Witam!

To jest o moich osobistych rozważaniach, obserwacjach, doświadczeniach, myślach o sprawach bieżących i bardziej uniwersalnych, ponadczasowych. Bez zdjęć i obrazów, tylko słowa.

środa, 19 lipca 2017

Fizjoterapia, „Tour de Pologne” i działkowe co nieco



   Rozpocząłem w zeszły poniedziałek serię dziesięciu spotkań z fizjoterapeut(k)ą. Załapałem się psim swędem, bo ktoś inny pojechał pewnie na urlop – mój termin był na listopada. Pani Basia(moja dobrodziejka) jest drobnej postury i ma młodzieńczy wygląd. Aż trudno mi było uwierzyć, że ma 12 letniego syna. Pewnie jestem od niej dwa razy większy(wagowo), ale mimo to świetnie sobie radzi z moim barkiem. Z wyjątkową precyzją odnajduje bolące punkty(fachowo: upusty) i wbija w nie swoje drobne paluszki. Któregoś dnia powiedziałem jej nawet, że zadała mi ból porównywalny do tego, który zaznać można dentysty bez znieczulenia. Uśmiechnęła się tylko jak Mona Lisa i powiedziała, że tu przynajmniej nie śmierdzi jak u dentysty... robiąc dalej swoje. Zabiegi zaczynam jako pierwszy pacjent o siódmej rano i może dlatego pani Basia tryska nadzwyczajna energią. Gawędzimy sobie podczas tych „tortur” poprzez parawany z innymi paniami od terapii i pacjentami. Przez te prawie dwa tygodnie trochę się już nawet wzajemnie poznaliśmy. Chyba mi będzie brakować tych terapeutycznych poranków.
   Oczywiście nie samymi zabiegami człowiek żyje, więc normalnie, chodzę do pracy i dokańczam swój zawodowy pomysł na ulżenie pracy ludziom w ośrodkach, w dodatku przy całkowitej aprobacie szefa. Zwieńczeniem tych moich dwumiesięcznych starań będzie w przyszłym tygodniu Tour de Pologne(taką roboczą nazwę sobie wymyśliłem): czyli objechanie w niespełna tydzień Rzeszowa, Krakowa, Wrocławia i Poznania. Przeszkolę w nowej metodzie jak najwięcej osób i zjadę w piątek po południu w przyszłym tygodniu do domu. Sam szef zasugerował mi bym podzielił sobie to na dwie podróże, ale powiedziałem, że dam radę i załatwimy w tydzień tę sprawę. Co prawda zrobię ponad 1500 kilometrów samochodem ale będę miał to już z głowy i zajmę się realizacją ostatniej części mego planu.
   Na działce byłem w sobotę i tylko bób i czosnek na razie nie zawiodły. Zebrałem wszystek bób i wyłuskałem chyba ze cztery kilo - wspaniały i świeży. Chyba obrodził, bo wsadziłem tylko dwie paczki nasion. Kilka główek czosnku na bieżące potrzeby położyłem na garstce ziemniaków, jakie wyrosły „co kilometr”. A posadziłem ponad 20 kilo. Zgniły. Działka zarośnięta jak nigdy dotąd. Deszczowa pogoda sprzyja rozwojowi wszelkiego zielska. Rokują jeszcze tylko dyniowate i fasola. Kilka ziaren „Pięknego Jasia” posadzonych przy tyczkowym tipi rozrosło się w prawdziwy gąszcz. Mnóstwo kwiatów i prawie sto procent zawiązywanych strąków dają nadzieję na sporo ziaren. Dynie kilku gatunków już kwitną i może też dadzą jakiś plon. Zapomniana kapusta Pak Choi wypuściła już pędy kwiatowe przywabiając zapylające owady. Może zbiorę nasiona, bo tych kupionych było w paczce tylko 20(słownie: dwadzieścia!) i jeszcze nie wszystkie wzeszły. Jak mi się to uda to w przyszłym roku dowiem się jak smakuje.
   Czarna porzeczka owocuje już w pełni i pewnie zamienimy cały zbiór na dżem. Parę słoneczników samosiejek osiągnęło już całkiem pokaźne rozmiary. Ogólny obraz ogrodu jest nie fajny. Chyba muszę się z tym faktem pogodzić, że ten rok jest już raczej nie do odrobienia. Może trzeba będzie posadzić jeszcze jeden rząd owocowych drzew i nie cisnąć dalej na inne uprawy?
   Jakiś taki ten rok inny….
PS: Balkonowej, zielonej jeszcze, chilli zakosztowaliśmy w grillowych przyprawach. Paliła w języki ostro. Już właściwie nie kwitnie(chłodne noce) ale ma mnóstwo strączków. Te, które porozdawałem znajomym są już czerwone(pewnie miały cieplej).

2 komentarze:

  1. Jeżeli masz miejsc to może stwórz oczko wodne które zbierze nadmiar wody z ogrodu.

    OdpowiedzUsuń
  2. Pak Choi jest pyszna, szkoda, że nieczęsto można ją u mnie kupić, lubię ją i jako surówkę, i na ciepło. Dla samego świeżutkiego bobu pewnie warto było ogródek utrzymać :-)

    OdpowiedzUsuń