Witam!

To jest o moich osobistych rozważaniach, obserwacjach, doświadczeniach, myślach o sprawach bieżących i bardziej uniwersalnych, ponadczasowych. Bez zdjęć i obrazów, tylko słowa.

środa, 22 listopada 2017

Podróże kształcą



   W Tychach byłem dziś służbowo. Wystarczy na parę godzin odjechać 300 kilometrów od swojego miasta by zobaczyć, że gdzieś coś jest inaczej (i nie tylko temperatura pomiędzy miastami różniła się o parę stopni).
   W tamtą stronę jechałem w wagonie bez przedziałów. Obok mnie siedziała zakonnica i jak szalona(czytaj: bardzo szybko) robiła czapkę szydełkiem prując od czasu do czasu źle wykonany fragment(podziwiałem za cierpliwość!). W tzw. między czasie odmówiła z komórki dwa razy modlitwy. Nie wiem jak daleko jechała ale w Tychach czapka była już na ukończeniu.
   Powrót okazał się być dla mnie lekcją i przestrogą przed nabiałem. Do przedziału wsiadła bizneswoman handlująca, jak się po chwilach kilku okazało, hurtowo, serami i ich pochodnymi. Słowa, jakich używała dokonując kolejne „dile” utwierdziły mnie w przekonaniu, że mamy dostępne z tej grupy produktów gówno nie jedzenie. Było o takich rzeczach jak przedłużanie o tydzień terminów trwałości, wyrobach seropodobnych czy „zaolejowanych”. Swoistym szczytem było dla mnie sprzedanie paru ton mozarelli, która jak się okazało kilka chwil później, różniła się od tej zamówionej przez klienta tym, że była mrożona(ale i na to jej sprytni współpracownicy znaleźli szybko sposób). Jej drapieżna zawodowa aktywność porażała i drażniła mnie. Dramat i zgroza!!! Albo największe ludobójstwo w dziejach! I to bez użycia broni konwencjonalnej – tylko chemia! Przecież takich „pań” krąży po świecie tysiące. Dla nich sprawa jest prosta: wykonanie planu i procent od obrotu. Nawet, jeśli w obrocie miałoby się znaleźć… gówno.
   Ale z tych podróżnych emocji nie było ani słowa o Tychach. Dwie rzeczy zwróciły moją uwagę w tym mieście. Obie z dziedziny komunikacji. Pierwsza to uporządkowanie kierunku ruchu do i z autobusów miejskich. Drzwi środkowe służą do wysiadania i jeśli nikt ich na przystanku od wewnątrz nie otworzy to kierowca tego nie zrobi. Drzwi te są dodatkowo graficznie oznaczone z zewnątrz drogowym znakiem zakazu. Bardzo mi się to podobało, choć w Warszawie w godzinach szczytu chyba nie do wyobrażenia. Drugie to: absolutne zatrzymywanie się samochodów przed przejściami dla pieszych nawet, jeśli przechodnie stoją jeszcze na chodniku. To również spodobało mi się bardzo i za razem zadziwiło mnie jeszcze bardziej w kontekście dwóch zdarzeń, jakie miałem parę dni temu na warszawskich ulicach, gdy przechodząc po pasach, na zielonym świetle, jakiś ARCYDEBIL za kierownicą przejechał mi prawie po stopach kołami swojego auta……….
   Na szczęście w tym roku jeszcze w planie tylko dwa lub trzy miasta do odwiedzenia: może znów będą jakieś ciekawe obserwacje lub ludzie. Ale na razie dni krótkie i pochmurne optymizmem nie napawają.
   Czekamy….

niedziela, 29 października 2017

Urlop



   Dobra to pora na wypoczynek? Zmiana czasu na zimowy, na dworze leje i lać będzie, dni krótkie i prawie depresja. Miało być wolne cięgiem od najbliższego poniedziałku, ale w pracy wypadło być w ten właśnie dzień, więc się trochę odroczyło. Koleżeństwo przyjęło mój urlopowy pomysł z wyrazami politowania na twarzach przy wtórze porozumiewawczych spojrzeń. Ale to wolny kraj i mogą sobie myśleć, co zechcą. Mam zamiar spędzić część z tych dziewięciu dni na działce szykując się już teraz do wiosny.
   Zaduma i wspomnienia, z powodu zbliżającego się święta zmarłych, wciskają się teraz do głowy bardziej niż zwykle. U mnie pewnie jeszcze mocniej, wszak nie upłynął jeszcze nawet rok od śmierci mamy. Przybywa wciąż grobów do opieki i zmarłych do wspominania. Mniej jest za to chętnych do porządkowania i dbania o miejsca wiecznego spoczynku bliskich, którzy od nas odeszli. Młodzi ludzie nie mogą jeszcze czuć tego, że kres nadejdzie – to jeszcze dla nich abstrakcja. Poza tym pradziadowie, których znają tylko z pożółkłych fotografii i coraz bardziej rozmytych ustnych przekazów są dla nich raczej wirtualni niż rzeczywiści. Moje dzieciństwo i młodość były wypełnione częstszymi niż przeciętnie wizytami na cmentarzu. A to za sprawą traumatycznych przeżyć mojej matki, która straciła swego ojca jeszcze przed wojną, będąc nastolatką i żyła z tymi trudnymi wspomnieniami w głowie aż do śmierci. Mam nadzieję, że tak jak bardzo marzyła, spotkała już swego tatusia i pozostałych bliskich jej zmarłych i że są teraz razem szczęśliwi.
   Starczy już tego nostalgicznego klimatu. Za oknem na razie leje i końca póki, co nie widać. Dosuszyłem już w domowym, kaloryferowym klimacie nasiona bobu, fasoli i słonecznika. Dosychają też pestki z tegorocznych dyń: hokkaido(red kuri), olbrzymiej i jeszcze jednej, której nazwy nie znam. Na balkonie jeszcze kilka innych czeka w kolejce na przerobienie na dyniową. Mam w tym dwie sztuki piżmowej, na którą chcę „postawić" w przyszłym roku. Inne oczywiście też będę siał, bo są także bardzo smaczne. Korzystam z tej ponurej aury za oknem i porządkuję torebki z nasionami, których nie wykorzystałem w tym roku a ich termin przydatności jeszcze do wiosny nie minie. Sporo tego jest i chyba będę się dzielił ze znajomymi lub rozdawał „rozsiewając" w ten sposób dobre geny tradycyjnych odmian.
   Jak mi się jakiś bezdeszczowy dzień zdarzy to postaram się dokończyć na działce nowe i "dobudować” wcześniejsze permakulturowe zagony pod przyszłoroczną działalność ogrodniczą.
(to koniec pisanej rankiem części tego wpisu – mimo przestawienia czasu mój zegar biologiczny zadziałał jeszcze dziś według poprzedniej, letniej wersji i wstałem "wcześniej" choć później)

   (ciąg dalszy dopisany wieczorem) 
   Pojechaliśmy, mimo pogody pod przysłowiowym psem na groby zmarłych ze strony żony. Wiało i lało po drodze na cmentarze, ale opady były, na szczęście z przerwami, więc udało się jakoś ogarnąć groby. Oczywiście byliśmy też na działce, na której z roślin uprawnych żyły jeszcze: dynie piżmowe, fasola Jaś i czerwone buraki. Tych pierwszych naliczyłem 9 sztuk i jak pojadę po pierwszym listopada to je zbiorę – są już prawie dojrzałe a przymrozków jak na razie jeszcze nie było i nie zapowiadają. Może to zasługa dużej ilości wody jak spadła w ostatnich tygodniach na ziemię. Jej nadmiar jest aż nadto widoczny na uprawianej przeze mnie łączce. Zebrałem jeszcze te kilka buraków ku uciesze żony, która zrobi z nich czerwony lub ukraiński barszcz.
   Po drodze powrotnej do domu szczęściem uniknęliśmy udziału w wypadku drogowym i byliśmy tylko jego świadkami. „Akcja znicz” i inne nie działają na wyobraźnię niektórych(niestety) a droga hamowania na mokrym dłuższa przecież jest. Wystarczy jechać wolniej i robić większe odstępy pomiędzy pojazdami by dać sobie i innym szansę.  Niby proste ale dla pewnej grupy kierujących niemożliwe do pojęcia.

czwartek, 19 października 2017

Prawie podróżnik



   Może ten blog powinien być o podróżach? W związku z wdrażaniem w firmie pewnego udoskonalenia pracy podróżuję w tym roku sporo po kraju. W tym tygodniu byłem w Toruniu i Gorzowie. Dużo przejechanych koleją kilometrów. Nie chciałem brać służbowego auta, bo tysiąc dwieście km w dwa dni to już dla mnie za duże wyzwanie. Z pociągu więcej można zobaczyć – a warto było. W Toruniu byłem wszystkiego cztery godziny z tego półtorej zajęło mi wyłożenie tematu. Ludzie bardziej pojętni albo ja już po nastym wystąpieniu udoskonaliłem metodykę przekazywania rzeczy. O trzynastej z minutami siedziałem już w pociągu do Gorzowa. Ale nie z bezpośrednim połączeniem, jak bym chciał tylko z przesiadkami. Po drodze przesiadki w Poznaniu i Krzyżu no i przejeżdżałem jeszcze przez inne mniejsze miejscowości zwykle po raz pierwszy w życiu. Tę trasę pokonywałem kolejami regionalnymi(przypatrywałem się pracy kierowników pociągów – odpowiedzialna i niełatwa). Dało mi to podróżowanie sporo obserwacji i mnóstwo wspaniałych lub refleksyjnych widoków naszego kraju.
   Zacznę od tych mniej fajnych wrażeń dla mnie z powodu poglądów, jakie mam na temat tzw. „rolniczego” wykorzystywania ziemi. Nie widziałem dotychczas tak wielkich obszarów monokultur(mazowieckie rolnictwo raczej rozdrobnione). Kilometry kwadratowe kukurydzy, pożółkłej(„dojrzewającej” w sposób przyspieszany poprzez chemiczne opryski), której przecież ludzie raczej niewiele zjedzą w formie mąki czy pieczywa. Te miliony ton zastaną przepuszczone przez przewody pokarmowe zwierząt hodowlanych a poprzez pozyskane z nich mięso, w stężonej formie przyjmiemy całą tę chemiczną i mineralną zawartość do naszych organizmów. Niewiele widziałem za to swobodnie pasącego się bydła a drób widywałem tylko w przydomowych małych stadkach. Cała reszta tych zwierząt a właściwie ogromna większość w imię wydajności i przyrostów dziennych zamknięta jest w budynkach nie ma prawa ujrzeć słońca i mego oka. To te, których nie widziałem spełniają unijne normy, hacapy i inne ISO i mają nam służyć w zaspokajaniu głodu. Nie wiem, dlaczego ale nie umiałem jakoś znaleźć pozytywnych wniosków z tego spostrzeżenia. Tę bardzo intensywną uprawę i hodowlę(wielkie i długie budynki) widać było szczególnie w Wielkopolsce.
   Bardziej na północ, w trakcie drogi z Torunia, mijałem jeszcze dużo obszarów leśnych i te widoki tchnęły we mnie otuchę i jakąś nadzieję na przyszłość. Spore kompleksy lasów, z niezbyt starym drzewostanem(wiadomo „gospodarka”), urozmaicone gatunkowo w zależności od terenu, w którym przyszło im wegetować. Na skraju tychże widywałem również mniejsze i większe stadka saren, bażanty i kuropatwy. W samym zaś Gorzowie idąc wieczorem do hotelu usłyszałem odgłosy stada dzikich gęsi przelatujących w górze, zakłócone niestety rykiem silników ścigających się na motocyklach i autach, jedną z głównych ulic miasta, pięciu idiotów (a już myślałem, że policja już wszędzie to „zjawisko” załatwiła, ale jak widać ten zachód jest jeszcze trochę dziki).
   Dwa razy było mi również dane podczas tych podróży jechać fragmentami wzdłuż doliny rzeki Noteć i dało mi to mnóstwo wspaniałych doznań. W wielu miejscach rzeka ta jest po jednej ze stron dzika i nie uregulowana a rozlewając się na dużych obszarach tworzy doskonałe środowisko dla wszelkiego rodzaju dzikiego ptactwa wodnego i zwierząt. Każdemu taką podróż polecam. To jest jeszcze naprawdę kawałek dzikiej polskiej przyrody. Wiem, wiem, mieszkańcy tych stron mają pewnie inne zdanie bo dla nich te cudowne krajobrazy to tylko życiowa uciążliwość.
   Ostatni etap podróży w Poznania zafundowałem sobie(w końcu firma płaci) pociągiem pendolino. Jechał momentami ponad sto sześćdziesiąt na godzinę. Tu znów za oknem pejzaże rolniczych monokultur. Podłączyłem sobie internet z telefonu do tabletu(większy ekran), bo to pociągowe wifi jeszcze słabe. Włączyłem gps-a i patrzyłem jak strzałka na ekranie tabletu zmieniającej się mojej pozycji żwawo przesuwała się przy tej prędkości nie nadążając z przerobieniem pobieranych danych. Ot technika i prędkość! Po powrocie do domu nie miałem nawet ochoty nic jeść tak byłem znużony. Jest jednak coś usypiającego w jeździe koleją.
Jeszcze tylko trzy podróże i już zakończę cykl szkoleń. Czy te pozostałe będą równie ciekawe?

środa, 11 października 2017

Trauma… z PKP czyli tylko nie miejsce 27



   W podróży służbowej byłem w tym tygodniu, w jednym z wojewódzkich miast. Niby cóż takiego można napisać o trzygodzinnej jeździe pociągiem. Wyruszyłem przed szóstą i po zajęciu miejsca(nr 27 – to może mieć znaczenie w podróżowaniu w przyszłości) w nowoczesnym(ale jeszcze nie pendolino) wagonie pociągu intercity, podzielonym na część osobową i barową. Moje miejsce skierowane było w kierunku przejścia do baru z centralnym widokiem na WC niedaleko wejścia do wagonu bez wewnętrznych drzwi przedziału. Pociąg ruszył i już właściwie na pierwszym zakręcie półokrągłe drzwi od przybytku otworzyły się całkowicie odsłaniając kompletne wyposażenie tegoż z nowoczesną, jak sam wagon, miską klozetową w centrum. Pomyślałem, że to przypadek i by nie nadwyrężać mego poczucia estetyki i nosa, wstałem i domknąłem te drzwi. Wystarczyło tylko do pierwszego zakrętu w prawo. Potem jeszcze parę razy domykała te drzwi załoga pociągu(nawet bez proszenia). Moja ponad trzygodzinna podróż (o opóźnieniu pociągu nikt nie powiedział ani słowa, mimo, że stacja następna i docelowa była anonsowana po każdym zatrzymaniu również w języku angielskim) odbyła się. Niby kultura itd. a drzwi od KIBLI!! w wagonach PKP nie domykają się jak dawniej. Wkurza mnie to, że w epoce, gdy od dziesiątek już lat ludzie latają w kosmos inżynierowie nie potrafią nadal wymyślić patentu na zamykanie drzwi od wagonowych toalet.
   Delegacja udana i jej cel osiągnięty tylko, po co mi przez ponad trzy godziny podróżowania na przemian zapach jajecznicy i kibla. W końcu zapłaciłem normalną cenę bez promocji to chyba mam prawo wymagać czegoś przyzwoitego. A tak pozostał tylko niesmak w głowie - na szczęście bez smrodu na odzieży.
prawie kosmiczny widok, nieprawdaż?

niedziela, 8 października 2017

Planowanie



   Miało nie padać w sobotę, więc wskoczyłem z rana w samochód i na wieś. Planowałem dokończyć koszenie trawy na łące i dołożyć to co skoszę na dwie grządki. Zajechałem, przywitałem się teściową a ona:
- Nie ma mi kto zwieźć drzewa do komórki, leży już pocięte i porąbane kilka tygodni na podwórku przykryte lub odkrywane w słoneczne dni płachtą folii.
Chwila namysłu a właściwie bez namysłu przebrałem się w działkowe ciuchy i naprzód. Nie wiem ile taczek wyszło tego w sumie, ale z sześć godzin pojeździłem w tę i na zad. Nie próbowałem „rwać” roboty, bo wiem, że to już nie ten czas. Pracowałem „langsam aber sicher”(lubię to niemieckie określenie sposobu pracy dużo bardziej niż wschodnie "stachanowanie" - może dlatego, że lepiej pasuje w moim wieku ?) i udało się skończyć. Nie wiem czy wykonałem rzeczywiście jakąś nadzwyczajną robotę, ale wyszło tego ze trzy rzędy szczap długości 4 metry i wysokości z metr osiemdziesiąt równo poukładanego drewna. Przyznaję, lekko nie było, bo drzewo mokre jeszcze, więc i kopiaste taczki ściśle ułożonego też swoje ważyły. Po skończonej robocie zrobiło się jakoś około piątej i energii wystarczyło mi już tylko na zebranie dyń(słaby plon ze względu na chłodne lato, ale mam wreszcie dwie piżmowe – pierwszy raz w życiu!). Teściowej brakło słów podziękowań za to dobro, które właśnie wykonałem i nie wiedząc już, jakich jeszcze użyć pożyczyła mi wszelkich boskich nagród i łask. Odpowiadając, żartowałem sobie:
- Już ty babciu Pana Boga do tego nie mieszaj, bo jak mu się coś pomyli to jeszcze mi zamiast nagrody, jakiego życiowego kopniaka wymierzy. Nawet jak nie powiesz „dziękuję” to też się nic nie stanie, w końcu jakiś obowiązek wobec ciebie mamy.
    I tak to z moich planów koszenia łąki wyszły nici. Niby nic nowego, przecież i tak już nie raz rzeczywistość niweczyła różne życiowe plany. Zupełnie jak w kawale o facecie, co planował puścić bąka a się zesr…..
   Kręgosłup lędźwiowy dziś oczywiście boli. A jakże! Ale satysfakcja, że mimo latek znów się udało potrząsnąć robotą, jest. Pomyślałem też o wnukach teściowej: trzech młodych zdrowych chłopaków – mogliby się do babci odezwać, zapytać. Ale to chyba tak już jest, że w pewnym wieku ma się w głowie inne sprawy - może trzeba czasu by zrozumieli a może się tego nie doczekam.... 
Najważniesze, że dałem radę i już.

niedziela, 1 października 2017

Słoneczna sobota



  Jeszcze w piątek wieczorem nie wiedziałem, że się wybiorę na wieś. Ale słoneczny poranek zadecydował za mnie. Przy takiej suchej i ciepłej pogodzie da się sporo zrobić i przy pełnej aprobacie mojego zamiaru ze strony reszty rodziny, która planowała bardziej dokładne sprzątanie mieszkania(po co im się mam pałętać po chałupie) odpaliłem na „rancho”. Po drodze zabrałem jeszcze sporą reklamówkę resztek suchego chleba od córki dla zwierzaków. Po przyjeździe na działkę przywiozłem teściowej od razu butlę z gazem na wymianę i trafiłem na dostawę węgla, więc było też trochę czarnej roboty(przeniesienie w wiaderkach do komórki). Ponoć zapowiadają mroźną zimę. Koniec świata tez miał być niedawno, jakoś we wrześniu tego roku, więc może i zapowiedzi mroźnej zimy też się nie spełnią.
   Po tych czynnościach obowiązkowych(nie wypadało nie pomóc dwóm razem mieszkającym samotnym kobietom) mogłem wreszcie oddać się tym moim zajęciom ulubionym - działkowym. Złapałem grabie i kosę(dobrze, że ją niedawno wyklepałem) i na łączkę. Po ostatnich opadach woda już nie stoi oprócz dołka gdzie odkrywkowo latem szukałem gliny(przyczyny nieprzepuszczalności tego terenu). Zagrabiłem kilka kupek przemoczonej, skoszonej wcześniej, trawy i przeniosłem na zagonki by je dościółkować i podwyższyć jeszcze bardziej. Jak opadną liście z drzew to dodam je jako kolejną warstwę. Skosiłem jeszcze gdzie i ile się dało bujnej, zielonej i poprzerastanej trawy i w takiej formie dorzuciłem ją także na sam wierzch. Na razie wysokość zagonów wygląda imponująco, ale wiem, że po opadach i w procesie rozkładu bardzo się ta masa skurczy i obniży.
   Pozbierałem obie fasole tyczne: Jasia i tę drugą szparagową o drobniejszych, ale również jadalnych nasionach. Z Jasia oberwałem już wszystkie strąki nawet te zielone. Te pożółkłe i suche dosuszę i przeznaczę na drugi rok na siew. Z zielonych wyłuskałem nasiona (ogromne!) i właśnie teraz po zaledwie dwudziestu minutach gotowania w lekko osolonej wodzie pachną i są gotowe do jedzenia. Mają być użyte do sałatki, ale to dopiero po południu, więc nie wiem czy doczekają(zniewalający jest ten zapach). Fasoli numer dwa jest wielokrotnie więcej(plenna jak króliki). Dosuszam ją rozłożoną cienką warstwą. Mam jej już sporo nasion (pewnie ze trzy kilo) a po wyłuskaniu tej, co jeszcze schnie będzie jeszcze więcej. Zebrałem czerwone buraki i zaraz nastawie trochę z nich na ukiszenie na czerwony barszcz. Chętnie zjemy taką zupę, bo dawno jej nie było. A tak w ogóle to październik chcemy przeżyć głównie na zupach, bo ostatnio królowały w naszym jadłospisie wyłącznie drugie dania. Efekt jest taki, że sporo kilogramów nam wszystkim przybyło i czas położyć temu kres. Nawet żona zgodziła się by warzywna kapuścianka stanowiła połowę ich wszystkich w tym czasie. Pożyjemy zobaczymy. Dyń jeszcze nie zebrałem, może jeszcze ten tydzień będzie bez przymrozków.
   Szwagierka(niezmordowana w swej pasji) poszła do lasu i za półtorej godziny wróciła z wiaderkiem prawdziwków, koźlarzy i podgrzybków, lecz po krótkich konsultacjach grzybki poszły na nitkę do ususzenia(ochwat czy co?). Znalazła już też kilka gąsek. Czy tegoroczne szaleństwo grzybowe się skończy?
   Przed szóstą spakowałem się i wyjechałem do domu podziwiając po drodze cudowny zachód słońca. Było ogromne a jego koloru nie da się opisać. Nawet miałem zrobić fotkę, ale za dwie minuty już go nie było widać, więc pozostaną tylko wrażenia. Jeśli już o odczuciach mowa, to bark mnie w nocy bardzo bolał – pewnie od machania kosą(codzienne ośmiogodzinne siedzenie za biurkiem stanowczo nie poprawia kultury fizycznej mieszczucha).

niedziela, 24 września 2017

Wrzesień



Wrzesień się prawie kończy a ja nic nie napisałem. Więc rzutem na taśmę słów kilka o tym co było w nim:
   Już po wakacjach, co widać najlepiej po większej ilości pojazdów na ulicach i ludzi w autobusach miejskich. Pogoda wrześniowa nie rozpieszcza słonecznymi dniami. Jak większość rodaków również uległem szaleństwu grzybobrania. W sumie już chyba z sześć razy byłem w lesie. Raz, nawet całkiem niechcący, przy okazji podwiezienia szwagierki na wizytę do szpitala w Wyszkowie(czas oczekiwania mierzony w godzinach, mimo wcześniej ustalonego terminu, sprzyjał wypadowi w okoliczne lasy). A także trzy razy okolicach Olsztyna podczas dorocznego jesiennego spotkania z moimi "chłopakami". Obliczyliśmy, że ta nasza tradycja trwa już 21 lat. Miło i satysfakcja, że udaje nam się jakoś trzymać razem mimo upływu czasu i znaczących nierzadko zmian w naszych osobistych i zawodowych życiach. Udusiłem im zatem grzybowego stosiku z pierwszego zbioru, drugi przeznaczając na suszenie a te zebrane rankiem w dniu wyjazdu zawiozłem do domu ku uciesze żony. Po drodze do domu kupionych kilka słoików miodu od pewnego pszczelarza zapewni nam jego zapas na całą zimę. Wczoraj jeszcze zawiozłem do lasu samochodem, przy okazji pobytu na działce, żonę z córką i dziś od rana zapach przerabianych grzybów wypełnia cały dom. Droga pieszo na skróty przez łączkę była niedostępna bez kaloszy z powodu stojącej wody po niekończących się deszczach stąd podwózka autem.
   Sprzyja ten mokry czas nadal trwającej wegetacji dyniowatych i chyba wreszcie doczekam się pierwszych zbiorów dyni piżmowej. Dziwnie jakoś rosły w tym roku te wszystkie rośliny. Zimne i deszczowe kwiecień i maj, potem niezbyt ciepły czerwiec a po nim lipiec też poniżej norm temperaturowych. Właściwie dopiero w sierpniu było parę upalnych dni z bardzo ciepłymi nocami, ale za to małą ilością opadów. Dynie są więc jeszcze mocno zielone lecz wciąż się rozrastają i kwitną. Zbieram systematycznie pnącą fasolę, której jest bardzo dużo. Dosuszam w strąkach i łuskam na raty. Inaczej się nie da, bo jednorazowy zbiór jest niemożliwy(strąki dojrzewają nierównomiernie). Także „Jasia” jest trochę, mimo wysiewu kilku zaledwie nasion pośród sadzonek dyni. Chyba się te rośliny lubią wzajemnie, bo i jedne i drugie są bardzo bujne. Pozostawię pewnie cały jego zbór na wysiew w roku przyszłym. Krzaki leszczyny własnej produkcji wyrosły również tego lata bardzo mocno a nadmiar wody na podmokłej łące raczej im nie przeszkadza. Balkonowa chilli już zebrana suszy się nanizana na nitkę. Jest mniej pikantna niż w zeszłym roku - może się wyrodziła.
   Z roślin domowych jedyna z pośród 27 wysianych nasion daktylowa palma ma już trzeci liść i dobrze rośnie. Próby rozmnożenia sanseverii i zamioculcasa trwają od wczesnej wiosny i wygląda, że też powinny się powieść. Te pierwsze się ukorzeniły a drugie oprócz korzeni mają także charakterystyczne zgrubienia. Zdjęcia poniżej:


   Ukisiłem w emaliowanym garnku czerwonej kapusty bo ponoć jeszcze zdrowsza i bogatsza w rozmaite składniki od swej białej krewniaczki. Pierwsza słoikowa próba była udana a surówka z niej zrobiona wszystkim smakowała.
   Zaraz będzie październik a po nim listopad i ani się obejrzymy jak dopisać znów trzeba będzie kolejny rok do życiorysu....
... ale póki co może będzie jednak babie lato.

czwartek, 31 sierpnia 2017

Po czym poznać w wielkim mieście, że to koniec wakacji? oraz Łódź…



   Dziś ostatnią prostą(ulicę; nie główną) do domu przejechałem autobusem w pięć minut a nie w dwie jak było to przez ostatnie parę tygodni. Bus-pasa na niej nie ma, bo za wąska, więc inaczej być nie mogło. W autobusie średnia wieku pasażerów była też jakby niższa. Młodzież powróciła i pewnie już sprawdza, kiedy początek nowego roku szkolnego albo spotykają się jeszcze by przed szkołą by pochwalić się wrażeniami z wakacji. Będzie już teraz tylko więcej pojazdów na ulicach i ludzi w autobusach a godziny szczytów komunikacyjnych będą silniej zaznaczone. W październiku dołączą jeszcze studenci i tak już będzie do następnych wakacji. Dziesięć miesięcy: zleci jak z bata strzelił.... Z resztą im człowiek starszy to te same odcinki czasowe wydają się być krótsze a czas płynie jakby szybciej...
   W Łodzi byłem wczoraj służbowo i szkoleniowo. Pociąg „intercity” potrzebuje półtorej godziny na pokonanie tej odległości. Krótko, szybko, czysto i przyjemnie chłodno, mimo, że powrót był w gorące na zewnątrz popołudnie. Bywałem w tym mieście kilkadziesiąt lat temu, będąc jeszcze dzieckiem, z racji mieszkającej tam znajomej mamy jeszcze z przed wojny, zawsze dojeżdżając na stary dworzec Łódź Fabryczna. Nowy(bardzo nowoczesny) dworzec PKP Fabryczna robi bardzo dobre wrażenie, ale dalszy spacer stamtąd do ulicy Piotrkowskiej mniejszymi, bocznymi ulicami sprawia, że czas jakby się w tej okolicy zatrzymał. W większości odrapane fasady kamienic z poprzednich stuleci z pozabijanymi nierzadko oknami, które budowane w nadmiarze i na wyrost stanowić miały o pozycji materialnej ówczesnych właścicieli - włókienniczych fabrykantów. Część z tych domów może odzyskali potomkowie dawnych właścicieli(ciekawe czy też tak jak w Warszawie w atmosferze skandalu i przekrętu?), ale natychmiast wystawili je na sprzedaż bo spadek w tak zrujnowanym stanie jest mocno kłopotliwy i wymaga od ewentualnego nabywcy dużych pieniędzy.
   Piotrkowska przemieniona w centralny deptak miasta z odnowionymi frontami domów nie poprawiła mojego ogólnego wrażenia o tym mieście. Wiele tam jeszcze do zrobienia i całkiem rozumiem, dlaczego jako jedno z niewielu wielkich polskich miast się w ostatnich dziesięcioleciach wyludniało. Upadek, wiodącego przemysłu sprzed lat widać tu na każdym niemal kroku.

niedziela, 13 sierpnia 2017

Dziś tylko o działce



   Sobota była pierwszym dniem przedłużonego weekendu(wolny poniedziałek dał aż cztery dni wolnego). Pojechaliśmy na wieś. Przyroda, przy tegorocznych obfitych opadach sprzyja wzrostowi nadzwyczajnej wielkości roślin(czytaj: pokrzywy). Przekwitłe i nieskoszone trawy na łące zgubiły dojrzałe już nasiona pozostawiając już tylko zasuszone źdźbła. Po drodze mijaliśmy skoszone już zboża i niekiedy podorane już pola – to znak, że lato wkroczyło już w swą drugą część. Roboty znalazło by się tyle, że nawet przez miesiąc nie przerobił bym jej. Już nawet nie próbuję. Pogodziłem się już ze stanem jaki jest. Właściwie jedyną rośliną, jaka sprawia mi satysfakcję jest pnąca fasola dwóch gatunków. Ta o strąkach fioletowych wysiana wokół konstrukcji nieużywanego foliaka stworzyła prawdziwy busz. Za to odmiana Piękny Jaś z kilku ledwo nasion wysianych wokół podpór w kształcie „tipi” plonuje równie obficie zapowiadając dobre zbiory nasion. Wykorzystam je w roku przyszłym. Z resztą fasole, jako warzywa wymagające mało pracy, będą w przyszłości numerem jeden na działce. Pożywne (dużo białka) warto im dać więcej miejsca.
   Czosnku, ze czterdzieści główek wykopałem w ostatniej już chyba chwili. Nie są nadzwyczajnie wielkie ale bardzo aromatyczne i ostre w smaku. Nawet te posadzone w ściółce wokół młodych owocowych drzewek były całkiem fajne mimo, że musiały konkurować z rozrastającymi się chwastami i trawami.
   Pokosiłem, ile byłem w stanie, przerośniętej trawy układając pokosy od razu na dwóch zagonach, z nadzieją, że rozkładając się zagłuszą rosnące tam chwasty. Zerknąłem na wyhodowane, trzy lata temu własnoręcznie z nasion, krzewy leszczyny, które bardzo się wszystkie rozrosły. Może już za dwa, trzy lata uda się z nich coś zebrać. Dynie wysiewane w tym roku wyłącznie z rozsady, z nadzieją na wcześniejszy i obfitszy plon, też raczej nie zachwycają. No może z wyjątkiem tej uzyskanej z wymiany z „Kresowej Zagrody”(dzięki raz jeszcze!). Co prawda cały czas rosną i kwitną ale o tej porze już raczej rewelacji nie oczekuję. Ze sposobu z rozsadą w ich przypadku raczej w roku przyszłym zrezygnuję. Dynia piżmowa, ta o gruszkowatym kształcie owoców, rośnie nie wytwarzając zawiązków więc chyba w przyszłym roku sobie jej uprawą daruję. Rządek malin też w tym roku jakiś rachityczny i jeszcze właściwie tylko parę gruszek zostało na drzewie w temacie owoce. We wtorek, piętnastego znów jedziemy na wieś lecz ze względu na święto raczej za wiele nie dokonam. Może parę fotek….

sobota, 29 lipca 2017

Polskie drogi i wrażenia z pobytów



   Objechałem, zgodnie z planem, miasta, w których przedstawiłem pracownikom prostszą i mniej pracochłonną metodę pracy. Same szkolenia przebiegły bardzo rzeczowo i spotykałem się uznaniem i zadowoleniem pracowników. Miło, bo to głównie z myślą o nich a nie prezesach, zarządach i dyrektorach przygotowałem te zmiany. Będzie się ludziom pracowało teraz lżej i tyle.
   Wystartowałem w niedzielę do Rzeszowa i po pięciogodzinnej podróży zalogowałem się w hotelu. Zaraz też udałem się do pierwszego z miejsc na spotkanie a po drodze, na rynku trafiłem na festiwal polonijnych kapel ludowych. Było wtedy jakoś bardzo duszno(przed burzą) a występujący w ludowych strojach uczestnicy bardzo pocili się podczas tańców. Współczułem tancerzom, ale widzów było sporo i dobrze się bawili tym wydarzeniem.
   Mimo, że podróżowałem służbowym samochodem, przydzielonym mi na ten czas, po odwiedzanych miastach poruszałem się pieszo(dla pracującego za biurkiem – zbawienny ruch) lub transportem publicznym. Hotele nie były zwykle dalej od miejsc moich spotkań jak czas 20-to minutowego spaceru. Pomiędzy szkoleniami(bywały i trzy dziennie) miewałem trochę czasu by pochodzić po centrach odwiedzanych miast. Z Rzeszowa do Krakowa podróż trwała właściwie chwilę(autostrada A4 – prędkości bliżej dwustu niż stu) w porównaniu z tą z dnia poprzedniego. W Krakowie byłem dwa następne dni i udało mi się, w czasie wolnym, tym razem odsłuchać wreszcie na żywo hejnału z wieży kościoła Mariackiego. Byłem też na Wawelu i obszedłem Planty dwa razy dookoła. Zjadłem obowiązkowo precla z makiem. Dużo było wszędzie turystów ze wszystkich chyba kontynentów. Zachwyca mnie zawsze Kraków, jako warszawiaka, oryginalnością i autentyzmem swych zabytków. Moje miasto niestety, po Powstaniu Warszawskim zostało bestialsko zrównane z ziemią przez hitlerowskich Niemców. Dlatego dziwi mnie takie zakłamywanie historii poprzez bezkrytyczne zmienianie nazw ulic(obecnie Armii Krajowej) i usuwanie pomników ludzi(marszałek Koniew), którzy niemałym nakładem ofiar zwykłych przecież żołnierzy spowodowali, że zabytki Krakowa ocalały i dotrwały do naszych czasów.
   W środę tą samą, ale już płatną drogą pojechałem do Wrocławia „poszukiwać skrzatów”. Bardzo mi się podobały te małe ludki, na które można się natknąć w różnych zakamarkach. To z kolei miasto żyło w tych dniach innym „event’em”: mistrzostwa świata w dyscyplinach nie olimpijskich. Mnie to „kosztowało" parkowaniem samochodu za Odrą, bo znalezienie bezpłatnego miejsca na starówce, gdzie miałem hotel, graniczyło z cudem. Na szczęście tylko 600 metrów, poprzez jeden z mostów, musiałem toczyć moją podróżną walizeczkę po tamtejszych brukach. I we Wrocławiu także pomiędzy spotkaniami znalazłem trochę wolnego czasu by pooglądać wspaniałe zabytki starówki. Uczestnicy szkolenia polecili mi fajny bar, gdzie tanio zjadłem obiad jak domowy.
   Czwartek zaczął się podróżą do Poznania, która po wcześniejszym autostradowym rozbestwieniu wydała się gehenną. Może i bym nie narzekał, ale trafiłem na dwa wypadki, które spowodowały bardzo duże utrudnienia w ruchu i moja podróż objazdami po uprzednich oczekiwaniach w korkach bardzo się wydłużyła i zmęczyła mnie. Nie dość, że drogi zwykłe(krajowe) to jeszcze mnóstwo TIR-ów. Wyjechałem o dziewiątej a na miejscu byłem przed piętnastą. Tu już niestety nie miałem zbyt wiele czasu na łażenie po mieście. Odbyłem zaplanowane spotkania i po ostatnim, porannym piątkowym, kupiłem jeszcze tylko Marcińskie rogale(rodzina nie wybaczyłaby mi gdybym wrócił do domu bez tej słodkiej poznańskiej dobroci) i w samochód w drogę powrotną do domu. Tu dzięki autostradzie, mimo tego, że trafiłem w czasie jazdy na bardzo intensywną burzę dotarłem do domu o zaplanowanej porze. Zostawiłem bagaże i pojechałem do firmy oddać samochód i rozliczyć delegację. Oczywiście nie zapomniałem o moich współpracownikach, którym też przywiozłem po rogaliku. Chapnęli ciastka jak przysłowiowy pies muchę i około czwartej rozjechaliśmy się do domów – ja gnałem szczególnie szybko, bo tęskno mi było za najbliższymi, których nie widziałem prawie tydzień.
   Postanowiłem, po moim pracowitym wyjeździe, który dał mi dużo satysfakcji, odpoczywać przez dwa wolne dni. Dziś zrobiliśmy sobie dobry, może nawet trochę ekskluzywny, obiad. Kupiłem dwa steki i butelkę czerwonego wytrawnego wina. Po uprzednim zamarynowaniu, usmażyłem je po trzy minuty na każdą stronę, pokroiłem w poprzek włókien na centymetrowe paski i podałem z ziemniakami i małosolnym ogórkiem. Pycha!!!
W końcu jesteśmy dzień po wypłacie. To, kiedy szaleć jak nie teraz!

środa, 19 lipca 2017

Fizjoterapia, „Tour de Pologne” i działkowe co nieco



   Rozpocząłem w zeszły poniedziałek serię dziesięciu spotkań z fizjoterapeut(k)ą. Załapałem się psim swędem, bo ktoś inny pojechał pewnie na urlop – mój termin był na listopada. Pani Basia(moja dobrodziejka) jest drobnej postury i ma młodzieńczy wygląd. Aż trudno mi było uwierzyć, że ma 12 letniego syna. Pewnie jestem od niej dwa razy większy(wagowo), ale mimo to świetnie sobie radzi z moim barkiem. Z wyjątkową precyzją odnajduje bolące punkty(fachowo: upusty) i wbija w nie swoje drobne paluszki. Któregoś dnia powiedziałem jej nawet, że zadała mi ból porównywalny do tego, który zaznać można dentysty bez znieczulenia. Uśmiechnęła się tylko jak Mona Lisa i powiedziała, że tu przynajmniej nie śmierdzi jak u dentysty... robiąc dalej swoje. Zabiegi zaczynam jako pierwszy pacjent o siódmej rano i może dlatego pani Basia tryska nadzwyczajna energią. Gawędzimy sobie podczas tych „tortur” poprzez parawany z innymi paniami od terapii i pacjentami. Przez te prawie dwa tygodnie trochę się już nawet wzajemnie poznaliśmy. Chyba mi będzie brakować tych terapeutycznych poranków.
   Oczywiście nie samymi zabiegami człowiek żyje, więc normalnie, chodzę do pracy i dokańczam swój zawodowy pomysł na ulżenie pracy ludziom w ośrodkach, w dodatku przy całkowitej aprobacie szefa. Zwieńczeniem tych moich dwumiesięcznych starań będzie w przyszłym tygodniu Tour de Pologne(taką roboczą nazwę sobie wymyśliłem): czyli objechanie w niespełna tydzień Rzeszowa, Krakowa, Wrocławia i Poznania. Przeszkolę w nowej metodzie jak najwięcej osób i zjadę w piątek po południu w przyszłym tygodniu do domu. Sam szef zasugerował mi bym podzielił sobie to na dwie podróże, ale powiedziałem, że dam radę i załatwimy w tydzień tę sprawę. Co prawda zrobię ponad 1500 kilometrów samochodem ale będę miał to już z głowy i zajmę się realizacją ostatniej części mego planu.
   Na działce byłem w sobotę i tylko bób i czosnek na razie nie zawiodły. Zebrałem wszystek bób i wyłuskałem chyba ze cztery kilo - wspaniały i świeży. Chyba obrodził, bo wsadziłem tylko dwie paczki nasion. Kilka główek czosnku na bieżące potrzeby położyłem na garstce ziemniaków, jakie wyrosły „co kilometr”. A posadziłem ponad 20 kilo. Zgniły. Działka zarośnięta jak nigdy dotąd. Deszczowa pogoda sprzyja rozwojowi wszelkiego zielska. Rokują jeszcze tylko dyniowate i fasola. Kilka ziaren „Pięknego Jasia” posadzonych przy tyczkowym tipi rozrosło się w prawdziwy gąszcz. Mnóstwo kwiatów i prawie sto procent zawiązywanych strąków dają nadzieję na sporo ziaren. Dynie kilku gatunków już kwitną i może też dadzą jakiś plon. Zapomniana kapusta Pak Choi wypuściła już pędy kwiatowe przywabiając zapylające owady. Może zbiorę nasiona, bo tych kupionych było w paczce tylko 20(słownie: dwadzieścia!) i jeszcze nie wszystkie wzeszły. Jak mi się to uda to w przyszłym roku dowiem się jak smakuje.
   Czarna porzeczka owocuje już w pełni i pewnie zamienimy cały zbiór na dżem. Parę słoneczników samosiejek osiągnęło już całkiem pokaźne rozmiary. Ogólny obraz ogrodu jest nie fajny. Chyba muszę się z tym faktem pogodzić, że ten rok jest już raczej nie do odrobienia. Może trzeba będzie posadzić jeszcze jeden rząd owocowych drzew i nie cisnąć dalej na inne uprawy?
   Jakiś taki ten rok inny….
PS: Balkonowej, zielonej jeszcze, chilli zakosztowaliśmy w grillowych przyprawach. Paliła w języki ostro. Już właściwie nie kwitnie(chłodne noce) ale ma mnóstwo strączków. Te, które porozdawałem znajomym są już czerwone(pewnie miały cieplej).

środa, 21 czerwca 2017

Zaniedbałem to mam…..



…. a właściwie nie będę miał. Nie być w maju i czerwcu na działce pięć kolejnych tygodni? Nie wiem czy to bardziej głupota czy zbrodnia? „Efekty” zaniedbań widać było już przy wjeździe. Fasola pnąca i buraczki niewidoczne zza zielska. Szpinak półmetrowy, raczej już niejadalny – za to dla kur i owszem. Teściowa z uwagi na wiek i stan zdrowia robić wiele już nie może zaś szwagierka już dawno położyła przysłowiową laskę na moje ogrodnicze wypociny. OK! Nie mam pretensji. Myślałem, że w tym roku moje życie prywatne wróci do normalności objawiając się między innymi tym, że więcej czasu poświęcę na działkę i lepsze korzyści z niej uzyskam. Niestety maj przebiegł pod znakiem komunijnych spotkań rodzinnych a połowa czerwca zleciała już prawie na załatwianiu w weekendy innych zaległości. Jednym słowem porażka. Ziemniaki posadzone 3 maja wygniły od nadmiaru deszczów i wątpię czy wykopię więcej niż zasadziłem. O szpinaku już wspomniałem. Jabłek i włoskich orzechów też nie będzie. Właściwie dynie i fasola jeszcze tylko rokują. Na cokolwiek innego jest już za późno.
   Skosiłem część łąki, bo i trawsko już było po pas. To, co skosiłem dołożyłem na grządki gdzie były ziemniaki – inwestycja w przyszłość. Chyba tylko budowanie nowych zagonów ma w tym roku jakiś sens. Młode krzaki leszczyny wydały w tym roku znaczące przyrosty a na niektórych są nawet owocowe zawiązki. Czosnek pewnie urodzi kilkadziesiąt główek a zeszłoroczna szalotka już wytworzyła cebulki przybyszowe. I tyle o działce.
   W pracy zajmuje mnie teraz bardzo dobry projekt. Polega on na tym, że znaczną część pracy papierowej, robionej w bardzo trudnych warunkach, uda się zamienić na trzy kliknięcia, które to załatwią w dodatku eliminując błędy. Zyskają na tym głównie ludzie pracujący na stanowiskach takich jak ja jeszcze dwa lata temu. Mam z tego dużą satysfakcję, bo na gratyfikacje od zwierzchników raczej nie liczę. Jestem już w tym temacie mocno zaawansowany i mam nadzieję, że w wakacje uda mi się wprowadzić zmiany w całej firmie.
   W domu rozmnożyłem Sansevierię i Zamiokulkasa. Na balkonie trzy kwitnące sadzonki chilli zapewnią mi znów zapas tej pikantnej przyprawy na zimę. Bardzo ciepłe dni zachęcają do zmiany diety a ciężkie i syte potrawy jakoś w tym czasie nie mają racji bytu. Za to jogurty, kefiry i inny nabiał w połączeniu z młodym ziemniakiem jak najbardziej, tak.
   O wakacjach, urlopie na razie nie myślimy. Pewnie przegapiliśmy czas, gdy należało wybierać i decydować, Może we wrześniu jakieś parę dni….
Na razie króluje dzień powszedni.
Na znajome bloogi też zaglądam – miło popatrzeć jak chociaż innym coś więcej się udaje.

piątek, 16 czerwca 2017

Oszczędności i kredyty



Spokojny i stabilny rozwój a także prawdziwe szczęście biorą się z oszczędności.
Kredyty generują haos gospodarczy, wyzysk, oszustwa oraz kryzysy rodzin i państw.

... o tym raczej nie mówią wielkie stacje telewizyjne czy znane gazety.

sobota, 20 maja 2017

Pierwszych komunii czas



   Jesteśmy teraz w apogeum spotkań rodzinnych związanych z pierwszymi komuniami dzieci. Zazwyczaj wieńczy to wydarzenie mniej lub bardziej wystawne przyjęcie. Coraz częściej, w wypadku lepiej sytuowanych materialnie osób albo ze względów lokalowych czy zwykłej wygody, odbywają się one w wynajmowanych w tym celu salach czy domach weselnych. Rozwój tego rodzaju biznesów jest według mnie obecnie nadzwyczajny, wspierany ponoć nawet poprzez unijne dotacje. Ale nie o zaletach i profitach tegoż biznesu chciałem pisać.
   Jest coś w naturze naszej, że z powodów przeróżnych, bardzo się staramy by takie spotkanie i wydawane przyjęcie wypadło jak najlepiej. Czasem chyba nawet bardziej o to dbamy niż o sam wymiar duchowy i religijny tego wydarzenia. Ustalanie listy zaproszonych gości, dogadywanie menu poprzedzone wcześniejszym rozeznaniem organizatora a czasem bardzo przypadkowego, bo znalezionego w ostatniej chwili, bardzo pochłania czas i energię. A wszystko to bardzo często po to, by nie spotkały nas potem niepochlebne komentarze. Na końcu, już po wszystkim, wspólnie z dzieciakiem, następuje przeliczenie zawartości kopert i wtedy, może po raz pierwszy, dziecko poznaje takie terminy jak: skąpstwo czy hojność.
   Z obawy przed takimi właśnie sytuacjami coraz częściej dochodzi do tego, że część rodzin rezygnuje z takich spotkań i nie uczestniczy w takich wydarzeniach. Może zyskują tzw. święty spokój a pieniądze wydają inaczej.
   Również z obawy przed komentarzami, wydający takie przyjęcie często przesadzają z nadmiarem dbałości o ilość i jakość, która kończy się często tym, że niemała część przygotowanego jedzenia kończy na śmietniku. Zdarza się czasem również tak, że mimo starań coś nie wypadnie według planów i oczekiwań.
   Zapewne jednym i drugim nie można odmówić pewnej racji w ich postępowaniu. Każda ze stron równie łatwo uargumentowałby swój wybór.
   Mnie jednak nie daje to nadal spokoju a doznania po uczestniczeniu w trzech w tym miesiącu takich uroczystościach są bardzo świeże i różnorodne. Od nadmiaru, przesytu i marnotrawstwa aż do słabości menu i ilości mimo wybranych wspaniałych i ekskluzywnych miejsc spotkań. I przypominam sobie moje dziecinne wrażenia z pierwszej komunii. A z opowiadań moich rówieśników, które toczyliśmy podczas rozmów przy tej okazji, wynika, że wiele osób miało bardzo skromne te swoje pierwsze komunie.
   Pewnie nic odkrywczego tu nie napisałem i niewiele się też w tym temacie zmieni. Zastanawiam się tylko już dziś czy w przyszłym roku nie czekają mnie takiego rodzaju uroczystości.
Może było ich po prostu za dużo?

PS: Na działkę zaraz jadę by "posprzątać parapety" w mieszkaniu ku uciesze żony. Trochę też mam zaległości przez te pierwsze komunie…… Ech!

środa, 3 maja 2017

Majówka



   Od soboty zacząłem majówkowy „relaks”. Pogoda niepewna i choć nie padało i niezbyt ciepła była, skutecznie zniechęciła od wyjazdu rodzinkę. Pojechałem więc sam powalczyć z glebą. Powiem tak: nie jestem znów w pełni zadowolony z moich dokonań. Słaby jakiś jestem po zimie, znów słabszy jak rok wcześniej. Może to zbliżająca się szóstka z przodu a może tylko SKS? Coś tam jednak zrobiłem, choć końskie zdrowie na pewno już dawno za mną.
   Rozpocząłem od wizyty na targu w Radzyminie po drodze na działkę. Już przed wjazdem na plac zauważyłem, że znów handlują drobiem, mimo tego, że zakaz, choć nieco poluzowany nadal obowiązuje. Trzeba będzie zakupić trochę młodych kur, bo te, co są, choć mają w tej chwili wiosenny renesans nieśności, to pewnie za chwilę staną się darmozjadami. Połaziłem, pogapiłem się, kupiłem worek ziemniaków, sadzeniaków odmiany Irga i pojechałem. Były już na targu także pierwsze rozsady porów, selerów, pomidorów, papryki i innych warzyw i kwiatów, ale ceny kosmiczne, więc sobie darowałem ten zakup. Dojechałem, po drodze kupując jeszcze trochę jedzenia by nie sępić od teściowej żyjącej z niewielkiej przecież emerytury(kurna, czy ja kiedyś na starość też tak będę miał?). Pogadaliśmy trochę i po herbatce wziąłem się za robotę. Skopałem resztę ogródka pod fasolkę tyczną i warzywa, podglądając przy tym czy wysiany już wcześniej bób, buraczki i szpinak czasem już nie wschodzą. Ale nie, jest za zimno i wszystko stanęło. Śliwy tylko na przekór panującym temperaturom kwitną, zapylane pracowicie przez kilka trzmieli, które zarobiły sobie gniazdo pod dachem budynku dawnej obory, obecnie kurniko-drewutni. Dalej posiałem tę fasolkę i naszykowałem pod każdym z miejsc siewu sznurki, po których będzie się spinać. Z sadzeniem ziemniaków wstrzymywałem się do ostatniego dnia pobytu(1 maj), bo na łące, po ostatnich obfitych deszczach stała woda. Próbowałem, co prawda przeprowadzić małą meliorację, ale skutek prawie żaden – woda słabo spływała w pole. Za to gnaty od kopania rowków w grząskiej, błotnistej ziemi dały o sobie znać bólem. Ale odkryłem wreszcie a właściwie potwierdziłem, że pod warstwą gleby znajduje się glina, która jest powodem jej nieprzepuszczalności. Wykopałem, mimo napływającej wody dół, i na głębokości około 70 centymetrów zaczyna się glina. Znalezisko to natchnęło mnie myślą o jej wykorzystaniu. Zaraz skojarzyłem, że jeden przystanek autobusowy ode mnie na budynku jest baner z napisem o kursach ceramiki. Mógłbym się może tego nauczyć i zostać „gliniarzem” (czytaj: wytwórcą ceramiki). W końcu nie święci garnki lepią.
    Przygotowałem jeszcze kilka miejsc, w których wysieję nasiona lub wsadzę rozsadę dyń. Będą w tym roku rosły wraz z fasolą Jaś, dla której przygotowałem z leszczynowych tyczek podpory w kształcie indiańskiego tipi.. To będzie taka skrócona forma uprawy typu „trzy siostry”. Ale kukurydza też będzie mieć dla siebie inne miejsce. Nazbierałem jeszcze, na niemałą kupę, trochę patyków i suchych gałęzi, z których chcę przygotować wał a one znajdą się na samym spodzie. Przesiałem także kilka worków kompostowej ziemi, której potrzebuję do balkonowych doniczkowych uprawek. Idealna okazała się tu skrzynka wykotowa od królików z dnem z siatki o oczku 10 na 10 mm.
   Na śniadanie wykopałem jeden młody czosnek i pokroiłem cały jak szczypiorek do kanapek. Był pyszny i delikatny, bez ostrego smaku, choć charakterystyczny aromat już miał. Trzy kolejne zabrałem do domu w tym samym celu. Pierwszego maja po południu odjechałem do domu. Nie zostałem dłużej, bo jestem w trakcie zabiegów na bolący bark a drugiego maja też je miałem. Za długo czekałem na to by sobie odpuścić. Byłem też tego dnia w pracy. Pusty parking zapowiadał nadzwyczajny spokój. Napotykane tam osoby wyglądały jak duchy snujące się za karę. Mimo to udało mi się jednak załatwić parę spraw związanych z zakończeniem poprzedniego miesiąca tak, że tego czasu nie zmarnowałem.
   Dziś zajmę się przesadzaniem chilli i koktajlowych pomidorków do balkonowych donic a ponieważ żona idzie na urodziny („pięćdziesiątkę” do „psiapsi” z dziesiątego piętra), więc będę miał przy tej czynności spokój.

niedziela, 9 kwietnia 2017

Posadziłem …



… pierwsze ziemniaki. I czosnek! Jak zwykle na wariackich papierach wszystko się to odbyło. Pojechaliśmy z samego rana(rano to bardzo pojemne słowo) … i już po jedenastej byliśmy na wsi. A po drodze był jeszcze market, bo kupowaliśmy składniki do ciast, jakie szwagierka wypieka na święta. Przywitałem się teściową i szwagierką i po paru kurtuazyjnych zdaniach byłem już przebrany w działkowe ubranie. Wiem, niedziela palmowa a ja latam z taczką jak wariat po działce. Pewnie niejednego to może urazić, ale jak zaległości w działaniach tak olbrzymie a wiosna uderza do głowy to ja nie potrafię inaczej. Pogoda do tego sprzyjała, pochmurno i nie za ciepło było, więc coś tam zrobiłem.
   Ziemniaki dwóch odmian, zakupione w markecie w ilości 4 kilogramów posadziłem na miejscu gdzie jeszcze nigdy nie rosły. Z trzech główek czosnku wyszło czterdzieści ząbków, które powtykałem w spulchnioną i odchwaszczoną ziemię. Biegając pomiędzy drzewkami i zagonami odkryłem, że w miejscach gdzie w zeszłym roku był czosnek wystają z ziemi młode roślinki - pewnie niedokładnie zebrałem plony i jakieś pojedyncze ząbki zostały. Fajnie to wygląda i może coś z tego będzie a naliczyłem ich jakieś kilkadziesiąt sztuk.
   „Podniosłem” dwa zeszłoroczne zagony dokładając kompostu i zleżałej słomy uzupełniając wszystko zagrabionymi z łąki resztkami suchych traw. Na jednym rosły ziemniaki a drugi dopiero powstawał. Na tym po ziemniakach będą dynie a na tym nowym posadzę ziemniaki. Powycinałem leszczynowe odrosty a uzyskane w ten sposób tyczki będą podporami dla pnącej fasoli. Muszę po świętach zaplanować jeszcze miejsce dla warzyw korzeniowych i ogórków.
   Na drzewach widać już pąki kwiatowe. Trudno po ich ilości ocenić potencjalny urodzaj, ale chyba jest trochę mniej jak rok temu. Na działce sąsiada, widać młodzi przejęli stery. Powycinali pond pięćdziesięcioletnie jabłonie. Mnie się to nie spodobało, ale taka już jest ta wolność właściciela. Trudno powiedzieć, co planują, ale może fabryki żadnej tam nie zbudują. Poleciałem też do lasu i tu też widać efekty spalinowych pił. Całe połacie sosnowych młodników, co to w sezonie są ostojami maślaków wycięte w pień. Szkoda, bo ziemia tam piaszczysta i pod uprawy rolnicze raczej mało przydatna. Pewnie sosenki pójdą z dymem przez kominy właścicieli.
   Weterynarze cofnęli już zakaz wypuszczanie drobiu, choć nadal nie mogą mieć do nich dostępu ptaki dziko żyjące. Przesadnie chronimy chyba przemysłowe fermy. Lobby producentów „zdrowej żywności” z drobiowego mięska naciska na rządy i swoje osiąga. Kury po zimie wyglądają słabo, bo normalnie nawet w lutym w cieplejsze dni widywałyby słońce. Teraz, gdy mają dostęp do młodej zielonki pewnie szybko odżyją, ale jaj nie jest za wiele. Może jak zniosą zakaz handlu to dokupimy młodych i będzie lepiej.
   Zapakowaliśmy trochę jaj na święta i dwuletnie(AD2015 - tak, tak to nie pomyłka) kiszone ogórki. W ciemniej chłodnej piwnicy przestały do dziś. Są nadal smaczne i jędrne a ponieważ bańka pięciolitrowa to dla nas zbyt dużo podzieliliśmy się z córką zjeżdżając do niej po drodze do domu.
   Ciekawe jak jutro wstanę z łóżka po tych gimnastykach?
A może nie będzie tak źle….
PS: Rozsady pomidorków koktajlowych i chilli na oknach mają się dobrze choć te pierwsze trochę "wybiegnięte". Chyba trochę przesadziłem z wczesnością terminu siewu.

sobota, 25 marca 2017

COB live

Poniżej adres do wklejenia do wyszukiwarki:
https://www.youtube.com/watch?v=PAC2hZ6LWDc
Strona działa od kilkunastu godzin.
Może to będzie dla kogoś ważne albo tylko interesujące.
Wiele się o tym mówiło w czasie budowy i powstawania, mówi się i teraz.....
Jednak co się zobaczy na własne oczy....

piątek, 17 marca 2017

Przygotowania do wiosny



   Przepikowałem pomidorki koktajlowe. Wybrałem kilkanaście sztuk siewek. Resztę rozdam ludziom o podobnych zainteresowaniach. Żona ogłosiła w pracy, że mamy nadwyżkę i chętni do balkonowo-doniczkowej uprawy znaleźli się w minutę. Papryka chilli zostanie przesadzona do doniczek za tydzień. Chociaż marcowa wiosna jeszcze niezdecydowana to każdy dzień, nawet ten pochmurny czy deszczowy, jest i tak coraz dłuższy. Na razie widać ją tylko na zapełniających się roślinkami parapetach. Żona już się nie może doczekać maja, gdy to wszystko zniknie na docelowych miejscach.
   Zwolniliśmy tempo naszego życia po latach szalonej walki i wyrzeczeń. Snujemy malutkie i ciche plany urlopowe. Może uda nam się pierwszy od pięciu lat kilkudniowy wyjazd. Remont kuchni i przedpokoju odłożymy na rok przyszły. Na razie zrobię tylko doraźne poprawki po awarii hydrauliki w kuchennym pionie plus malowanie ścian. Latem chciałbym nadrobić zaniedbania działki z lat minionych. Nazbierałem ostatnio szyszek drzew iglastych, zainspirowany filmami o zbieraczach włażących na najokazalsze z nich. Mam nasiona świerka, trzech odmian sosen i daglezji, z którą wiążę największe oczekiwania. Jej nasiona mam z szyszek znalezionych w parku Łazienkowskim po wichurach z przed dwóch tygodni. Wysuszone na kaloryferze pootwierały się wysypując nasiona. Własny las? Tego nie wiem, ale na pewno jakieś nowe doświadczenie. Na pewno ewentualne efekty tych działań nie będą moim udziałem. Może wnuków? Jeśli tak, to oby uszanowały.
   Na działce zastój w drobiowym temacie. Komunikat o ptasiej grypie zastopował wszelki ruch w obrocie kurami. Mieliśmy zakupić trochę młodych niosek, ale na razie ponoć jakieś kontrole służb weterynaryjnych skutecznie nas powstrzymują. Dwuletnie i starsze kury, niosą się już słabo ledwo zarabiają na swój byt. Właściwie jedyny pożytek z nich to nawóz, którego jest teraz więcej z powodu konieczności trzymania ich w kurniku. Dobre, chociaż i to. Będzie z czego zrobić nowe grządki.

niedziela, 26 lutego 2017

Odcinanie kuponów vs. walka o przetrwanie



   Jeden świat a tak naprawdę dwa światy. Bogaci i biedni. Odwieczny podział. Mimo upływu czasu i ewoluowania systemów społecznych nic się właściwie nie zmienia. Czy tylko niepohamowana żądza posiadania pieniądza, władzy, potęgi i siły jest wciąż „motorem” napędowym rozwoju ludzkości? Po jednej stronie potentat, którego nadrzędnym celem jest permanentna ochrona i wzmacnianie swej pozycji a po drugiej armia ludzi mrówek podążających nakazanymi ścieżkami by tę wielkość, w swym codziennym i mozolnym trudzie, utrwalać. Garstka superszczęściarzy i miliardy nieszczęśników, którzy nie mają prawa ani żadnych szans na zrealizowanie swego osobistego szczęścia i marzeń. Smutne, że taki ogrom ludzi zdrowych, silnych i pracowitych tak często żyć musi na skraju biedy. Paradoks, nie tylko naszych czasów. System?
   Ktoś może powie: przecież są ludzie szczęśliwi i niebogaci również i teraz. Pewnie, że są. Ale czy to naprawdę autentyczne szczęście? Gdy ktoś pozornie ma wszystko uzyskane za długoletni, na niepewnych warunkach brany, kredyt i pracę za parę tysięcy to szczęście? To, że niemal całe dorosłe życie będzie prowadzony na powrozie banku, to ma być szczęście? Gdy spłaci to wszystko za lat kilkadziesiąt okaże się, że oddał dwa razy więcej niż wziął napychając swymi ciągłymi wyrzeczeniami konta bogaczy. A może tak właśnie miała wyglądać „klasa średnia”? Według mnie to określenie to slogan stworzony na potrzeby utrwalenia istniejącego stanu w obecnych czasach. W każdym systemie musi być także jakiś pośrednik, trochę lepiej opłacany, który by pomógł utrzymać bogaczom ciągłą „stabilizację”, czyli zapewnić spokój wśród mrówek.
   Wiem, że postrzeganie szczęścia przez pryzmat dóbr materialnych nie każdemu się spodoba. Zapewne można być szczęśliwym za jeszcze mniej, lecz to bardziej kwestia hierarchii wartości ale częściej wybór pod presją otoczenia by łatwiej pogodzić się z własnym ja. Przepływy materialne tego świata muszą się jednak bilansować i jak komuś ubyło to gdzieś ten ubytek musi pojawić się jako przychód. Wiem też, że często pierwszy milion trzeba ukraść by następne generować już całkiem legalnie. W tej właśnie chwili pewnie także ktoś kradnie swój pierwszy milion….. taka to już jest ta ludzka natura.
   Nie oczekuję, że tym tekstem zwrócę uwagę bogaczy na sprawę, oni mają się świetnie i już teraz są jak w niebie. To pewnie parę ludzkich „mrówek" go przeczyta. Wiem, że niewiele to zmieni we współczesnym i przyszłym świecie. Naiwnością byłoby takie oczekiwanie. Może ja po prostu mam już taką socjalistyczną konstrukcję umysłu odziedziczoną po dziadku, który w okresie międzywojennym nie mógł znaleźć pracy za udział w robotniczych demonstracjach? To zapewne był główny powód napisania powyższych słów.
Ech ci nasi przodkowie….

PS 1: Chilli i pomidorki koktajlowe powschodziły i to jest absolutnie pewna i dobra wiadomość.
PS 2: Na Świętoszka idziemy dziś do Narodowego - traktuję to jako bonus za trud życia w wielkim mieście. Inscenizacja pewnie będzie trochę inna ale temat niezmiennie aktualny.

środa, 22 lutego 2017

Zasrane miasto i drzewa…



   Odwilż i topniejący śnieg odsłonił to, co podczas jego zalegania zrobiły psiuńcie swoich pańciów. Chociaż w mieście obowiązuje zasada i przepis, by pańcie i pańciowie sprzątali kupy swoich psiuńciów to i tak niewiele z tego, od lat, wychodzi. Może nawet bym przygarnął jakiegoś psiaka, ale uczulenie na sierść mojej żony, ograniczona przestrzeń mieszkania i obowiązek zbierania psich kup skutecznie mnie na razie powstrzymuje. Zadowalam się na razie relacjami ze wspaniałym i przyjacielskim kundlem teściowej, który nie musi zastanawiać się gdzie się załatwić a i tak znalazł sobie swoje na ten cel miejsce. W dodatku jak przyjeżdżam to szczeka podobno jakoś inaczej.
   Wielkiego dęba wycięto ostatnio w okolicy gdzie bywam. Może strata to niewielka dla tej miejscowości, wyróżniającej się w Polsce dużą ilością wiekowych egzemplarzy drzew. Powód tego wycięcia mnie tylko wkurzył bo jest dla mnie niezrozumiały. Drzewo to rosło w dzielnicy jednorodzinnych domów i jego jedyną winą było to, że jesienią swymi opadającymi liśćmi zapychał rynny w domach na sąsiadujących posesjach. ZGROZA!!!
   Ile takich „okazji” wykorzystanych zostanie podczas obowiązywania tego debilnego rozporządzenia? Pewnie zamiast korzystania z przyjemnego cienia w letnie popołudnia, które dawało drzewo dotychczas, właściciele tych domów założą klimatyzację, bo nie da się w upały wytrzymać….. A kiedyś się dawało! Wiem, jestem przeczulony na tym punkcie. Ale mam nadzieję, że za mego życia doczekam jeszcze powstania prawdziwej i autentycznej partii „zielonych”, która wygra jeszcze wybory a jej przedstawiciele nie pozwolą niszczyć takiego oczywistego dziedzictwa ludzkości.
Amen.

niedziela, 5 lutego 2017

Co dalej…


   Nauczony dotychczasowym życiem nie planuję. Już tyle razy zamierzenia blisko czy dalekosiężne nie sprawdziły się, że chyba nie warto grać w tę ruletkę. Ale by nie stać się planktonem niesionym przez prądy oceanu jakimś działaniem trzeba jednak zaznaczyć swą obecność na tym świecie. Chciałbym w tym roku, tak zdecydowanie i mocniej, „powalczyć” z działką i kontynuować zagospodarowywanie tego kawałka ziemi metodami tworzenia silnych i wydajnych struktur naturalnymi sposobami. Myślę tu o tworzeniu kolejnych wzniesionych grządek nie zapominając oczywiście o ciągłym nadbudowywaniu tych już istniejących.
   Nie ukrywam, że przez ostatnie lata bardzo mi tego brakowało a każda konieczność rezygnowania z tamtych działań była trudna. Ale tak być musiało. Wynikło też z tego powodu sporo zaniedbań, które mam nadzieję uda mi się w tym roku nadrobić. Wiele zdrowia i sił będzie mi do tego potrzebne. A tu jak na złość albo łupie w krzyżu albo boli bark. Byłem już nawet w tej intencji u lekarza pierwszego kontaktu i nawet chłop sensownie gadał. Powiedział, bym wybrał między proszkami przeciwbólowymi w ciemno a skierowaniem do ortopedy. Mimo, że coraz gorzej znoszę dolegliwości w barku i nieprzespane w związku z tym noce, wybrałem jednak ten drugi wariant, choć wizyta dopiero w kwietniu. Myślę, że warto ustalić czy to zwyczajny „SKS”, błędy młodości, gdy trenowałem siatkówkę jak wariat czy może przeciążenia ostatnich lat wynikające z dźwigania ponad siły. A może zmiana pracy, trybu życia i dwa lata ślęczenia za biurkiem dają pierwsze takie "rezultaty"? Zobaczymy. Nie chciałbym jednak bez sensu żreć jakichś prochów. Na razie ratuję się jak mogę domowymi sposobami. Gimnastyką i rozciąganiem bolących miejsc a w pracy robię dwudziestominutowa przerwę i wychodzę na spacer rozprostować gnatki. Na razie większych postępów nie zauważam, ale może z czasem… Trochę przydługi ten zdrowotny akapit wyszedł, ale co zrobić, kiedy naprawdę boli.
   W tym roku dwie uprawy chciałbym obdarzyć swą szczególną uwagą: ziemniaki i dynie. Dlatego, że już od paru lat bardzo dobrze się udają, warto by było je wreszcie mieć tylko z własnej uprawy i to przez większość, jeśli nie przez cały rok. Na tym moje pomysły się oczywiście nie kończą. Wraz z dyniami posieję kukurydzę jako osłonę i może słoneczniki. Między ziemniaki wsiewam bób, bo wykorzystują one dobrze azot wytwarzany przez jego bakterie brodawkowe reagując większym plonem. Z innych warzyw dobrze by było mieć jak najwięcej sezonowych: ogórków, pomidorów, papryki, marchewki, cukinii, jarmużu czy buraków. Bardzo obficie plonowała mi w roku ubiegłym fasola pnąca, więc dla niej też znajdę dobre miejsce.
   Mam z lat ubiegłych sporą pryzmę kompostu, do tego obornik z kurnika i kilka belek słomy. Pewnie starczy to na kolejny spory zagon pod ziemniaki. Od paru lat staram się też dość obficie ściółkować wokół młodych drzewek owocowych. Posadzę czasem w tej ściółce jakiś czosnek lub wsieję ogórki lub dynię. Nawet fajnie rosną zwłaszcza te drugie. Gdy te posiane na monokulturowym zagonku giną z powodu mączniaka lub innego, to te kępki wysiane w takich niby oazach dają wówczas całkiem niezłe plony unikając zarażenia.
   Słońca, co prawda jeszcze nie za wiele a dni pochmurnych i ponurych jest jeszcze wciąż więcej niż tych jasnych. Stają się one jednak coraz dłuższe i lada dzień zacznie się pewnie wysiewanie papryki i pomidorów. Parapety okienne znów zastawione zostaną na kilka tygodni pojemnikami z siewkami i rozsadami. Pewnie i ja w tym tygodniu wysieję chilli, którą będę chciał wysadzić do gruntu w jakimś osłoniętym od wiatru miejscu na działce. Właściwie z dwóch roślin uprawianych w dużych doniczkach na balkonie uzyskałem tyle owoców, że starczy do następnych zbiorów, ale w tym roku zrobię więcej rozsady, bo sposób uprawy będzie inny a ryzyko większe.
   Kończę, bo zapisałem już całą A4 i wątpię by komuś starczyło cierpliwości na dłuższe czytanie.

niedziela, 29 stycznia 2017

Układanie od nowa.



   Tak jak stary rok skończył się dla nas w kiepskich nastrojach tak i na nowy przeniosły się one niestety. Próbujemy wychodzić z tego marazmu i jakoś się to nam, wraz a upływem czasu, chyba udaje. Wiele rzeczy dało się już nam załatwić i sporo jeszcze przed nami. Trudna jest do wypełnienia pustka po kimś, z kim żyło się i mieszkało od urodzenia.
   Po dopełnieniu spraw urzędowych a także tych związanych z przepisaniem na mnie opłat i rachunków za media, przyszedł czas na uporządkowanie pozostałych po zmarłej mamie przedmiotów, zwłaszcza tych związanych bezpośrednio z jej chorobą i opieką nad nią w ostatnich latach jej życia. Z pomocą przyszedł nam pewien proboszcz z innej parafii, który parę miesięcy wcześniej kwestował w imieniu prowadzonego przy tejże hospicjum. Uznaliśmy, po naszych doświadczeniach ostatnich lat, że pozostały sprzęt rehabilitacyjny, łóżko, środki higieniczne, pielęgnacyjne oraz inne rzeczy przekażemy tam właśnie by mogły służyć innym osobom w ich ostatnich chwilach życia. Po kontakcie z pracownikami tej placówki oraz odwiedzeniu internetowej strony okazało się, że potrzeby tego hospicjum są bardzo duże a poziom i kultura sprawowanej opieki bardzo wysoka. Potwierdziły to również rozmowy z osobami, które miały już kontakt z tym hospicjum w ostatnich chwilach życia najbliższych im osób. Zainteresować tematem udało się także mej córce osoby w jej miejscu pracy. Młodzi ludzie, z którymi pracuje odpowiedzieli bardzo spontanicznie i hojnie przygotowując zestawy potrzebnych przedmiotów z internetowej listy.
   Wczoraj przy bezinteresownej pomocy paru jeszcze osób(samochód dostawczy teścia córki okazał się być bezcenny) przewieźliśmy wszystkie te zebrane przedmioty do hospicjum. Odbierały je od nas siostry zakonne, które tam pracują. Nie ukrywały zaskoczenia i wzruszenia podczas wyładunku wszystkich przedmiotów. Bardzo nam dziękowały mówiąc, że wszystko to bardzo im się przyda, bo państwowe dotacje pokrywają tylko 1/3 potrzeb hospicjum. W trakcie przekazywania rzeczy zorientowałem się, że są tam też dziecięce zabawki. Na moje zdziwienie odpowiedziano, że sprawują tam także opiekę nad dziećmi, których rodzice zmarli przedwcześnie tu właśnie. I w tamtej chwili znów mój margines szczęścia/nieszczęścia przesunął się bardzo.
   Podziękowaniom pewnie nie byłoby końca gdyby nie to, że siostry musiały wrócić do swych codziennych obowiązków. Wyciskaliśmy się wszyscy na koniec raz jeszcze bardzo serdecznie.
   Już wsiadając do samochodu poczułem, że to co zrobiliśmy przed chwilą przyniosło mi jakąś ulgę, odblokowanie.
   W drodze powrotnej do domu zajechaliśmy do córki, która zaprosiła nas już wcześniej na obiad. Upiekłem dzień wcześniej dwa drożdżowe ciasta(to dla mnie też jakiś znak powrotu do normalności) i zabrałem na to spotkanie. Byli zaproszeni również teściowie córki i spędziliśmy razem to popołudnie aż do wieczora. Bardzo dobry to był dzień.
   Dziś byliśmy na cmentarzu i chyba na tym zakończę w mojej pisaninie ten smutny wątek.

PS: Prześladuje mnie ostatnio taka oto powracająca melodyjka: Kniaź Igor Borodina tańce połowieckie w instrumentalnym wykonaniu dwóch rosyjskich muzyków: 
https://youtu.be/qFyeuH6IWgU
Mnie, ci dwaj goście poprawiają nastrój.