Witam!

To jest o moich osobistych rozważaniach, obserwacjach, doświadczeniach, myślach: o sprawach bieżących i bardziej uniwersalnych, ponadczasowych. Z niewielką ilością zdjęć i obrazów, raczej słowa. To co tu napiszę będzie pewnie jakąś wypadkową doznań mego dotychczasowego życia.

wtorek, 24 listopada 2015

Po prostu….



   …. na nic nie mam czasu.
   Praca dom, dom praca. I tak w kółko: rano wstać, wypełnić obowiązki. Potem praca zawodowa – też nie poleżę, choć mógłbym. Zwiększyli moje kompetencje, ale i pracy przybyło. Pieniędzy nie, ale do nich to ja nigdy szczęścia nie miałem. Powrót z wywieszonym językiem i znów biegiem. Obowiązki pielęgniarskie, jedzenie prawie w biegu –  chłapię jak jakiś Burek. Nie mogę jakoś położyć się przed jedenastą a i w nocy sypiam kiepsko.  Błędne koło!
   Już zapomniałem jak wyglądały Mazury, choć byłem tam aż trzy razy tej jesieni(dziki fart). Za to złapałem tam kleszcza, już trzeci raz w życiu. Diagnoza i terapia: dwadzieścia dni antybiotyku. Nie wiem czy robić testy – podobno wynik o niczym nie świadczy. Na razie żyję. Może mój silny układ immunologiczny sam poradzi. W końcu to nie pierwszyzna...
   Krótkie, jesienne, pochmurne i ponure dni dodatkowo nie nastrajają optymistycznie. Większość widnych godzin doby spędzam w pracy. Nie ma kiedy odreagować całotygodniowego znużenia. Nie mam energii by pojechać na wieś. No, może nie do końca. Byłem w minioną sobotę by zakończyć hodowlę królików. Teściowa już od kilku lat sygnalizowała, że ma coraz mniej sił, więc z bólem serca zrobiłem, być może ostatni już w mym życiu, ubój. Mięsa króliczego w markecie na pewno nie kupię, więc…. z resztą – w moim wieku raczej więcej rzeczy się kończy niż zaczyna. Szkoda trochę, bo jak się coś robiło ponad 10 lat…. Wątróbki smażone będę wspominał najbardziej i pewnie pasztetów kilka zjem jeszcze z zamrożonych tuszek. Ale w garnku gotuje się właśnie jeszcze teraz „smak” na barszcz biały na króliczych dudkach.
   Chleba też już nie piekę od powrotu z Mazur. Mój zakwas umarł(czytaj: spleśniał). Trochę mi już brakuje tego smaku i chrupiącej skórki, ale pewnie powrócę do tego cotygodniowego rytuału niebawem. Zupą dyniową nasycam się za to, bo to teraz najlepszy na nią czas. To proste danie, pożywne i raczej dietetyczne. Dwie dynie czekają jeszcze na balkonie na swą kolej, mimo, że suche tegoroczne lato zdecydowanie nie sprzyjało tym warzywom.
   Kur została już tylko połowa z ponad siedemdziesięciu. Głównie  dwu i trzyletnie.  Nie mam chęci przeznaczania pieniędzy by „remontować” stado i bardzo prawdopodobnym staje się wizja naturalnego wymarcia i tego inwentarza. Mimo, że wiele osób poza mną korzysta z dobrodziejstwa wiejskich, gratisowych jajeczek to chętnych do inwestowania w tę "branżę" brak. To też dla mnie jakaś nauczka a właściwie potwierdzenie, że niektórymi najlepiej wychodzi się na zdjęciach. Z resztą jedna z moich córek ma plany matrymonialne na rok następny, więc priorytet finansowy jest oczywisty.
   Imbir domowy, polski, doniczkowy z okiennego parapetu, uzyskał już w mym odczuciu dojrzałość do zbioru, choć wcale nie przerywa wegetacji. I pewnie niebawem, ku uciesze żony, zlikwiduję z okna w dużym pokoju tę wielką doniczkę, w której w tym roku tak ładnie urósł. Jak zbiorę to pochwalę się fotką. A na razie, jako zagorzały imbirożerca kupuję go w marketach. I ostatnio podczas dokładania towaru(imbiru) z kartonu na półkę, ku memu zdumieniu okazało się, że ten pochodzi akurat Brazylii. Biedna amazońska dżungla jest eksploatowana do samego dna. Podobno lasy pierwotne nie odrodzą się nigdy – no może dopiero po wymarciu gatunku homo sapiens.
   O polityce nie wspomnę słówkiem, bo wszyscy tylko o tym. No może tylko poza tym, że na emeryturę dwa lata wcześniej…. Kto to wie?
   Pozdrawiam ciepło bo na zewnątrz upałów raczej szybko nie będzie. 

PS: Chociaż na znajome blogi czasem zerkam... w tym wariactwie.

sobota, 12 września 2015

Bez formy... chleb

   Upiekłem jak co weekend chleb. Bez formy tym razem, zwykły, pojedynczy bochenek. Mniej niż zwykle, bo w czwartek zjazd naszej "kompaniji" na Mazurach. Smalec już dziś zrobiłem na tę okoliczność a we środę upiekę dwa bochenki formowego. Więc nie dalibyśmy rady zjeść dwóch od soboty. No i nie wiedziałem też jak wyjdzie taki bochenek. Wyszedł tak:
   Ma nawet takie szlachetne pękniecie skórki. Jest bez dodatków - tylko żytnia mąka i zakwas. Piekłem godzinę w 200 stopniach. Wyszedł wilgotny. Bałem się o to trochę bo ciasto zrobiłem gęściejsze niż to do foremek. Wyrósł też w sam raz.
   Teraz czekam już tylko do czwartku by zobaczyć jeziora, znajome twarze i wyciszyć swoją niespokojną duszę, napić się dobrych trunków, zjeść dobrego polskiego tradycyjnego jadła, może trochę za tłustego, ale czy wszystko musi być takie poukładane. Pogoda zapowiada się ciepła to będzie także i myśliwski kociołek w plenerze. Ale dość o jedzeniu - dla mnie to po prostu druga część super krótkich wakacji.
Już się cieszę!!! Jak dziecko....

niedziela, 30 sierpnia 2015

Susza, melony i dziadkowy patent na gruszki



   W sobotę, po dwóch tygodniach w upalnym mieście, spędziłem cały dzień na wsi. Święto!! 
Pierwsze, co spostrzegłem po przyjeździe to ruda w większości trawa na łące i tylko chrzan, który dzięki głęboko sięgającemu korzeniowi opiera się suszy i pozostaje wciąż intensywnie zielony. Pierwsze kroki skierowałem do warzywnika, w którym tylko dzięki heroicznemu nawadnianiu jest zielono. Zagonek z ogórkami wydaje wreszcie jakieś plony i dynie powiększają powoli swe owoce. Ale gdzie im tam rozmiarami do ubiegłorocznych. Cukinia, w ilości sześciu roślin, zasypuje za to urodzajem ponad wszelką miarę. Pojawiły się już nawet pierwsze melony(wielkość piłek tenisowych). 

   Zebrałem z ostatniego fragmentu ziemniaczanego, słomianego zagonka resztę kartofelków i zakryłem całość tym, co miało być tegorocznym sianem. Albo ze mnie taki gospodarz od siedmiu boleści albo dziwny ten rok. Najpierw mi siano zgniło a teraz susza od tygodni. Wracając z siatką ziemniaków przechodziłem obok gruszki, klapsy, która obrodziła w tym roku nadzwyczajnie. Owoców jest bardzo dużo, lecz z braku dostatecznych opadów są mniejsze. Są już dojrzałe(osy wygryzają w nich dziury) więc może, dlatego, że tak trudno w tym roku o urodzaj wśród innych, postanowiliśmy je zagospodarować. Zerwałem, co się dało stojąc na ziemi(wyżej – niedostępne pozostały najdorodniejsze). Zamieniliśmy z sąsiadką gruszki na jej śliwki, dobraliśmy naszych jabłek i do gara na powidła. Te są najlepsze!!!
   (Przepis: jabłka, śliwki, gruszki i cukier w równych proporcjach dusić nazajutrz po obraniu i zasypaniu tym ostatnim, często mieszając) - to moje ulubione jesienne powidła!
   Ale miało być również o patencie dziadka Kazia, po którym zapewne odziedziczyłem me gospodarsko-ogrodnicze zapędy. Przypomniałem sobie o nim wczoraj, bo to dotyczy tych najwyżej wiszących, najdorodniejszych gruszek klaps. Długi na 2,5 metra kij z zamocowanym na końcu grubym, okrągłego kształtu drutem obszytym woreczkiem, do którego wpadają te najpiękniejsze owoce. W dziesięć minut wyszykowałem ten sprzęt i pozdejmowałem resztę gruszek.
   Zapakowałem trochę jeszcze innych ogrodniczych dóbr i ruszyłem do domu w stronę zachodzącego słońca.
Imbir hodowany w domu: (to suche na wierzchu doniczki to dwa pierwsze, uschnięte już pędy)
 I cotygodniowy chleb:(przewaga mąki pszennej typ 650)
Czy kiedyś wyjdą mi dwa jednakowej wielkości bochenki?

środa, 12 sierpnia 2015

100



Wpis numer100
Nie umiem chyba świętować, więc podam coś tak powszedniego jak…..
                                        …….PRZEPIS NA CHLEB
   Zakwas zrobiłem z mąki razówki z pszenżyta zmielonego(w moim przypadku) w enerdowskim ręcznym drewnianym młynku do kawy, który ma tyle lat, co ja(50+). Wieczorem mieszam a rano dokarmiam(łyżka czubata mąki i trochę wody). Konsystencja gęstej śmietany jest właściwa. Po siedmiu dniach jest gotowy do użytku.
    Trzy godziny przed rozpoczęciem rozrabiania ciasta na chleb dodaję do zakwasu tyle mąki by uzyskać około 350-450gram rozczynu. W obecnych temperaturach dzikie drożdże namnażają się bardzo szybko. Trzymam słoik z zakwasem w szafce nad lodówką - jest tam zawsze ciepło.
Składniki:
mąka żytnia typ 2000    600g
mąka pszenna typ 720  400g
łyżka stołowa soli
rozczyn około               400g
woda                            500-700g
łyżka oleju

   Mąki mieszam ze sobą i solą, robię wgłębienie i wlewam zakwas ze słoika(prawie cały), przysypuję mąką. Jeśli wcześniej dobrze pracował(bąbelkował) za kilkanaście minut na kopczyku z mąki powinny pojawić się pęknięcia. Dodaję olej i dolewam połowę wody. Mieszam drewnianą łyżką. Dodaję wodę partiami i wyrabiam ręką kilkanaście minut. Dosypuję w trakcie wyrabiania dodatki, jeśli mają być. Gęstość ciasta na chleb trzeba „wyczuć" samemu. Nie powinno być jednak zbyt rzadkie ani za gęste. Masa całego ciasta to około 2kg. Odstawiam w ciepłe miejsce(ostatnio nie ma z tym problemu) na dwie trzy godziny do wyrośnięcia przykryte ściereczką. Jak podwoi swą objętość dzielę na dwie równe części i przekładam do 2 foremek(keksówek – moje mają 36cm dł. i 12cm szer.) wysmarowanych wcześniej odrobiną oleju i wysypanych szczyptą razówki żytniej 2000. Wygładzam mokrą dłonią. Ciasto zwykle zajmuje połowę objętości form. Jak wyrośnie ponownie pod przykryciem i wypełni formy uruchamiam piekarnik na 230stopni wstawiając metalową tacę z wodą. Piekę 15 minut w 230 stopniach a potem 45 minut w temperaturze 200 – bez termoobiegu, tylko góra+dół. Po wyciągnięciu z piekarnika odstawiam na 10-15 minut i wyjmuję z blaszek. Studzę na kratce z piekarnika. Próbuję najwcześniej za 8 godzin choć to trudne….
Resztkę zakwasu dokarmiam i tak od ośmiu już tygodni.... bo piekę raz na tydzień.

sobota, 8 sierpnia 2015

Koniec świata?



Statystycznie w naszym pięknym kraju ilość dni z temperaturą powyżej 35stopni wynosi 5.
STATYSTYCZNIE!!
   Występują zapewne także lata gdzie takich temperatur nie notuje się wcale i dlatego statystycznie tak właśnie wychodzi. Tyle statystyki.
   To, co pokazuje natura w tym roku zdecydowanie odbiega od normy w tym względzie.
Dziura ozonowa, globalne ocieplenie, topnienie lodów na biegunach czy lodowców w górach, wycinanie wiecznych lasów amazońskich czy kanadyjskich pod hodowlę zwierząt lub eksploatację złóż.
   Wszystkie z tych powszechnie znanych pojęć stało się faktami i ma już miejsce. Nawoływania do opamiętania ludzi w ich pazerności niewiele wnoszą. Garstka tych, co rozumieją jest zepchnięta na margines przez nienasyconych, skorumpowanych władców i koncerny, które muszą pokazywać dobre wyniki akcjonariuszom. Wszystko zasłonięte fałszywą argumentacją, że to dla dobra wszystkich ludzi. Chyba nie chcę już dalej ciągnąć tego negatywnego wątku mojego dzisiejszego wpisu.
   Tegoroczne upały są jednak nadzwyczajnie intensywne i długotrwałe. Szwędam się już po tym świecie lat kilkadziesiąt, ale takiego czegoś nie pamiętam. Początek końca? W sumie nie powinienem raczej narzekać: wiozę tyłek klimatyzowanym autkiem do pracy, czterdzieści może metrów przez parking i znów klimatyzowane biuro na osiem godzin dziennie. Aż się nie chce wracać do nagrzanego blokowiska i płynących prawie asfaltów. Egoistycznie rzecz ujmując jest mi w te upały nieźle i mógłbym temat kolokwialnie mówiąc olać. Ale skleroza nie zdemolowała mi jeszcze mózgu na tyle by nie pamiętać, że nie wszyscy mają tak fajnie. Ja też kiedyś też miewałem trudniej i bez tych wszystkich wygód. Dlatego wyczuwam, że zmiany dzieją się już teraz. Zmiany na gorsze!
   Mimo pogarszającej się bystrości mego umysłu, zauważam w przyrodzie zmiany, które wyglądają na nieodwracalne. A tak na bieżąco, to jest już susza i będzie gorzej z żywnością. Zapłacimy mimo „wysiłków” rządów i korporacji drożej. Drożej za wszystko, nie tylko za żywność. Mamy przecież sezon ogórkowy w rzeczywistości i w przenośni. Ale ceny, jakie trzeba płacić za to popularne warzywo są krotnością ubiegłorocznych. To niedobra wróżba.
  
   Starczy już tego minorowego tonu. Idę wstawiać chleb do pieca – ze słonecznikiem i żurawiną, na bogato! A żona nie może się nadziwić, że chce mi się bawić w piekarza w ten upał. Chce mi się! To moja autoterapia….
PS: Imbir rośnie jak szalony w te upały – chociaż on jest szczęśliwy.

Jest 14.50. I już upieczony!! W upał też można!

niedziela, 5 lipca 2015

Kiedy upiekę chleb...

... czuję się lepszym.
Od kogo?
- Lepszym i już... tak po prostu.

Może kiedyś podam przepis.
Albo nie, przecież tyle różnych jest dostępnych.
Z resztą, może to właśnie o to chodzi by każdy wypracował swój.


Szarlatani współczesności



   Takie oto skojarzenie mi przyszło do głowy. Trzy zawody: lekarz, informatyk i prawnik. Jakże odległe od siebie merytorycznie a zarazem jakież okrutne podobieństwo połączyło je w mej konkluzji.
   O medykach pisać najtrudniej, bo sporo jeszcze ciągle wśród nich dobrych fachowców znających się na rzeczy i mających, po prostu, duszę. Jednak z historii wiemy, że od najdawniejszych czasów mieli oni wpływ na losy władców czy państw. Nie zawsze w sposób etyczny posługiwali się uzyskaną wiedzą. Jak jest dzisiaj?
   Informatycy to przedstawiciele drugiej, współczesnej profesji - posiadaczy wiedzy tajemnej. Kto pracuje w dużej firmie korzystającej z wewnętrznej sieci wie o czym piszę. Wiele programów, zabezpieczeń, kopii zapasowych, poziomów dostępu, loginów itd. Czasem w pracy spotykam się z różnymi danymi w zależności od programu, z jakiego je pobieram a jak interweniuję w tej sprawie u nich to zazwyczaj w odpowiedzi spotykam się ze spychotechniką lub zwyczajnym waleniem w głupa. No bo nie zrobi przecież kolega koledze koło pióra. Nieprawdaż?
   Prawnicy to dopiero szarlatańska sitwa. Nieznajomość prawa bywa zwykle interpretowana  jako okoliczność obciążająca delikwenta. No i jeszcze ten bezmiar poczucia krzywdy i niesprawiedliwości wygenerowany przez wieki przez tę grupę zawodową. Przecież Kazio, Lesio i Czesio kiedyś razem studiowali prawo. Może nawet łączyły ich inne również zażyłości a teraz mają bezstronnie i sprawiedliwie stawać przeciw sobie w szranki w imię sprawiedliwości i to tylko dlatego, że ich togi różnią się kolorem wykończenia? Ktoś w to jeszcze wierzy?
    Smutny jest mój wniosek końcowy. Poprzez swą „wiedzę tajemną" czy inne wcześniejsze uwarunkowania otrzymały te grupy zawodowe niesłychaną wręcz władzę i przewagę nad resztą społeczeństwa. Lekarze robią niemal wrażenie panów naszego życia i śmierci. Informatycy manipulują wręcz zatrudniającymi ich zwierzchnikami. A prawnicy tak lawirują w przepisach żeby wyjść na swoje. Z resztą wyjście na swoje jest podstawa działań wszystkich opisanych grup.
   No i ta ich tępo uparta i bezwzględna zawodowa solidarność…no, bo przecież biedy raczej nie mają i mieć jej bardzo, bardzo nie chcą.