Witam!

To jest o moich osobistych rozważaniach, obserwacjach, doświadczeniach, myślach o sprawach bieżących i bardziej uniwersalnych, ponadczasowych. Bez zdjęć i obrazów, tylko słowa.

czwartek, 30 kwietnia 2015

O mój rozmarynie...

.. jak się rozwija?
Proszę!
Jasnoniebieski kwiatuszek o kształcie bratka.
   Zaskoczył mnie dziś rano. Chyba z wdzięczności za to, że kilka tygodni wcześniej, po wegetacji przez całą zimę, w plastikowym, ciasnym, supermarketowym pojemniczku przesadziłem nieboraka do większej, wypełnionej żyznym podłożem doniczki. Nie dość, że obskubywany jako przyprawa kuchenna przez parę miesięcy dawał man aromatyczne listki, to teraz zakwitł.
Cały poranek latała mi po głowie ta znana pieśń.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Solidarność czy chciwość?

   Będąc osobą, która swe dorosłe życie rozpoczynała w czasach stanu wojennego i otrzeć się z tej racji musiała o etos, często zadaję sobie powyższe pytanie. Upłynęły już od tamtych chwil dekady a pytanie, mimo ustrojowych zmian w naszym kraju, pozostaje ciągle dla wielu boleśnie aktualne. Odpowiedź wydaje się oczywista: chciwość zwycięża argumentowana na coraz to wymyślniejsze sposoby. Pewnie, że przytrafia się nam też od czasu do czasu jakiś przejaw solidarności między ludźmi ale per saldo to ta druga zmora współczesności święci triumf. I to na każdym właściwie poziomie i sytuacji.
   Weźmy choćby sprawę pracy a dokładnie jej braku. Bezrobocie i reglamentacja pracy zaniżające bardzo poziom życia wielu ludzi. Konkurencja i rywalizacja o nią są powszechne mimo, że ciągle potrzeba ludzi, którzy są autentycznymi specjalistami w swych branżach. Można w swej profesji być wirtuozem, solidnym rzemieślnikiem lub pospolitym "brakorobem". Nie wiem skąd się to bierze, że podczas rozmów kwalifikacyjnych tak trudno ocenić prawdziwe możliwości kandydatów. Czasem mam wrażenie, że takie spotkania wygrywają ludzie potrafiący po prostu dobrze bajerować. Kończy się to zazwyczaj porażką dla właścicieli firm a delikwenci zazwyczaj nie wyciągają wniosków. Zdarza się jednak także, że taki ktoś mimo, że całkiem nieprzydatny, tkwi latami w jakiejś strukturze obciążając swym bytem innych dobrze pracujących. Zrobi czasem nawet taki ktoś "karierę". No bo po kasę trzeba się wspinać, choćby po czyichś plecach na przekór etycznym wskazówkom. Ze statusem "świętych krów" nadawanym nieoficjalnie wobec takich osób spotkał się pewnie każdy z nas. Układy? Czy bezkompromisowa chciwość ?
   Na poziomie władców też nie wygrywa już od dawna solidarność. No bo właściwie z kim ona by miała być?. Rok wyborczy mamy i na każdym poziomie i tam również wygra chciwość i uległość wobec lobbystów(czytaj: sponsorów).
   Na stacjach benzynowych cieszyliśmy się przez kilkanaście miesięcy spadającymi cenami paliw w imię solidarności z Ukrainą. Może to tylko chwilowy ruch w górę wynikający ze zbliżających  się majowych świąt. I obym się mylił twierdząc, że w wakacje będziemy już płacić za litr 5zł. I już po solidarności z najechanym przez imperium narodem - chciwość wygra i tu.
Taki porządek?
No to ja nie potrafię się przystosować.........

sobota, 25 kwietnia 2015

Słońce w kwietniu rozleniwia

   Powróciłem z wioseczki i po całym dniu na zniewalającym słońcu, dokupiłem coś do popicia i siadłem do kompa by skreślić tych słów kilka. Nie podam ani producenta alkoholu ani nazwy koncernu od popitki, powiem tylko, że drink już drugi i jest mi teraz bardzo dobrze. Chociaż gdyby wszyscy dorośli mieli takie podejście do alkoholu jak ja to nasz rząd miałby pewnie jeszcze większe  kłopoty budżetowe. Ale dość już patologicznych wywodów, czas opowiedzieć czego dokonałem. 
   A nie było wcale łatwo bo słońce i temperatura z lipca bardziej niż kwietniowe. Zniewalała. Coś tam jednak zrobiłem. Marchewka posiana i groszek zielony i jaś fasola plus rzodkiewka. Przegląd starych nasion zrobiłem i nie bez żalu pozbyć się musiałem przeterminowanych. Ale tak to już bywa, że zwykle paczki nasion niedopasowane do skali uprawy.  Grządka pod dyniowate podwyższona i uzupełniona trzema taczkami kompostu. Sucho jest już. Podlałem grządki napuszczoną wcześniej do wanny i ogrzaną słońcem wodą. Nawet te puste jeszcze, by nawilżone były przed siewem ogórków. Zasadziłem dwanaście przezimowanych zrazów winorośli, może uda się rozmnożyć ten cenny krzew.
   Przyroda robi nieprawdopodobne postępy. Dzieje się tak przecież od tysięcy lub więcej lat a ja jak co roku o tej porze wpadam w cielęcy zachwyt nad tym co widzę. Czy tylko urodzeni wiosną tak mają czy może ta przypadłość dotyka także innych? 
   Czosnek mój podrósł przez ostatni tydzień a łodygi jeszcze pogrubiały. Królik, jedyny, który ocalał z pierwszego w tym sezonie miotu, wygląda jak pulpet i w dodatku odziedziczył maść po kalifornijskim dziadku sam będąc niepodobnym do żadnego z rodziców. Przyzwyczajam ostrożnie króliczki do świeżej zielonki zwłaszcza, że w długi majowy weekend druga z samiczek powinna się okocić. Kury ciągle się pierzą i jaj jest nie za wiele. Dla nas oczywiście starcza ale cały "jajeczny biznes" balansuje na granicy opłacalności. W dodatku jedna biała kura rasy sussex chce siedzieć nie poprawiając tym samym ogólnej sytuacji. Czas na wymianę rosołowych tuszek na młode nioski. Znalazłem też trochę czasu na pieszczoty z psem; biedny on teraz bo teściowa nie ma już tyle siły by zabawiać tak energicznego i mocnego czworonoga. A wszystko to działo się w ciągłym szumie owadów oblatujących kwitnące teraz śliwy i agrest.
  Kiełbasy i kaszanki w wiejskim sklepie kupiłem po drodze do domu więc bieda nam na razie nic nie zrobi. Za tydzień nie wytrzymam zapewne w mieście trzech kolejnych dni i znów spędzę choćby jeden z nich w wiejskich plenerach

niedziela, 19 kwietnia 2015

Robota głupiego lubi



  No, bo jak to inaczej wytłumaczyć, gdy człowiek, któremu nie brakuje właściwie niczego a już szczególnie żywności, porywa się, po spędzonej w ciepłych pieleszach zimie, na walkę przy pomocy nader prostych narzędzi z ziemią. I to tylko po to by wyhodować jakieś tam warzywa i owoce, których rynkowa wartość nie pokryje nawet kosztów paliwa poniesionych na dojazdy na wieś. Taczka, widły, rękawice robocze, grabie. I jeszcze ten, trzy razy padający, grad przeplatany krótkimi tylko chwilami słońca a to wszystko przy podmuchach lodowatego wiatru. Gdzie tu mądrość, gdzie rozum? Głupi jaki czy co?
   Gnaty bolą, zakwasy od: kopania, ładowania, grabienia i piłowania. Brak fizycznego wysiłku w zimowych miesiącach wyłazi aż nadto. Ale coś tam jednak zdziałałem. Jak zwykle nie wiedziałem w co ręce wsadzić. Więc zacząłem od sadzenia ziemniaków na przygotowywanym latem i jesienią permakulturowym zagonie. Kupiłem na targu od sympatycznego starszego pana 30 kilo ziemniaków Irga. Nie brałem sadzeniaków, takich kalibrowanych, niewielkich, tylko normalne – takie do jedzenia. Większy ziemniak = więcej kiełków = większy plon(ale to tylko takie rozumowanie mieszczucha, nie wiem czy potwierdzone naukowo). Nie wysadziłem jednak wszystkiego i reszta pójdzie do garnka. Potem dokończyłem dwa zagonki pod ogórki i dorobiłem trzeci. Nawoziłem się taczką kompostu i obornika. Dalej poobcinałem uschnięte gałęzie z dwóch śliw i pościągałem na kupę odkładając co grubsze kawałki do wędzenia. I nawet miałem chwilę by spojrzeć i stwierdzić, że sporo pąków kwiatowych na śliwkach w tym roku. A na koniec zostawiłem sobie skopanie kawałka ziemi, gdzie w zeszłym roku była folia(nie przetrwała zimy – zgodnie z zapewnieniem sprzedającego miała trwałość na dwa sezony a przeżyła trzy, więc jestem do przodu). Zagrabiłem, wydeptałem ścieżki tworząc grządki na kilkudziesięciu metrach kwadratowych i zwieńczyłem wszystko wysianiem torebki nasion buraków. Siałem rzadziej niż zwykle bo zawsze wschodzą niezawodnie a później różnie bywa z przerywaniem i sporo jest zawsze drobnych buraczków. Na obiad u mamusi żony były gołąbki; zjadłem trzy i nie pamiętam kiedy ostatni raz zjadłem aż tyle. Czyżby robota w plenerze tak zaostrzyła apetyt?
   Na koniec fotka rośliny z cieplejszego zdecydowanie klimatu – słodki ziemniak, którego sadzonki zrobiły od poprzedniej fotki spore postępy.
  Może na 15 maja będą gotowe do wysadzenia w polskiej ziemi.

czwartek, 16 kwietnia 2015

Marnotrawstwo....

..... to coś czego coraz bardziej nie znoszę! Wyrzucany na śmietnik chleb doprowadza mnie do pasji. Po wszelkich świętach jest ono szczególnie jaskrawo widoczne.
   Każdemu kto choćby ukradkiem marnuje żywność zawsze mówię: Obyś nigdy nie zaznał głodu!
Czasem mi wstyd, że jestem z "cywilizowanej" Europy, gdzie zwozi się żywność z całego świata po to by zaspokajać zachcianki a nie głód.
Bo gdzieś tam za morzem, ktoś za przysłowiową miskę ryżu, harował przy jej wytworzeniu ponad ludzkim wysiłkiem po to by wywalić później, w zdemoralizowanej bogactwem(?) Europie, tony z jakiegoś zafajdanego marketu. Bo nie poszło?! No i ta nasza kretyńska skłonność do robienia nadmiernych zapasów. Czyżby trauma kartkowego stanu wojennego jeszcze żyła?

czwartek, 9 kwietnia 2015

Fotki

                                                          Pączki na porzeczce czarnej

                                                                   Pączki na jabłoni

Czosnek

 Czosnek słoniowy

Sweet potato - życie bez eksperymentów nie ma sensu? Zobaczymy!
Może później dołączę jakiś komentarz

piątek, 3 kwietnia 2015

Święta tak po prostu...

... no bo jak opisać co czuje człowiek, który przez blisko dwadzieścia lat wstawał od stołu przedwcześnie by iść do pracy albo zasiadał po powrocie z niej kiedy wszyscy byli już świętami ukontentowani? Aż mam tremę? Bo jak inaczej nazwać perspektywę trzech pod rząd dób całkowitej dowolności dysponowania swoim czasem? No może nie tak do końca w mojej osobistej sytuacji ale i tak różnica jest kosmiczna. I  przygotowania jakieś spokojniejsze w tym roku - może to zasługa żony, która też pierwszy raz od lat nastu ma wolne a może to przesypiane od ponad dwóch miesięcy noce tak czynią? Co by nie mówił jest lepiej i już.
    "Jajeczkowaniem" nazywam ten przedświąteczny czas spotkań towarzyskich związanych ze zbliżającymi się nimi właśnie. Dwa tego typu "wyjścia" miałem w minionych dniach. Odmienne zgoła pod względem nastoju i sytuacji.   
   Pierwsze z nich to spotkanie z moją wędkarską "kompaniją". Miłe, wesołe jednym słowem pozytywne. Coś do jedzenia i picia, serdeczne rozmowy po miesiącach nie widzenia się, powrót do domu z solidną garścią nowej wiedzy o tym co porabiają.
    Drugie zbiegło się niestety z przyspieszonym zakończeniem działalności mojego poprzedniego miejsca pracy. 22 osoby i jakże różne koleje losów. Część, a właściwie większość obroniła się przed widmem bezrobocia i znalazła zatrudnienie w innych oddziałach firmy. Niestety druga, mniejsza na szczęście część, zaznaje właśnie teraz goryczy świąt na bezrobociu. Inne nastroje, inny powrót do domu. Nie przestaję o nich myśleć, przecież spędziliśmy z sobą kupę lat. Mam nadzieję, że teraz będąc w tzw. centrali uda mi się choć dla paru z nich coś znaleźć. I gdzieś mam, że ktoś może pomyśli, że to kumoterstwo czy coś. Szkoda ich, bo to po prostu dobrzy i odpowiedzialni ludzie i świetni fachowcy w swej dziedzinie za których można zaręczyć. A poza tym w tej drugiej grupie mogłem być przecież i ja!
   I jeszcze w pierwszej delegacji w tej nowej firmie, w tym tygodniu byłem. W mieście wojewódzkim, na szkoleniu innych pracowników z nowego systemu. Opornie to poszło a w dodatku nazajutrz swoimi błędami potwierdzili marne efekty tegoż szkolenia. Może prelegent był kiepski? Ech....