe zawiązki. Czosnek pewnie urodzi kilkadziesiąt główek a zeszłoroczna szalotka już wytworzyła cebulki przybyszowe. I tyle o działce.
   W pracy zajmuje mnie teraz bardzo dobry projekt. Polega on na tym, że znaczną część pracy papierowej, robionej w bardzo trudnych warunkach, uda się zamienić na trzy kliknięcia, które to załatwią w dodatku eliminując błędy. Zyskają na tym głównie ludzie pracujący na stanowiskach takich jak ja jeszcze dwa lata temu. Mam z tego dużą satysfakcję, bo na gratyfikacje od zwierzchników raczej nie liczę. Jestem już w tym temacie mocno zaawansowany i mam nadzieję, że w wakacje uda mi się wprowadzić zmiany w całej firmie.
   W domu rozmnożyłem Sansevierię i Zamiokulkasa. Na balkonie trzy kwitnące sadzonki chilli zapewnią mi znów zapas tej pikantnej przyprawy na zimę. Bardzo ciepłe dni zachęcają do zmiany diety a ciężkie i syte potrawy jakoś w tym czasie nie mają racji bytu. Za to jogurty, kefiry i inny nabiał w połączeniu z młodym ziemniakiem jak najbardziej, tak.
   O wakacjach, urlopie na razie nie myślimy. Pewnie przegapiliśmy czas, gdy należało wybierać i decydować, Może we wrześniu jakieś parę dni….
Na razie króluje dzień powszedni.
Na znajome bloogi też zaglądam – miło popatrzeć jak chociaż innym coś więcej się udaje.

piątek, 16 czerwca 2017

Oszczędności i kredyty



Spokojny i stabilny rozwój a także prawdziwe szczęście biorą się z oszczędności.
Kredyty generują haos gospodarczy, wyzysk, oszustwa oraz kryzysy rodzin i państw.

... o tym raczej nie mówią wielkie stacje telewizyjne czy znane gazety.

sobota, 20 maja 2017

Pierwszych komunii czas



   Jesteśmy teraz w apogeum spotkań rodzinnych związanych z pierwszymi komuniami dzieci. Zazwyczaj wieńczy to wydarzenie mniej lub bardziej wystawne przyjęcie. Coraz częściej, w wypadku lepiej sytuowanych materialnie osób albo ze względów lokalowych czy zwykłej wygody, odbywają się one w wynajmowanych w tym celu salach czy domach weselnych. Rozwój tego rodzaju biznesów jest według mnie obecnie nadzwyczajny, wspierany ponoć nawet poprzez unijne dotacje. Ale nie o zaletach i profitach tegoż biznesu chciałem pisać.
   Jest coś w naturze naszej, że z powodów przeróżnych, bardzo się staramy by takie spotkanie i wydawane przyjęcie wypadło jak najlepiej. Czasem chyba nawet bardziej o to dbamy niż o sam wymiar duchowy i religijny tego wydarzenia. Ustalanie listy zaproszonych gości, dogadywanie menu poprzedzone wcześniejszym rozeznaniem organizatora a czasem bardzo przypadkowego, bo znalezionego w ostatniej chwili, bardzo pochłania czas i energię. A wszystko to bardzo często po to, by nie spotkały nas potem niepochlebne komentarze. Na końcu, już po wszystkim, wspólnie z dzieciakiem, następuje przeliczenie zawartości kopert i wtedy, może po raz pierwszy, dziecko poznaje takie terminy jak: skąpstwo czy hojność.
   Z obawy przed takimi właśnie sytuacjami coraz częściej dochodzi do tego, że część rodzin rezygnuje z takich spotkań i nie uczestniczy w takich wydarzeniach. Może zyskują tzw. święty spokój a pieniądze wydają inaczej.
   Również z obawy przed komentarzami, wydający takie przyjęcie często przesadzają z nadmiarem dbałości o ilość i jakość, która kończy się często tym, że niemała część przygotowanego jedzenia kończy na śmietniku. Zdarza się czasem również tak, że mimo starań coś nie wypadnie według planów i oczekiwań.
   Zapewne jednym i drugim nie można odmówić pewnej racji w ich postępowaniu. Każda ze stron równie łatwo uargumentowałby swój wybór.
   Mnie jednak nie daje to nadal spokoju a doznania po uczestniczeniu w trzech w tym miesiącu takich uroczystościach są bardzo świeże i różnorodne. Od nadmiaru, przesytu i marnotrawstwa aż do słabości menu i ilości mimo wybranych wspaniałych i ekskluzywnych miejsc spotkań. I przypominam sobie moje dziecinne wrażenia z pierwszej komunii. A z opowiadań moich rówieśników, które toczyliśmy podczas rozmów przy tej okazji, wynika, że wiele osób miało bardzo skromne te swoje pierwsze komunie.
   Pewnie nic odkrywczego tu nie napisałem i niewiele się też w tym temacie zmieni. Zastanawiam się tylko już dziś czy w przyszłym roku nie czekają mnie takiego rodzaju uroczystości.
Może było ich po prostu za dużo?

PS: Na działkę zaraz jadę by "posprzątać parapety" w mieszkaniu ku uciesze żony. Trochę też mam zaległości przez te pierwsze komunie…… Ech!

środa, 3 maja 2017

Majówka



   Od soboty zacząłem majówkowy „relaks”. Pogoda niepewna i choć nie padało i niezbyt ciepła była, skutecznie zniechęciła od wyjazdu rodzinkę. Pojechałem więc sam powalczyć z glebą. Powiem tak: nie jestem znów w pełni zadowolony z moich dokonań. Słaby jakiś jestem po zimie, znów słabszy jak rok wcześniej. Może to zbliżająca się szóstka z przodu a może tylko SKS? Coś tam jednak zrobiłem, choć końskie zdrowie na pewno już dawno za mną.
   Rozpocząłem od wizyty na targu w Radzyminie po drodze na działkę. Już przed wjazdem na plac zauważyłem, że znów handlują drobiem, mimo tego, że zakaz, choć nieco poluzowany nadal obowiązuje. Trzeba będzie zakupić trochę młodych kur, bo te, co są, choć mają w tej chwili wiosenny renesans nieśności, to pewnie za chwilę staną się darmozjadami. Połaziłem, pogapiłem się, kupiłem worek ziemniaków, sadzeniaków odmiany Irga i pojechałem. Były już na targu także pierwsze rozsady porów, selerów, pomidorów, papryki i innych warzyw i kwiatów, ale ceny kosmiczne, więc sobie darowałem ten zakup. Dojechałem, po drodze kupując jeszcze trochę jedzenia by nie sępić od teściowej żyjącej z niewielkiej przecież emerytury(kurna, czy ja kiedyś na starość też tak będę miał?). Pogadaliśmy trochę i po herbatce wziąłem się za robotę. Skopałem resztę ogródka pod fasolkę tyczną i warzywa, podglądając przy tym czy wysiany już wcześniej bób, buraczki i szpinak czasem już nie wschodzą. Ale nie, jest za zimno i wszystko stanęło. Śliwy tylko na przekór panującym temperaturom kwitną, zapylane pracowicie przez kilka trzmieli, które zarobiły sobie gniazdo pod dachem budynku dawnej obory, obecnie kurniko-drewutni. Dalej posiałem tę fasolkę i naszykowałem pod każdym z miejsc siewu sznurki, po których będzie się spinać. Z sadzeniem ziemniaków wstrzymywałem się do ostatniego dnia pobytu(1 maj), bo na łące, po ostatnich obfitych deszczach stała woda. Próbowałem, co prawda przeprowadzić małą meliorację, ale skutek prawie żaden – woda słabo spływała w pole. Za to gnaty od kopania rowków w grząskiej, błotnistej ziemi dały o sobie znać bólem. Ale odkryłem wreszcie a właściwie potwierdziłem, że pod warstwą gleby znajduje się glina, która jest powodem jej nieprzepuszczalności. Wykopałem, mimo napływającej wody dół, i na głębokości około 70 centymetrów zaczyna się glina. Znalezisko to natchnęło mnie myślą o jej wykorzystaniu. Zaraz skojarzyłem, że jeden przystanek autobusowy ode mnie na budynku jest baner z napisem o kursach ceramiki. Mógłbym się może tego nauczyć i zostać „gliniarzem” (czytaj: wytwórcą ceramiki). W końcu nie święci garnki lepią.
    Przygotowałem jeszcze kilka miejsc, w których wysieję nasiona lub wsadzę rozsadę dyń. Będą w tym roku rosły wraz z fasolą Jaś, dla której przygotowałem z leszczynowych tyczek podpory w kształcie indiańskiego tipi.. To będzie taka skrócona forma uprawy typu „trzy siostry”. Ale kukurydza też będzie mieć dla siebie inne miejsce. Nazbierałem jeszcze, na niemałą kupę, trochę patyków i suchych gałęzi, z których chcę przygotować wał a one znajdą się na samym spodzie. Przesiałem także kilka worków kompostowej ziemi, której potrzebuję do balkonowych doniczkowych uprawek. Idealna okazała się tu skrzynka wykotowa od królików z dnem z siatki o oczku 10 na 10 mm.
   Na śniadanie wykopałem jeden młody czosnek i pokroiłem cały jak szczypiorek do kanapek. Był pyszny i delikatny, bez ostrego smaku, choć charakterystyczny aromat już miał. Trzy kolejne zabrałem do domu w tym samym celu. Pierwszego maja po południu odjechałem do domu. Nie zostałem dłużej, bo jestem w trakcie zabiegów na bolący bark a drugiego maja też je miałem. Za długo czekałem na to by sobie odpuścić. Byłem też tego dnia w pracy. Pusty parking zapowiadał nadzwyczajny spokój. Napotykane tam osoby wyglądały jak duchy snujące się za karę. Mimo to udało mi się jednak załatwić parę spraw związanych z zakończeniem poprzedniego miesiąca tak, że tego czasu nie zmarnowałem.
   Dziś zajmę się przesadzaniem chilli i koktajlowych pomidorków do balkonowych donic a ponieważ żona idzie na urodziny („pięćdziesiątkę” do „psiapsi” z dziesiątego piętra), więc będę miał przy tej czynności spokój.

niedziela, 9 kwietnia 2017

Posadziłem …



… pierwsze ziemniaki. I czosnek! Jak zwykle na wariackich papierach wszystko się to odbyło. Pojechaliśmy z samego rana(rano to bardzo pojemne słowo) … i już po jedenastej byliśmy na wsi. A po drodze był jeszcze market, bo kupowaliśmy składniki do ciast, jakie szwagierka wypieka na święta. Przywitałem się teściową i szwagierką i po paru kurtuazyjnych zdaniach byłem już przebrany w działkowe ubranie. Wiem, niedziela palmowa a ja latam z taczką jak wariat po działce. Pewnie niejednego to może urazić, ale jak zaległości w działaniach tak olbrzymie a wiosna uderza do głowy to ja nie potrafię inaczej. Pogoda do tego sprzyjała, pochmurno i nie za ciepło było, więc coś tam zrobiłem.
   Ziemniaki dwóch odmian, zakupione w markecie w ilości 4 kilogramów posadziłem na miejscu gdzie jeszcze nigdy nie rosły. Z trzech główek czosnku wyszło czterdzieści ząbków, które powtykałem w spulchnioną i odchwaszczoną ziemię. Biegając pomiędzy drzewkami i zagonami odkryłem, że w miejscach gdzie w zeszłym roku był czosnek wystają z ziemi młode roślinki - pewnie niedokładnie zebrałem plony i jakieś pojedyncze ząbki zostały. Fajnie to wygląda i może coś z tego będzie a naliczyłem ich jakieś kilkadziesiąt sztuk.
   „Podniosłem” dwa zeszłoroczne zagony dokładając kompostu i zleżałej słomy uzupełniając wszystko zagrabionymi z łąki resztkami suchych traw. Na jednym rosły ziemniaki a drugi dopiero powstawał. Na tym po ziemniakach będą dynie a na tym nowym posadzę ziemniaki. Powycinałem leszczynowe odrosty a uzyskane w ten sposób tyczki będą podporami dla pnącej fasoli. Muszę po świętach zaplanować jeszcze miejsce dla warzyw korzeniowych i ogórków.
   Na drzewach widać już pąki kwiatowe. Trudno po ich ilości ocenić potencjalny urodzaj, ale chyba jest trochę mniej jak rok temu. Na działce sąsiada, widać młodzi przejęli stery. Powycinali pond pięćdziesięcioletnie jabłonie. Mnie się to nie spodobało, ale taka już jest ta wolność właściciela. Trudno powiedzieć, co planują, ale może fabryki żadnej tam nie zbudują. Poleciałem też do lasu i tu też widać efekty spalinowych pił. Całe połacie sosnowych młodników, co to w sezonie są ostojami maślaków wycięte w pień. Szkoda, bo ziemia tam piaszczysta i pod uprawy rolnicze raczej mało przydatna. Pewnie sosenki pójdą z dymem przez kominy właścicieli.
   Weterynarze cofnęli już zakaz wypuszczanie drobiu, choć nadal nie mogą mieć do nich dostępu ptaki dziko żyjące. Przesadnie chronimy chyba przemysłowe fermy. Lobby producentów „zdrowej żywności” z drobiowego mięska naciska na rządy i swoje osiąga. Kury po zimie wyglądają słabo, bo normalnie nawet w lutym w cieplejsze dni widywałyby słońce. Teraz, gdy mają dostęp do młodej zielonki pewnie szybko odżyją, ale jaj nie jest za wiele. Może jak zniosą zakaz handlu to dokupimy młodych i będzie lepiej.
   Zapakowaliśmy trochę jaj na święta i dwuletnie(AD2015 - tak, tak to nie pomyłka) kiszone ogórki. W ciemniej chłodnej piwnicy przestały do dziś. Są nadal smaczne i jędrne a ponieważ bańka pięciolitrowa to dla nas zbyt dużo podzieliliśmy się z córką zjeżdżając do niej po drodze do domu.
   Ciekawe jak jutro wstanę z łóżka po tych gimnastykach?
A może nie będzie tak źle….
PS: Rozsady pomidorków koktajlowych i chilli na oknach mają się dobrze choć te pierwsze trochę "wybiegnięte". Chyba trochę przesadziłem z wczesnością terminu siewu.

sobota, 25 marca 2017

COB live

Poniżej adres do wklejenia do wyszukiwarki:
https://www.youtube.com/watch?v=PAC2hZ6LWDc
Strona działa od kilkunastu godzin.
Może to będzie dla kogoś ważne albo tylko interesujące.
Wiele się o tym mówiło w czasie budowy i powstawania, mówi się i teraz.....
Jednak co się zobaczy na własne oczy....

piątek, 17 marca 2017

Przygotowania do wiosny



   Przepikowałem pomidorki koktajlowe. Wybrałem kilkanaście sztuk siewek. Resztę rozdam ludziom o podobnych zainteresowaniach. Żona ogłosiła w pracy, że mamy nadwyżkę i chętni do balkonowo-doniczkowej uprawy znaleźli się w minutę. Papryka chilli zostanie przesadzona do doniczek za tydzień. Chociaż marcowa wiosna jeszcze niezdecydowana to każdy dzień, nawet ten pochmurny czy deszczowy, jest i tak coraz dłuższy. Na razie widać ją tylko na zapełniających się roślinkami parapetach. Żona już się nie może doczekać maja, gdy to wszystko zniknie na docelowych miejscach.
   Zwolniliśmy tempo naszego życia po latach szalonej walki i wyrzeczeń. Snujemy malutkie i ciche plany urlopowe. Może uda nam się pierwszy od pięciu lat kilkudniowy wyjazd. Remont kuchni i przedpokoju odłożymy na rok przyszły. Na razie zrobię tylko doraźne poprawki po awarii hydrauliki w kuchennym pionie plus malowanie ścian. Latem chciałbym nadrobić zaniedbania działki z lat minionych. Nazbierałem ostatnio szyszek drzew iglastych, zainspirowany filmami o zbieraczach włażących na najokazalsze z nich. Mam nasiona świerka, trzech odmian sosen i daglezji, z którą wiążę największe oczekiwania. Jej nasiona mam z szyszek znalezionych w parku Łazienkowskim po wichurach z przed dwóch tygodni. Wysuszone na kaloryferze pootwierały się wysypując nasiona. Własny las? Tego nie wiem, ale na pewno jakieś nowe doświadczenie. Na pewno ewentualne efekty tych działań nie będą moim udziałem. Może wnuków? Jeśli tak, to oby uszanowały.
   Na działce zastój w drobiowym temacie. Komunikat o ptasiej grypie zastopował wszelki ruch w obrocie kurami. Mieliśmy zakupić trochę młodych niosek, ale na razie ponoć jakieś kontrole służb weterynaryjnych skutecznie nas powstrzymują. Dwuletnie i starsze kury, niosą się już słabo ledwo zarabiają na swój byt. Właściwie jedyny pożytek z nich to nawóz, którego jest teraz więcej z powodu konieczności trzymania ich w kurniku. Dobre, chociaż i to. Będzie z czego zrobić nowe grządki.

niedziela, 26 lutego 2017

Odcinanie kuponów vs. walka o przetrwanie



   Jeden świat a tak naprawdę dwa światy. Bogaci i biedni. Odwieczny podział. Mimo upływu czasu i ewoluowania systemów społecznych nic się właściwie nie zmienia. Czy tylko niepohamowana żądza posiadania pieniądza, władzy, potęgi i siły jest wciąż „motorem” napędowym rozwoju ludzkości? Po jednej stronie potentat, którego nadrzędnym celem jest permanentna ochrona i wzmacnianie swej pozycji a po drugiej armia ludzi mrówek podążających nakazanymi ścieżkami by tę wielkość, w swym codziennym i mozolnym trudzie, utrwalać. Garstka superszczęściarzy i miliardy nieszczęśników, którzy nie mają prawa ani żadnych szans na zrealizowanie swego osobistego szczęścia i marzeń. Smutne, że taki ogrom ludzi zdrowych, silnych i pracowitych tak często żyć musi na skraju biedy. Paradoks, nie tylko naszych czasów. System?
   Ktoś może powie: przecież są ludzie szczęśliwi i niebogaci również i teraz. Pewnie, że są. Ale czy to naprawdę autentyczne szczęście? Gdy ktoś pozornie ma wszystko uzyskane za długoletni, na niepewnych warunkach brany, kredyt i pracę za parę tysięcy to szczęście? To, że niemal całe dorosłe życie będzie prowadzony na powrozie banku, to ma być szczęście? Gdy spłaci to wszystko za lat kilkadziesiąt okaże się, że oddał dwa razy więcej niż wziął napychając swymi ciągłymi wyrzeczeniami konta bogaczy. A może tak właśnie miała wyglądać „klasa średnia”? Według mnie to określenie to slogan stworzony na potrzeby utrwalenia istniejącego stanu w obecnych czasach. W każdym systemie musi być także jakiś pośrednik, trochę lepiej opłacany, który by pomógł utrzymać bogaczom ciągłą „stabilizację”, czyli zapewnić spokój wśród mrówek.
   Wiem, że postrzeganie szczęścia przez pryzmat dóbr materialnych nie każdemu się spodoba. Zapewne można być szczęśliwym za jeszcze mniej, lecz to bardziej kwestia hierarchii wartości ale częściej wybór pod presją otoczenia by łatwiej pogodzić się z własnym ja. Przepływy materialne tego świata muszą się jednak bilansować i jak komuś ubyło to gdzieś ten ubytek musi pojawić się jako przychód. Wiem też, że często pierwszy milion trzeba ukraść by następne generować już całkiem legalnie. W tej właśnie chwili pewnie także ktoś kradnie swój pierwszy milion….. taka to już jest ta ludzka natura.
   Nie oczekuję, że tym tekstem zwrócę uwagę bogaczy na sprawę, oni mają się świetnie i już teraz są jak w niebie. To pewnie parę ludzkich „mrówek" go przeczyta. Wiem, że niewiele to zmieni we współczesnym i przyszłym świecie. Naiwnością byłoby takie oczekiwanie. Może ja po prostu mam już taką socjalistyczną konstrukcję umysłu odziedziczoną po dziadku, który w okresie międzywojennym nie mógł znaleźć pracy za udział w robotniczych demonstracjach? To zapewne był główny powód napisania powyższych słów.
Ech ci nasi przodkowie….

PS 1: Chilli i pomidorki koktajlowe powschodziły i to jest absolutnie pewna i dobra wiadomość.
PS 2: Na Świętoszka idziemy dziś do Narodowego - traktuję to jako bonus za trud życia w wielkim mieście. Inscenizacja pewnie będzie trochę inna ale temat niezmiennie aktualny.

środa, 22 lutego 2017

Zasrane miasto i drzewa…



   Odwilż i topniejący śnieg odsłonił to, co podczas jego zalegania zrobiły psiuńcie swoich pańciów. Chociaż w mieście obowiązuje zasada i przepis, by pańcie i pańciowie sprzątali kupy swoich psiuńciów to i tak niewiele z tego, od lat, wychodzi. Może nawet bym przygarnął jakiegoś psiaka, ale uczulenie na sierść mojej żony, ograniczona przestrzeń mieszkania i obowiązek zbierania psich kup skutecznie mnie na razie powstrzymuje. Zadowalam się na razie relacjami ze wspaniałym i przyjacielskim kundlem teściowej, który nie musi zastanawiać się gdzie się załatwić a i tak znalazł sobie swoje na ten cel miejsce. W dodatku jak przyjeżdżam to szczeka podobno jakoś inaczej.
   Wielkiego dęba wycięto ostatnio w okolicy gdzie bywam. Może strata to niewielka dla tej miejscowości, wyróżniającej się w Polsce dużą ilością wiekowych egzemplarzy drzew. Powód tego wycięcia mnie tylko wkurzył bo jest dla mnie niezrozumiały. Drzewo to rosło w dzielnicy jednorodzinnych domów i jego jedyną winą było to, że jesienią swymi opadającymi liśćmi zapychał rynny w domach na sąsiadujących posesjach. ZGROZA!!!
   Ile takich „okazji” wykorzystanych zostanie podczas obowiązywania tego debilnego rozporządzenia? Pewnie zamiast korzystania z przyjemnego cienia w letnie popołudnia, które dawało drzewo dotychczas, właściciele tych domów założą klimatyzację, bo nie da się w upały wytrzymać….. A kiedyś się dawało! Wiem, jestem przeczulony na tym punkcie. Ale mam nadzieję, że za mego życia doczekam jeszcze powstania prawdziwej i autentycznej partii „zielonych”, która wygra jeszcze wybory a jej przedstawiciele nie pozwolą niszczyć takiego oczywistego dziedzictwa ludzkości.
Amen.

niedziela, 5 lutego 2017

Co dalej…


   Nauczony dotychczasowym życiem nie planuję. Już tyle razy zamierzenia blisko czy dalekosiężne nie sprawdziły się, że chyba nie warto grać w tę ruletkę. Ale by nie stać się planktonem niesionym przez prądy oceanu jakimś działaniem trzeba jednak zaznaczyć swą obecność na tym świecie. Chciałbym w tym roku, tak zdecydowanie i mocniej, „powalczyć” z działką i kontynuować zagospodarowywanie tego kawałka ziemi metodami tworzenia silnych i wydajnych struktur naturalnymi sposobami. Myślę tu o tworzeniu kolejnych wzniesionych grządek nie zapominając oczywiście o ciągłym nadbudowywaniu tych już istniejących.
   Nie ukrywam, że przez ostatnie lata bardzo mi tego brakowało a każda konieczność rezygnowania z tamtych działań była trudna. Ale tak być musiało. Wynikło też z tego powodu sporo zaniedbań, które mam nadzieję uda mi się w tym roku nadrobić. Wiele zdrowia i sił będzie mi do tego potrzebne. A tu jak na złość albo łupie w krzyżu albo boli bark. Byłem już nawet w tej intencji u lekarza pierwszego kontaktu i nawet chłop sensownie gadał. Powiedział, bym wybrał między proszkami przeciwbólowymi w ciemno a skierowaniem do ortopedy. Mimo, że coraz gorzej znoszę dolegliwości w barku i nieprzespane w związku z tym noce, wybrałem jednak ten drugi wariant, choć wizyta dopiero w kwietniu. Myślę, że warto ustalić czy to zwyczajny „SKS”, błędy młodości, gdy trenowałem siatkówkę jak wariat czy może przeciążenia ostatnich lat wynikające z dźwigania ponad siły. A może zmiana pracy, trybu życia i dwa lata ślęczenia za biurkiem dają pierwsze takie "rezultaty"? Zobaczymy. Nie chciałbym jednak bez sensu żreć jakichś prochów. Na razie ratuję się jak mogę domowymi sposobami. Gimnastyką i rozciąganiem bolących miejsc a w pracy robię dwudziestominutowa przerwę i wychodzę na spacer rozprostować gnatki. Na razie większych postępów nie zauważam, ale może z czasem… Trochę przydługi ten zdrowotny akapit wyszedł, ale co zrobić, kiedy naprawdę boli.
   W tym roku dwie uprawy chciałbym obdarzyć swą szczególną uwagą: ziemniaki i dynie. Dlatego, że już od paru lat bardzo dobrze się udają, warto by było je wreszcie mieć tylko z własnej uprawy i to przez większość, jeśli nie przez cały rok. Na tym moje pomysły się oczywiście nie kończą. Wraz z dyniami posieję kukurydzę jako osłonę i może słoneczniki. Między ziemniaki wsiewam bób, bo wykorzystują one dobrze azot wytwarzany przez jego bakterie brodawkowe reagując większym plonem. Z innych warzyw dobrze by było mieć jak najwięcej sezonowych: ogórków, pomidorów, papryki, marchewki, cukinii, jarmużu czy buraków. Bardzo obficie plonowała mi w roku ubiegłym fasola pnąca, więc dla niej też znajdę dobre miejsce.
   Mam z lat ubiegłych sporą pryzmę kompostu, do tego obornik z kurnika i kilka belek słomy. Pewnie starczy to na kolejny spory zagon pod ziemniaki. Od paru lat staram się też dość obficie ściółkować wokół młodych drzewek owocowych. Posadzę czasem w tej ściółce jakiś czosnek lub wsieję ogórki lub dynię. Nawet fajnie rosną zwłaszcza te drugie. Gdy te posiane na monokulturowym zagonku giną z powodu mączniaka lub innego, to te kępki wysiane w takich niby oazach dają wówczas całkiem niezłe plony unikając zarażenia.
   Słońca, co prawda jeszcze nie za wiele a dni pochmurnych i ponurych jest jeszcze wciąż więcej niż tych jasnych. Stają się one jednak coraz dłuższe i lada dzień zacznie się pewnie wysiewanie papryki i pomidorów. Parapety okienne znów zastawione zostaną na kilka tygodni pojemnikami z siewkami i rozsadami. Pewnie i ja w tym tygodniu wysieję chilli, którą będę chciał wysadzić do gruntu w jakimś osłoniętym od wiatru miejscu na działce. Właściwie z dwóch roślin uprawianych w dużych doniczkach na balkonie uzyskałem tyle owoców, że starczy do następnych zbiorów, ale w tym roku zrobię więcej rozsady, bo sposób uprawy będzie inny a ryzyko większe.
   Kończę, bo zapisałem już całą A4 i wątpię by komuś starczyło cierpliwości na dłuższe czytanie.

niedziela, 29 stycznia 2017

Układanie od nowa.



   Tak jak stary rok skończył się dla nas w kiepskich nastrojach tak i na nowy przeniosły się one niestety. Próbujemy wychodzić z tego marazmu i jakoś się to nam, wraz a upływem czasu, chyba udaje. Wiele rzeczy dało się już nam załatwić i sporo jeszcze przed nami. Trudna jest do wypełnienia pustka po kimś, z kim żyło się i mieszkało od urodzenia.
   Po dopełnieniu spraw urzędowych a także tych związanych z przepisaniem na mnie opłat i rachunków za media, przyszedł czas na uporządkowanie pozostałych po zmarłej mamie przedmiotów, zwłaszcza tych związanych bezpośrednio z jej chorobą i opieką nad nią w ostatnich latach jej życia. Z pomocą przyszedł nam pewien proboszcz z innej parafii, który parę miesięcy wcześniej kwestował w imieniu prowadzonego przy tejże hospicjum. Uznaliśmy, po naszych doświadczeniach ostatnich lat, że pozostały sprzęt rehabilitacyjny, łóżko, środki higieniczne, pielęgnacyjne oraz inne rzeczy przekażemy tam właśnie by mogły służyć innym osobom w ich ostatnich chwilach życia. Po kontakcie z pracownikami tej placówki oraz odwiedzeniu internetowej strony okazało się, że potrzeby tego hospicjum są bardzo duże a poziom i kultura sprawowanej opieki bardzo wysoka. Potwierdziły to również rozmowy z osobami, które miały już kontakt z tym hospicjum w ostatnich chwilach życia najbliższych im osób. Zainteresować tematem udało się także mej córce osoby w jej miejscu pracy. Młodzi ludzie, z którymi pracuje odpowiedzieli bardzo spontanicznie i hojnie przygotowując zestawy potrzebnych przedmiotów z internetowej listy.
   Wczoraj przy bezinteresownej pomocy paru jeszcze osób(samochód dostawczy teścia córki okazał się być bezcenny) przewieźliśmy wszystkie te zebrane przedmioty do hospicjum. Odbierały je od nas siostry zakonne, które tam pracują. Nie ukrywały zaskoczenia i wzruszenia podczas wyładunku wszystkich przedmiotów. Bardzo nam dziękowały mówiąc, że wszystko to bardzo im się przyda, bo państwowe dotacje pokrywają tylko 1/3 potrzeb hospicjum. W trakcie przekazywania rzeczy zorientowałem się, że są tam też dziecięce zabawki. Na moje zdziwienie odpowiedziano, że sprawują tam także opiekę nad dziećmi, których rodzice zmarli przedwcześnie tu właśnie. I w tamtej chwili znów mój margines szczęścia/nieszczęścia przesunął się bardzo.
   Podziękowaniom pewnie nie byłoby końca gdyby nie to, że siostry musiały wrócić do swych codziennych obowiązków. Wyciskaliśmy się wszyscy na koniec raz jeszcze bardzo serdecznie.
   Już wsiadając do samochodu poczułem, że to co zrobiliśmy przed chwilą przyniosło mi jakąś ulgę, odblokowanie.
   W drodze powrotnej do domu zajechaliśmy do córki, która zaprosiła nas już wcześniej na obiad. Upiekłem dzień wcześniej dwa drożdżowe ciasta(to dla mnie też jakiś znak powrotu do normalności) i zabrałem na to spotkanie. Byli zaproszeni również teściowie córki i spędziliśmy razem to popołudnie aż do wieczora. Bardzo dobry to był dzień.
   Dziś byliśmy na cmentarzu i chyba na tym zakończę w mojej pisaninie ten smutny wątek.

PS: Prześladuje mnie ostatnio taka oto powracająca melodyjka: Kniaź Igor Borodina tańce połowieckie w instrumentalnym wykonaniu dwóch rosyjskich muzyków: 
https://youtu.be/qFyeuH6IWgU
Mnie, ci dwaj goście poprawiają nastrój.