Witam!

To jest o moich osobistych rozważaniach, obserwacjach, doświadczeniach, myślach o sprawach bieżących i bardziej uniwersalnych, ponadczasowych. Bez zdjęć i obrazów, tylko słowa.

wtorek, 29 kwietnia 2014

Dyniowate i ziemniaki



   Aż trzy razy w czasie około świątecznego tygodnia byłem na wsi! Radocha! Jeszcze jaka! W przedświąteczną sobotę zrobiłem trzymetrowej długości zagonek z ziemniakami. Bez kopania w ziemi – tylko rozłożony obornik, stare podgniłe siano, skoszona świeża trawa, trochę ziemi na wierzch i nieumyślnie podkiełkowane, przez zapomnienie w domu, kartofelki. Wszystko to ułożone warstwami na skoszonej przed chwilą łące. Eksperyment. W wielkanocny poniedziałek, podczas wizyty rodzinnej, już chodziły mi po głowie następne pomysły z tej serii. I w piątek, po przyjeździe, uczyniłem trzy kolejne zagonki w tym samym stylu. Tyle, że tym razem ten z ziemniakami był dwa razy dłuższy i zawierał dwie odmiany(w tym jedne z czerwoną skórką i o żółtym środku). Na dwóch kolejnych posiałem dynię piżmową i cukinię. Plecy i kręgosłup nazajutrz bolały od wożenia taczkami nasiąkniętego obornika i gleby, ale myślę, że nie będę tego wysiłku żałował. Poza tym taki sposób uprawy nie wymaga ode mnie bieżącego doglądania i przy średnich opadach deszczu może doczekam się dobrych rezultatów.
   Podczas tych moich zmagań, nie ustrzegłem się pierwszego wiosennego kontaktu z owadami zapylającymi z zapałem kwitnące drzewa i krzewy. Mam wrażenie, że „użarł” mnie trzmiel lub pszczoła, bo zaczerwienienie i obrzęk był spory. Byłem kontrolnie na pogotowiu by wykluczyć kleszcza, bo podobno już są aktywne.
   Zupełnie nie spisał się w tym roku mój nowozelandzki samczyk, bo żadna z pięciu pokrytych(?) samic nie doczekała się potomstwa. Dałem mu jeszcze jedną szansę ale nie oczkuję raczej cudu. Trzeba się będzie, jak tak dalej pójdzie, chyba rozstać z królikami. Nic na siłę
   W domu na oknie parapet zajęty rozsadami. I cierpliwie znoszę docinki żony i pozostałych domowników na ten temat. Może lepiej gdybym był poetą a nie ogrodnikiem od siedmiu boleści. Mniej bałaganu byłoby w domu na wiosnę. Pomidorki koktajlowe, dwa gatunki dyń, papryka czekają na swoją kolej. Mam nadzieję, że własnoręcznie wyhodowane warzywa zrekompensują im latem i jesienią obecne niedogodności. Wysiałem również do doniczek nasiona jodły koreańskiej z jedynej szyszki jaką wytworzyła pierwszy raz w zeszłym roku.
   A tak w ogóle sady kwitną jak szalone i zapowiada się dobry urodzaj owoców, bo nie brakuje pszczół. Mam wrażenie, że właśnie teraz dane jest nam przeżywanie jednych z najpiękniejszych dni w roku. Zawyć ze szczęścia chciałoby się.

1 komentarz:

  1. Boziu i Piotrze jaki Ty jesteś rolnik i ogrodnik i hodowca. Podziwiam Ciebie za siły witalne , które posiadasz. Kiedyś też podobnie szalałam, ale teraz już trochę zmieniłam bieg na wolniejszy. Swoją drogą takich ziemniaczków z własnego pola to Ci zazdroszczę- bynajmniej mają smak i zapach. Do nich wystarczy tylko koperek, zsiadłe mleko i obiad gotowy. U mnie czereśnia miała bardzo dużo kwiatów, ale pszczół jak na lekarstwo i niestety połowę kwiatów już zrzuciła. Jak możesz to podeślij mi mały rój, niech trochę u mnie popracują.
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń