Witam!

To jest o moich osobistych rozważaniach, obserwacjach, doświadczeniach, myślach o sprawach bieżących i bardziej uniwersalnych, ponadczasowych. Bez zdjęć i obrazów, tylko słowa.

środa, 3 maja 2017

Majówka



   Od soboty zacząłem majówkowy „relaks”. Pogoda niepewna i choć nie padało i niezbyt ciepła była, skutecznie zniechęciła od wyjazdu rodzinkę. Pojechałem więc sam powalczyć z glebą. Powiem tak: nie jestem znów w pełni zadowolony z moich dokonań. Słaby jakiś jestem po zimie, znów słabszy jak rok wcześniej. Może to zbliżająca się szóstka z przodu a może tylko SKS? Coś tam jednak zrobiłem, choć końskie zdrowie na pewno już dawno za mną.
   Rozpocząłem od wizyty na targu w Radzyminie po drodze na działkę. Już przed wjazdem na plac zauważyłem, że znów handlują drobiem, mimo tego, że zakaz, choć nieco poluzowany nadal obowiązuje. Trzeba będzie zakupić trochę młodych kur, bo te, co są, choć mają w tej chwili wiosenny renesans nieśności, to pewnie za chwilę staną się darmozjadami. Połaziłem, pogapiłem się, kupiłem worek ziemniaków, sadzeniaków odmiany Irga i pojechałem. Były już na targu także pierwsze rozsady porów, selerów, pomidorów, papryki i innych warzyw i kwiatów, ale ceny kosmiczne, więc sobie darowałem ten zakup. Dojechałem, po drodze kupując jeszcze trochę jedzenia by nie sępić od teściowej żyjącej z niewielkiej przecież emerytury(kurna, czy ja kiedyś na starość też tak będę miał?). Pogadaliśmy trochę i po herbatce wziąłem się za robotę. Skopałem resztę ogródka pod fasolkę tyczną i warzywa, podglądając przy tym czy wysiany już wcześniej bób, buraczki i szpinak czasem już nie wschodzą. Ale nie, jest za zimno i wszystko stanęło. Śliwy tylko na przekór panującym temperaturom kwitną, zapylane pracowicie przez kilka trzmieli, które zarobiły sobie gniazdo pod dachem budynku dawnej obory, obecnie kurniko-drewutni. Dalej posiałem tę fasolkę i naszykowałem pod każdym z miejsc siewu sznurki, po których będzie się spinać. Z sadzeniem ziemniaków wstrzymywałem się do ostatniego dnia pobytu(1 maj), bo na łące, po ostatnich obfitych deszczach stała woda. Próbowałem, co prawda przeprowadzić małą meliorację, ale skutek prawie żaden – woda słabo spływała w pole. Za to gnaty od kopania rowków w grząskiej, błotnistej ziemi dały o sobie znać bólem. Ale odkryłem wreszcie a właściwie potwierdziłem, że pod warstwą gleby znajduje się glina, która jest powodem jej nieprzepuszczalności. Wykopałem, mimo napływającej wody dół, i na głębokości około 70 centymetrów zaczyna się glina. Znalezisko to natchnęło mnie myślą o jej wykorzystaniu. Zaraz skojarzyłem, że jeden przystanek autobusowy ode mnie na budynku jest baner z napisem o kursach ceramiki. Mógłbym się może tego nauczyć i zostać „gliniarzem” (czytaj: wytwórcą ceramiki). W końcu nie święci garnki lepią.
    Przygotowałem jeszcze kilka miejsc, w których wysieję nasiona lub wsadzę rozsadę dyń. Będą w tym roku rosły wraz z fasolą Jaś, dla której przygotowałem z leszczynowych tyczek podpory w kształcie indiańskiego tipi.. To będzie taka skrócona forma uprawy typu „trzy siostry”. Ale kukurydza też będzie mieć dla siebie inne miejsce. Nazbierałem jeszcze, na niemałą kupę, trochę patyków i suchych gałęzi, z których chcę przygotować wał a one znajdą się na samym spodzie. Przesiałem także kilka worków kompostowej ziemi, której potrzebuję do balkonowych doniczkowych uprawek. Idealna okazała się tu skrzynka wykotowa od królików z dnem z siatki o oczku 10 na 10 mm.
   Na śniadanie wykopałem jeden młody czosnek i pokroiłem cały jak szczypiorek do kanapek. Był pyszny i delikatny, bez ostrego smaku, choć charakterystyczny aromat już miał. Trzy kolejne zabrałem do domu w tym samym celu. Pierwszego maja po południu odjechałem do domu. Nie zostałem dłużej, bo jestem w trakcie zabiegów na bolący bark a drugiego maja też je miałem. Za długo czekałem na to by sobie odpuścić. Byłem też tego dnia w pracy. Pusty parking zapowiadał nadzwyczajny spokój. Napotykane tam osoby wyglądały jak duchy snujące się za karę. Mimo to udało mi się jednak załatwić parę spraw związanych z zakończeniem poprzedniego miesiąca tak, że tego czasu nie zmarnowałem.
   Dziś zajmę się przesadzaniem chilli i koktajlowych pomidorków do balkonowych donic a ponieważ żona idzie na urodziny („pięćdziesiątkę” do „psiapsi” z dziesiątego piętra), więc będę miał przy tej czynności spokój.

1 komentarz:

  1. dobrze zrobiłeś, sadzenie do zimnej mokrej ziemi nie ma sensu, od tego tylko grzyb i pleśń

    OdpowiedzUsuń